Dlaczego Polacy nie korzystają z przysługującego im urlopu?
Prawo do niepracy
Urlop. Polacy mają tu hojne kodeksowe gwarancje. Większość z nich nie korzysta. Albo nie w pełni. Jedni nie mają za co, inni nie chcą, nie mogą, jeszcze inni się boją.
22 proc. etatowców nie wzięło w ciągu roku dnia urlopu; pracujących cięgiem wśród przedsiębiorców było aż 41 proc.
talithait/PantherMedia

22 proc. etatowców nie wzięło w ciągu roku dnia urlopu; pracujących cięgiem wśród przedsiębiorców było aż 41 proc.

Na wykorzystanie całego przysługującego urlopu nie pozwala sobie obecnie 71 proc. Polaków.
Anna Omelchenko/PantherMedia

Na wykorzystanie całego przysługującego urlopu nie pozwala sobie obecnie 71 proc. Polaków.

Nie ma takiej inspekcji, która poradziłaby w sytuacji, gdy nadmiarem pracy obciąża się sam pracownik.
Paweł Kula/PAP

Nie ma takiej inspekcji, która poradziłaby w sytuacji, gdy nadmiarem pracy obciąża się sam pracownik.

Korporacja, godz. 16, jeden z pracowników pakuje manatki, reszta niedowierza: na głowę upadłeś, przecież przed 20.00 stąd się nie wychodzi! Ale ja jestem na urlopie. Żart internetowy. Dalej już bez żartów.

A. jest lekarzem. Na etacie w szpitalu weźmie przepisowe dwa tygodnie urlopu, ale jest jeszcze na trzech umowach cywilnoprawnych; żadnego urlopu się tam nie bierze. B. pracuje w supermarkecie jako tzw. tymczasowy – zaangażowany przez agencję na 18 miesięcy; jaki urlop?! Scenograf C. jest szczęśliwy, bo dostał właśnie umowę o dzieło, a dostał, ponieważ zrobi w sześć tygodni to, co innym zajmuje pół roku, może nie spać kilka nocy z rzędu, umie stać na nogach przez 48 godzin bez przerwy, a urlop – uśmiecha się gorzko – to ma wtedy, gdy nie ma zleceń, czyli przeważnie.

D., mechanik samochodowy, należy do 22 proc. Polaków (według Nielsen Polska dla Assistace Mondial), którzy nie byli na urlopie od 5 lat i więcej, nawet nie dlatego, że brakowało pieniędzy, ale „że mają inne obowiązki” (D. boi się, że straci klientów). E. bierze urlop, żeby naprawdę zarobić (winobranie, pomidory – co się trafi); co trzeci klient pośrednictwa pracy sezonowej za granicą ma jakąś stałą robotę w kraju (według Work Ekspres). F. jest prezesem 500-osobowej spółki, jeździ trzy razy w roku po tygodniu (narty w Szwajcarii, surfing w Maroku, golf w Prowansji); pierwszy kontakt z firmą nawiązuje co rano o 8.30 (iPhone zawsze pod leżakiem). Należy do 47 proc. Polaków, którzy w wakacje gdzieś jednak wyskoczą: dwie trzecie – w kraju, jedna trzecia za granicę, najchętniej do Chorwacji (o 3 proc. mniej niż w ubiegłym roku). G., obecnie ochroniarz, należy do 10 proc., którzy nigdy na żadnym urlopie nie byli. Oraz tych, którzy na urlop nie jadą, bo nie mają za co (40 proc. niejadących).

Początkowi sezonu urlopowego towarzyszy akurat 40 rocznica uchwalenia Kodeksu pracy. Według niego Polak pracujący ma urlopu aż do zmęczenia: ma prawo wziąć w jednym kawałku swoje 20, a po 10-letnim stażu 26 dni, a przynajmniej raz w roku pracodawca musi mu go udzielić nieprzerwanie na 14 dni. I wiele innych jest tam „zdobyczy socjalnych” w kwestii wypoczynku – dobowego i tygodniowego, nadgodzin, pracy nocą itd. Tyle że pracujemy w coraz większej liczbie pozakodeksowo. Nawet na etatach.

Lokomotywy z misją

Średnio w robocie Polak spędza 40,8 godz. tygodniowo. (Holender – 29 godz., Duńczyk czy Norweg – 33 godz.). 12 proc. spośród nas pracuje ponad 60 godz. tygodniowo, kolejne 10 proc. 50–59 godz. (CBOS). Kto najwięcej? Pracodawcy.

Niedawno konfederacja Lewiatan zorganizowała konferencję prasową, by ogłosić wyniki badań przeprowadzonych przez doc. dr hab. Dominikę Maison. Nadano jej dumny tytuł: „Kto jest prawdziwą klasą pracującą”. Do badań wybrano dwie reprezentatywne próby: etatowców (różnych profesji i pozycji zawodowych) oraz przedsiębiorców (właścicieli firm – od potężnych po mikroskopijne). Ci drudzy o 8 godz., czyli całą dniówkę, wyprzedzają etatowców. 22 proc. etatowców nie wzięło w ciągu roku dnia urlopu; pracujących cięgiem wśród przedsiębiorców było aż 41 proc.

Firma 4P Research Mix zbadała samą tylko kadrę zarządzającą, właścicieli firm, przedstawicieli wolnych zawodów: 47 proc. uważa, że pracuje za dużo. Jednocześnie mają poczucie, że są w awangardzie, że to oni ciągną gospodarkę do przodu. 90 proc. jest przekonanych, że robi coś ważnego. I tylko 13 proc. zgodziłoby się robić mniej za mniej pieniędzy.

Prof. Małgorzata Bombol z SGH w książce „Kształtująca się klasa wyższa w Polsce” cytuje ankietowe wypowiedzi przedstawicieli biznesokracji, burżuazji kredytowej, inteligencji etosowej. „Był okres, kiedy w sprawach naukowych osiągałam naprawdę dużo i 5 lat nie byłam na urlopie. Pracowałam 7 dni w tygodniu, przez 5 lat. Jak pierwszy raz pojechałam na urlop po tym okresie, to przez pierwszy tydzień spałam, ale spałam na okrągło”. „Między 8.30 a 9 jestem w pracy i pracuję do 18–19. Wracam do domu i kiedy położę swoje dziewczyny spać, to jeszcze siadam na parę godzin do pracy. Między 1 a 2 się kładę, a następnego dnia ta rutyna się powtarza”.

Doc. Dominika Maison (właścicielka firmy badawczej, a jednocześnie uniwersytecka wykładowczyni) patrzy raczej z uznaniem na ten nawyk pracy całodobowej, całotygodniowej, całorocznej. Własna firma – niezależnie od tego, czy to produkcja uszczelek, czy biuro podróży – bywa spełnieniem marzeń, życiową pasją; za zaangażowaniem kryje się duma z marki firmowanej własnym nazwiskiem, perfekcjonizm.

Ale też szefowska pozorna omnipotencja (jak sam nie zrobię, to nikt nie zrobi), nieumiejętność delegowania zadań, kiepska komunikacja z załogą – to garb, którego pierwsze pokolenie polskich kapitalistów, zwłaszcza tych wyrosłych na rzemieślniczym zaczynie, raczej się nie pozbędzie. W rezultacie standardowy polski szef pracodawca co dnia gasi światło w firmie.

Myki nieprzyzwoite

Jest i druga potężna grupa nadpracujących Polaków – na przeciwnym szczeblu drabiny społecznej. Pozbawionych kodeksowych praw, w tym prawa do płatnego urlopu. Grubo ponad milion Polaków znajduje wyłączne zatrudnienie na umowie zlecenia bądź o dzieło, a 1,3 mln ma więcej niż jedno miejsce pracy (często według modelu 8 godzin na etacie plus kilka w tej samej firmie, na tym samym stanowisku na umowie cywilnoprawnej).

Jak zbadał Instytut Homo Homini, powyżej 8 godz. dziennie pracuje 43 proc. samozatrudnionych i 35 proc. na umowie cywilnoprawnej; natomiast spośród etatowców – tylko co piąty.

Z badań programu „Rzetelna firma” wynika, że tylko 2–3 proc. firm zatrudnia większość lub wszystkich na umowach cywilnych, lecz korzysta z tej możliwości już co czwarty pracodawca. Przy tym dwóch na trzech przedsiębiorców twierdzi, że to dobre rozwiązanie, a 30 proc., że dewastująca rynek pracy plaga.

Imponuje kreatywność pracodawców w omijaniu – nazwijmy to – kodeksowych, przyzwoitych stosunków pracy. Kolejnym przykładem niech będzie praca tymczasowa. Wymyślono ją 11 lat temu jako ewentualność dla emerytów, studentów, czasowo bezrobotnych. Interes kwitnie: agencji jest ok. 300, pracuje za ich pośrednictwem nawet 1,5 mln osób. Tyle że nie emeryci ani studenci. Sprzedawcy w hipermarketach, robotnicy w montowniach w specjalnych strefach ekonomicznych. Przeważnie mieszkańcy wsi, małych miast. Innej pracy w okolicy nie ma.

Na czym polega myk? Czas czarterowania pracownika nie może być dłuższy niż 18 miesięcy. Więc po 18 miesiącach pracownik idzie do agencji-córki (zwykle sama agencja się zgłasza) i tam się zatrudnia. Dalej pracuje w tym samym miejscu, choć – teoretycznie – u kogo innego. Agencje prowadzą handel wymienny pracownikami. Inspektorzy pracy, gdy zauważą takiego stałego-tymczasowego, mogą zapisać uwagę we wnioskach pokontrolnych. A pracodawca może wrzucić je do kosza. Żadna kara mu nie grozi, bo… zapomniano zapisać coś takiego w ustawie.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj