Bezzałogowce na polskim niebie: szansa czy ryzyko?
Nadchodzą drony
Im więcej bezzałogowców na polskim niebie, tym większy bałagan i ryzyko katastrofy lotniczej. Ale najgorszym pomysłem byłoby ich po prostu zakazać.
Amatorów dronów powinno zadowalać latanie poniżej 50 m. i nie dalej niż w zasięgu 300 m.
John Lund/Getty Images

Amatorów dronów powinno zadowalać latanie poniżej 50 m. i nie dalej niż w zasięgu 300 m.

Mamy prawdopodobnie drona na wysokości 762 m – informowali kontrolerów ruchu lotniczego piloci rejsowego samolotu Lufthansy, lecącego z Monachium do Warszawy, gdy 20 lipca 2015 r. podchodzili do lądowania na lotnisku Chopina. Wieża odpowiedziała, że zawiadomią policję. Sprawcą kłopotów okazał się 39-latek spod Piaseczna, zatrzymany w swoim mieszkaniu. Grozi mu do 8 lat więzienia za spowodowanie zagrożenia katastrofą w ruchu powietrznym.

O sprawie zrobiło się głośno, bo nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uświadomić sobie skalę zagrożenia. Piloci samolotów boją się nawet zderzenia z pojedynczym ptakiem. Tymczasem typowe bezzałogowe statki powietrzne (to termin z polskiego prawa lotniczego, na świecie określane jako UAV, Unmanned Aerial Vehicle), w dokumentach unijnych nazywane zdalnie sterowanymi systemami latającymi (ang. RPAS), potocznie zaś dronami, które spotykamy na naszym niebie, ważą do 25 kg! Tak zwane koptery, najczęściej spotykane konstrukcje dostępne dla amatorów, uzbrojone w kamerę lub aparat fotograficzny, z czterema lub sześcioma śmigłami, ważą do 8 kg. Potrafią latać z prędkością ponad 60 km/h (niektóre nawet ponad 100 km/h) i wznosić się na pułap 300 m.

Przed lipcowym incydentem odnotowaliśmy jeszcze cztery poważne zdarzenia lotnicze z udziałem dronów – mówi Paweł Szymański z Urzędu Lotnictwa Cywilnego, zajmujący się tym segmentem lotnictwa.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj