szukaj
Wizerunek nasz powszedni
Orgazm osobowości
Przyszło nam przywyknąć do życia w realiach, które mamią i uwodzą niezliczonymi możliwościami samorealizacji. Liczy się indywidualny sukces, autonomia, wolność. Liczy się mobilność, szybkość, chwila wypełniona kolejnym doświadczeniem, „orgazm osobowości”.
Samo ciało to jednak za mało
TheAlieness GiselaGiardino²³/Flickr CC by SA

Samo ciało to jednak za mało

Udane życie to dzisiaj przede wszystkim poziom konsumpcji rozumianej w najszerszym sensie, a więc zarówno jako kolekcjonowanie przedmiotów, wysoki standard życia zanurzonego w owych szczególnych didaskaliach, jakimi są nieprzebrane gadżety i ich wymienność, jak i kolekcjonowanie wrażeń – wojaże, ekstremalne sporty, oryginalne zainteresowania, bywanie w miejscach, gdzie pokazać się wypada itd. Bądź sobą, pokaż swój styl życia, spróbuj, wybierz – to są hasła bombardujące nas zewsząd jako dominujący przekaz medialny czy wręcz nakaz kulturowy.

 

Życie jako igraszka mód

Antropolodzy, socjolodzy i psycholodzy przekonywająco pokazują wszakże, że niełatwo jest odnaleźć ową własną ścieżkę życia w sytuacji, kiedy ludzkiemu losowi towarzyszy coraz większa niepewność, ryzyko, a wielość wyborów na równi fascynuje, co przeraża. Większość tradycyjnych więzi i form społecznych, takich jak rodzina, małżeństwo, „przyuczanie” do życia społecznego na zasadzie przekazu pokoleniowego, uległo już na dobre zanikowi, ale na ich miejsce pojawiły się instytucje i instancje wtórne, przede wszystkim media i przekazywana przez nie perswazja, jak żyć. I to one wpływają na życiorys jednostki. 
 
O ile jednak formom tradycyjnym zarzucano, iż ograniczają ludzi poprzez sam fakt sztywnego przypisania ich do trajektorii możliwych wyborów życiowych, krępując tym samym inicjatywę i wybór stylu życia, o tyle instytucje wtórne czynią z jednostki i jej życia igraszkę mód, stosunków, koniunktur i rynków. W miejsce klasycznych biografii chłopskich, mieszczańskich, inteligenckich czy klas wyższych, zawsze w jakiś sposób zindywidualizowanych, mimo iż zawartych w ogólnym wzorze miejsca i czasu, rodzi się zjawisko charakterystyczne dla dzisiejszej liberalnej gospodarki kapitalistycznej, które znany niemiecki socjolog Ulrich Beck nazywa biografiami zinstytucjonalizowanymi związanymi z wykonywanym zawodem i miejscem pracy. Wzór podobnej biografii wyznaczają trzy główne jej elementy – edukacja, praca i emerytura.

Wokół nich nawarstwiają się systemy wartościowania, czym jest udane życie, autonomia wyboru i indywidualizacja życia.

Zauważmy, jak niewielkie znaczenie, w porównaniu ze społeczeństwami tradycyjnymi, mają dziś ważne w perspektywie jednostkowego życia obrzędy przejścia (rites de passage), wyznaczające sens egzystencji człowieka od chwili narodzin, przez etap dojrzewania społecznego, małżeństwo, aż po nieuchronną śmierć, wyłączającą każdego na dobre z dotychczasowej wspólnoty. Współcześnie jakościowe skoki w biografii to głównie te momenty życiorysu, które wyznacza logika rynku pracy i – tym samym – poziom możliwej konsumpcji, co w istocie oznacza całkowitą od niego zależność także w sensie kształtowania własnej tożsamości. Tak ceniona sobie przez nas indywidualizacja skazuje nas na zewnętrzne sterowanie i zewnętrzną standaryzację. Zacytujmy Becka: „Powstające formy egzystencji są osamotnionym, nieświadomym masowym rynkiem i masową konsumpcją sztampowo zaprojektowanych mieszkań i sposobów ich urządzenia, artykułów codziennego użytku, lansowanych przez media masowe, i przyswajanych opinii, zwyczajów, postaw, stylów życia”.

Czy w takiej sytuacji dziwić może postępująca degradacja symbolicznej sfery życia związanej z obrzędami przejścia, przejawiająca się choćby tym, iż głównym hitem uroczystości komunijnych A.D. 2005 w naszym kraju były masowo już nieomal przeprowadzane na dziatwie chirurgiczne operacje uszu i korekty twarzy? Jakościowe skoki w życiu sprowadzają się tedy do „wejść” i „wyjść” na kolejnych etapach edukacji i kariery, a najgorsze, co może spotkać mobilną jednostkę, to pozostawanie w tzw. sferze liminalnej, pomiędzy wcześniejszym stanem i sferą, ku której się aspiruje. Bezrobocie to taki właśnie groźny okres, zawsze mogący przerodzić się w stan permanentny, całkowitą uboczność i bezruch.


Człowiek odpowiednio nazwany

Na dobre i na złe, proces budowania, a więc dochodzenia do własnego „ja” jest, obok czynników rynkowych, coraz intensywniej wzbogacany także medialnym materiałem symbolicznym. Aspiracje, kim chcę być, wynikają po części z dążenia, by przynajmniej zbliżyć się do rzeczywistości obecnej w mediach, w świecie niby po drugiej stronie, który przecież wkracza w codzienność naszego tutaj, oświetla ją i przenika. To powoduje, iż żyjemy obecnie w świecie, w którym zdolność doświadczania niekoniecznie musi mieć związek z tym, co napotykamy na swojej drodze, z czym obcujemy bezpośrednio na co dzień. Pesymiści orzekli już, iż wręcz zaciera się granica między doświadczeniem przeżytym a doświadczeniem medialnym, uzurpującym sobie status tego pierwszego. Ma to swoje ważkie konsekwencje dla sposobu, w jaki postrzegamy samych siebie i innych, jak kształtujemy własną tożsamość, ku czemu dążymy, w szczególny sposób wierząc, iż potrzeby, pragnienia, nadzieje i pewność zależą od naszego wizualnego wizerunku.

Charakterystyka istot ludzkich to jedno z nieodzownych narzędzi, umożliwiających nam orientację w świecie. We wszystkich kulturach każdą jednostkę postrzega się jako przynależącą do konkretnej kategorii osób. Spektrum możliwości podobnego kategorialnego przypisania jest ogromne, może to być terminologia pokrewieństwa (sama w sobie porażająco zróżnicowana i niekiedy bardzo skomplikowana), inna może dotyczyć jakiegoś podsystemu czy aspektu społeczeństwa (arystokracja, grupy wiekowe, kategoria zawodu), jeszcze inne mają charakter nieformalny (imiona osobowe, przydomki) albo przeciwnie – sformalizowany (np. przynależność kastowa). Jak pięknie pisze wybitny antropolog Clifford Geertz: „Codzienny świat, w jakim poruszają się członkowie jakiejkolwiek społeczności, ich brane za oczywistość pole społecznego działania – nie jest zaludniony przez ludzi bez twarzy i właściwości, którzy mogliby być »kimkolwiek«, lecz przez ludzi, z których każdy jest »kimś«, przez konkretne klasy określonych osób, jednoznacznie scharakteryzowane i odpowiednio nazwane. Systemy symboliczne, które te klasy definiują, nie są nam dane, nie wynikają z samej natury rzeczy – konstruuje je historia, zachowuje społeczeństwo, a stosują indywidualne jednostki”. Z jakże różną sytuacją mamy do czynienia w zindywidualizowanych społeczeństwach demokratycznych, w których rolę socjalizowania przejmują w dużym stopniu media, co dzieje się, rzecz jasna, kosztem tradycyjnych grup odniesienia, przede wszystkim rodziny zatracającej dotychczasową rolę. To, kim jesteśmy, tradycyjnie określały tzw. tożsamości przenikające, od których nie sposób się było wyzwolić, a nawet gdy się to powiodło, działo się to kosztem społecznej stygmatyzacji. Przynależność do rodziny, klasy społecznej, wspólnoty regionalnej, wreszcie określonego narodu naznaczało w tak mocnym stopniu, iż wyjście poza podobne identyfikacje stawało się aktem heroicznym.

Mniej więcej pół wieku temu wydarzyło się coś, co w sposób zasadniczy zmieniło kondycję społeczeństwa. Chodzi o pogłębiające się dążenie do indywidualizacji w przeżywaniu świata, indywidualizacji moralno-duchowej, ale także tej wiążącej się z rewolucją konsumencką. Koncentrowanie się na przestrzeni prywatnej, na tym, aby – jak pisał Leszek Kołakowski – „obrastać w rzeczy”, a przy tym żyć „autentycznie”, samemu znajdując jakąś niszę, w której autentyzm rzekomo się jeszcze uchował, nadszarpnęło, a w konsekwencji zniszczyło tradycyjne więzi społeczne.

Dzisiejsza skrajna niekiedy indywidualizacja i autonomizacja życia społecznego i deregulacja kultury zmuszają do poszukiwania własnego „ja” niejako na własną rękę. Do składania z różnych fragmentów doświadczenia przeżytego i doświadczenia zapośredniczonego w miarę spójnej tożsamości osobowej. W tym momencie, w fazie powszechnie głoszonego kryzysu niemal wszelkich dziedzin życia wspólnotowego, dominują indywidualne strategie życia, dla których raison d’?tre stanowi kształtowanie autowizerunku przede wszystkim na potrzeby budowania wspominanej wcześniej biografii instytucjonalnej, liczącej się przede wszystkim i najbardziej pożądanej. Skoro gleba, na której onegdaj wzrastała osobowa tożsamość, jest ziemią jałową i niechcianą, leżącą odłogiem, kształtowanie własnego „ja” staje się zadaniem i wyzwaniem, a niektórzy mówią wręcz – projektem.

Ciało obsesyjnie doskonalone

Myliłby się jednak ten, kto doszukiwałby się w zaistniałej sytuacji dowodu na to, iż kultura już nie działa, że jednostki są odporne na jej dyktaty w sferze najbardziej przez nie cenionej prywatności i autonomiczności wyboru. Nic bardziej błędnego! Dominacja biografii instytucjonalnej, zabieganie o to, aby były one jakościowo jak najlepsze, tym bardziej ogranicza pole manewru w kształtowaniu autowizerunku, zmuszając do stosowania najróżnorodniejszych strategii komunikowania i manifestowania tego rzekomo indywidualnie podejmowanego wyboru. Jedną z takich strategii kształtowania pozytywnego wizerunku są zabiegi zogniskowane wokół własnego ciała.

Obsesją kultury demokratycznej jest dzisiaj doskonalenie zarówno ciała kobiecego, jak i męskiego, czynienie z fizycznej perfekcji znaków kulturowych przywiązanych do pojęcia tożsamości. Dzisiaj to nie rodzice, krewni i przyjaciele kształtują wyobrażenia o tym, jakie ciało być powinno, ale decydują o tym grupy rówieśnicze, media, herosi i ikony popkultury. W wypadku ciała kobiecego można powiedzieć, że otyłość jest gorszym grzechem od śmierci! No cóż, posiłek najuboższych mieszkanek Indii zawiera dziennie 1400 kalorii, a osławiona amerykańska Hilton Head Diet sprowadza się zaledwie do 800. Celem tych niebywałych wyrzeczeń i obsesyjnej kalkulacji jest nie co innego, jak ukształtowanie ciała-modelu, takiego, które pozornie należy do konkretnej kobiety, ale tak naprawdę ma być analogiczne z wyidealizowanymi ciałami innymi – trudno o lepszy przykład standaryzacji.

Szczupłe, piękne ciało musi zostać następnie ometkowane odpowiednim strojem, wyposażone w nienaganny garnitur uzębienia (gdzież te czasy, kiedy różniliśmy się w tym względzie, gdzież koledzy i koleżanki z zębami jak u królika etc.?), kulturowo obnażone lub naznaczone innymi zabiegami (piercing, tatuaże), których celem jest kulturalizacja natury, poprawianie tego, co biologicznie dane. Wydaje się, że modelowanie ciała to w ogóle warunek wstępny, poza młodym wiekiem, aby jakakolwiek tożsamość osobowa mogła wzejść, aby można ją było kształtować na tym jakże wątłym fundamencie. Robi się wszystko, aby ciało stało się swoistą maską przywdziewaną na okoliczność, która zwie się sukces.

Takie ciała wyraźnie ponadto odróżniają ich nosicielki od ciał z defektem (co oznacza najczęściej: ciał normalnych), mają intencjonalnie pomóc w osiągnięciu indywidualnie projektowanego celu, są zatem źródłem nowej stratyfikacji społecznej. Jakość ciała odróżnia, komunikuje, kim się jest i jakie ma się aspiracje.

Mężczyźni budują swoje ciała w odmienny sposób, ale i tutaj szczupła sylwetka, zdrowa cera i „ukulturalniona” natura (oraz pożądana wartość absolutna, jaką jest młodość) składają się na masowo powielany standard ciała-modelu. Nikt nie pomyli go z typem pakera albo cherlawego intelektualisty, gatunku na wymarciu. Niektórzy powiadają nawet, że współczesny mężczyzna Zachodu, do niedawna 99 proc. czasu poświęcający myśleniu o seksie, obecnie troszczy się głównie o własne ciało, skąd bierze się kompleks Adonisa, typowy dla najnowszej generacji tego gatunku istot. Tutaj z pewnością kryją się także źródła fenomenu metroseksualności, próby pogodzenia pierwiastka żeńskiego i męskiego w konstruowaniu płci kulturowej (kobiecy hetero?). Wizualizacja tożsamości staje się faktem.

Ale samo ciało to jednak za mało. Na całościowy look muszą się zatem złożyć także inne atrybuty: odpowiedni markowy strój, sposób bycia i gadżety. W dzisiejszym nerwowym, wartko mknącym życiu przepojonym rywalizacją nie ma czasu na spokojne i pogłębione studiowanie osobowości innych ludzi. Oni muszą już na pierwszy rzut oka „podpadać” pod określoną kategorię, tutaj nie może być mowy o niedomówieniach i niejasnościach. Ometkowane ciało, gesty, „wyczesany” język i przedmioty-znaki jednoznacznie komunikują innym o przynależności do grupy rzeczywistego albo ledwie potencjalnego sukcesu. Bez pudła można wnioskować, że osoby z tej grupy będą asertywne, otwarte na „relacje międzyludzkie”, elastyczne (pisze się przecież o tzw. elastycznym kapitalizmie, który polega na tym, iż pracownik jest dostępny przez 24 godziny na dobę, a tym samym elastyczność jego życia prywatnego jest coraz mniejsza). Stąd tak typowa dla tej grupy ludzi pseudoindywidualizacja – wizualne tożsamości są typowe, różnią się jedynie mało istotnymi szczegółami, np. typem telefonu, marką firmy, rodzajem ukochanego sportu albo hobby. Przekroczenie dominującego image’u w ogóle nie wchodzi w grę.

Na straży właściwego autowizerunku, wspartego na dobrze ukształtowanym image’u, stoją dzisiaj najróżniejsi eksperci, którzy zajęli miejsce tradycyjnych autorytetów. Autorytet w klasycznym rozumieniu służył temu, aby dać oparcie zwątpieniu, system ekspercki natomiast czerpie swoją siłę z zasady powątpiewania, iż pewność jest wartością absolutną; należy zatem orientować się w tym, gdzie poczucie pewności „dla mnie” będzie użyteczne, co mi da, w jaki sposób ułatwi dążenie do pożądanego celu. Wybranie którejś z opcji eksperckich to jednak nie to samo co zawierzenie autorytetowi, zaufanie i poddanie się mu. Wiedza dostarczana przez speców wszelkiej maści dotyczy coraz węższych zakresów poszatkowanej egzystencji. Absurdalność całej sytuacji dostrzegł Jerzy Pilch i w swoim stylu skomentował: „Normalny człowiek jest już całkiem spokojny i siada w fotelu z gazetą w garści. Wie, że należy to uczynić tak, by zasugerować światu, iż na wylot zna poradnik »Jak zajmować miejsce w fotelu i jak w nim czytać gazetę?«. Normalny człowiek celebruje zatem nieco siadanie w fotelu i rozkładanie gazety, i przychodzi mu do głowy gorzka myśl, że to, co robi, nie jest jednak całkiem normalne. Ale jakże ja mam być normalny, skoro ja żadnego poradnika pt. »Jak być normalnym?« nie znam?” (Jerzy Pilch, „Rozpacz z powodu utraty furmanki”, Kraków 2003).

W słynnej książce „Człowiek w teatrze życia codziennego” Erving Goffman przeprowadził przed pięćdziesięciu laty wiwisekcję ról odgrywanych przez jednostkę w relacjach społecznych. Amerykański socjolog zakładał, że jednostka wkraczając w krąg bezpośredniej obecności innych jednostek ma wiele powodów, aby próbować kontrolować wrażenie, jakie robi na innych. W tym celu stosuje wiele rozpowszechnionych technik przypominających sztukę sceniczną i techniki teatralne. Na zdolność wywierania wrażenia przez jednostkę składają się dwa zasadniczo odmienne rodzaje symbolicznej działalności – wrażenia, które ona przekazuje i które wywołuje. Pierwszy rodzaj działalności obejmuje komunikowanie się w wąskim i tradycyjnym rozumieniu słowa komunikacja. Natomiast drugi rodzaj symbolicznej działalności obejmuje szeroki zakres zachowań, które inni mogą traktować jako charakterystyczne dla tej akurat osoby. Jak się wydaje, dzisiaj szczególnie cenioną umiejętnością jest ta druga działalność, sprowadzająca się zarówno do komunikowania, jak i manifestowania „ja”. Wywołać wrażenie albo wywołać efekt to pierwszy i podstawowy krok na drodze do wpisania kolejnej rubryki w biografię instytucjonalną jednostki.


Ludzie wymienialni jak przedmioty

Dzisiejsze czasy to z pewnością czasy pod znakiem niepewności i przyspieszenia we wszelkich dziedzinach życia. Do lamusa zdaje się odchodzić pojęcie trwałości, i to na równi w odniesieniu do przedmiotów, jak i stosunków międzyludzkich (uwaga na marginesie: właściwie nie mówi się teraz o stosunkach, ale relacjach między ludźmi, podobnie zresztą o relacji z drugim człowiekiem, a nie o stosunku do drugiej osoby; słowo stosunek w języku potocznym niebawem pewnie konotować będzie tylko stosunek płciowy, ale może i tu pojawi się relacja seksualna?). To Hannah Arendt przenikliwie zauważyła, iż świat człowieka zawdzięcza swą realność i solidność temu, że otaczające nas przedmioty są bardziej trwałe od czynności, w wyniku których powstały. W świecie nowoczesnych sprzętów-gadżetów ta prawidłowość jest zagrożona. Człowiek unika jakichkolwiek powiązań z otaczającymi go rzeczami, domagając się produktów zaprojektowanych wyłącznie pod kątem jakiegoś określonego celu. Powiedziałbym jednak więcej – analogiczna zasada obowiązuje także w sferze społecznej komunikacji, jako że w ramach biografii instytucjonalnej ludzie są tak samo wymienialni jak przedmioty i także służą (obsługują nas?) tylko dopóty, dopóki zdają się być użyteczni, nie zmuszają do zobowiązań i nadmiernych zobowiązań, nie trzeba ich „naprawiać” ani za bardzo się z nimi spoufalać.

Wolność, autonomia, możliwość wyboru nigdy zatem nie istnieją w kulturowej próżni. Wraz ze zmieniającą się kulturą przemianom podlegają jedynie dyktaty z jej strony płynące. Wyzwolenie się z dominacji tożsamości przenikających na rzecz indywidualnego budowania własnej biografii życiowej oznacza zatem nie wolność decydowania o sobie w sensie absolutnym, ale zawsze wolność zrelatywizowaną, odnoszoną do tego, co właśnie zostało przezwyciężone. Przezwyciężyć jedne ograniczenia, to wszakże oddać się w pacht ograniczeń nowych, z radosnym przekonaniem, że w istocie ich nie ma. Być wolnym, całkowicie odpowiedzialnym za własne „ja”, można być jedynie w sytuacji całkowitej samotności.

 
Prof. Wojciech Burszta (47 l.), antropolog, kulturoznawca, eseista i krytyk kultury. Kierownik Katedry Antropologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, profesor w Zakładzie Badań Narodowościowych Instytutu Slawistyki PAN. Autor ponad 200 publikacji naukowych.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj