Fragment książki: „Dzierżyński. Miłość i rewolucja”
Procesu Feliksa Dzierżyńskiego w rzeczywistości nigdy nie było. Ale gdyby się odbył, oskarżony znalazłby się ogniu podobnych zarzutów. Dla jednych czerwony kat Rosji, dla drugich krystalicznie uczciwy i dobry człowiek...
materiały prasowe

Ile mitu w micie. Wstęp

Wyobraźmy sobie proces Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego. Może wyglądałby
tak?

– Wysoki Sądzie, wszyscy chyba słyszeliśmy o zdarzeniu, które rozegrało się w gabinecie szefa WCzK na Łubiance w początkach września 1918 roku. Tuż po zamachu na Lenina. – Prokurator uniósł ręce i gestykulując, zaczął obrazowo przedstawiać tamtą scenę: – Fanni Kapłan, która próbowała zabić wodza rewolucji, została doprowadzona do gabinetu towarzysza Dzierżyńskiego. Czekało tam na nią trzech mężczyzn.

Dzierżyński siedział za biurkiem i palił papierosa, komisarz Żerson stał pośrodku z rękami w kieszeniach, a czekista o azjatyckich rysach, chyba Chińczyk, który doprowadził dziewczynę, stanął pod oknem. Pokaleczona i obolała Kapłan, jęcząc, upadła na ziemię. Żerson podszedł do niej, pochylił się i zadał jej pytanie, potem drugie. Kapłan próbowała odpowiadać, ale mówiła tak niewyraźnie i chaotycznie, że nie sposób było ją zrozumieć. Wtedy do gabinetu wszedł drugi, młodszy Chińczyk. Żerson kiwnął głową. Młodszy podał starszemu niewielki garnuszek, po czym podskoczył do dziewczyny. Jedną ręką złapał ją za głowę, w drugiej błysnął mu nóż. Wsunął ostrze w zaciśnięte usta leżącej. Kiedy ta pod wpływem bólu je rozwarła, starszy Chińczyk wlał w nie trochę z zawartości garnuszka – prokurator przerwał na moment i rozejrzał się po sali. – Kapłan zakrztusiła się, poczerwieniała, potem zsiniała. Zaczęła się wyrywać trzymającemu ją czekiście, wiła się po podłodze, bijąc o deski głową, rękoma, nogami. Dzierżyński zerwał się zza biurka, nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje. Chińczyk usłużnie wytłumaczył mu, że to rozgrzany wosk. Stygnie w gardle i dusi. Dziewczyna chwyciła się za szyję, kaleczyła sobie paznokciami usta, ale nie mogła pozbyć się wosku. Dzierżyński wytrzymał chwilę. Wydobył pistolet i strzelił dwa razy. Pierwszy pocisk dobił zamachowczynię. Drugi położył trupem starszego Chińczyka. Wysoki Sądzie, tak zabito Fanni Kapłan – ostatnie słowa prokurator wypowiedział na tyle głośno, że echo odbite od wysokiego sklepienia wybrzmiało w sali niczym kanonada. Część publiczności odruchowo
skuliła głowy w ramionach.

– Wysoki Sądzie, zdecydowanie protestuję! – poderwał się obrońca. – Wydarzenie, które przedstawił nam pan prokurator, nie jest poparte dowodami. Było wprost przeciwnie – mówił szybko, lecz dobitnie. Wydawał się pewny i dobrze przygotowany do rozprawy. Poprawił okulary. – Dzierżyński uczył czekistów, jak rozpoznawać i unieszkodliwiać wrogów. Domagał się od nich surowego przestrzegania leninowskich zasad rewolucyjnej praworządności, uprzejmego stosunku do aresztowanych. Kiedy pod koniec lutego 1918 roku dowiedział się, iż jeden z pracowników WCzK pozwolił sobie na grubiańskie zachowanie wobec aresztowanego, sam osobiście przeprowadził w tej sprawie śledztwo. W protokole śledztwa Dzierżyński zrobił następującą uwagę: „Komisja postanowiła wyciągnąć ostre konsekwencje w stosunku do winnego i w przyszłości oddawać pod sąd każdego, kto pozwoli sobie dotknąć aresztowanego”. Taki był Dzierżyński – obrońca przerwał, bo jego wypowiedź wywołała tumult na sali.

– Hańba! Kłamstwo! Tak właśnie było! – mieszały się okrzyki ludzi obserwujących proces. Ktoś głośno łapał powietrze, ktoś inny wstał i machał nerwowo ręką, próbując coś wykrzyczeć. Sala wrzała coraz bardziej. – Proszę o ciszę, spokój! – interweniował sędzia, raz za razem stukając młotkiem. – Będę zmuszony przerwać rozprawę! Nikt go jednak nie słuchał. Ludzie na widowni wciąż gorączkowo rozprawiali. – Chcemy prawdy! – słychać było z wielu stron. Publiczność uciszyła się dopiero na widok trzech postawnych funkcjonariuszy straży sądowej, którzy przywołani przez sędziego, wyszli na środek sali.

– Szanowny pan obrońca się myli! – ponownie zabrał głos prokurator. – Wysoki Sądzie, pozwolę sobie na chwilę odejść od osoby oskarżonego i odnieść się do instytucji, którą Feliks Dzierżyński stworzył. Pamiętajmy – zaczął – że czerwony terror połączył ideologiczne obsesje bolszewików z ludową kulturą przemocy.

W osobie czekisty doszło do ich syntezy. Zdziczali marynarze i żołnierze zatracający wszelką miarę nienawiści do ludzi noszących okulary, wykształconych, o liberalnych poglądach i dobrze odżywionych, nie umiejący wyobrazić sobie świata inaczej niż jako nieustanne widowisko przemocy, a także kryminaliści, chuligani i chorzy psychicznie – wszyscy oni stanowili krąg, z którego Czeka rekrutowała swój narybek – oskarżyciel przerwał na moment, by sprawdzić, jakie robi na zebranych wrażenie. Mówił dalej: – Wszędzie tam, gdzie czekiści unicestwiali wroga klasowego w służbie rewolucji, dochodziło do nieopisanych potworności, przesłaniających już zupełnie bolszewicką dramaturgię. Wrzucano ofiary do gotującej się wody, obdzierano ze skóry, wbijano na pal, palono lub grzebano żywcem, wypędzano nago na ulice w zimowym chłodzie i polewano wodą, aż zastygły w lodowe posągi. I kto za te bestialstwa ponosi odpowiedzialność? Oskarżony Feliks Edmundowicz Dzierżyński! Przewodniczący Ogólnorosyjskiej Nadzwyczajnej Komisji do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem!

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj