szukaj
Psycholog o inteligencji
Na zdrowy rozum
Edward Nęcka specjalizuje się w problematyce twórczości, inteligencji i poznania. Jest profesorem zwyczajnym na Uniwersytecie Jagiellońskim i w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk i kilku międzynarodowych towarzystw naukowych. Opublikował m.in.: „Proces twórczy i jego ograniczenia”, „Trening twórczości”, „Inteligencja i procesy poznawcze”, „Trop... Twórcze Rozwiązywanie Problemów”, „Pobudzenie intelektu: Zarys formalnej teorii inteligencji”, „Psychologia twórczości”. Przedstawiamy fragmenty nowej książki „Człowiek – umysł – maszyna. Rozmowy o twórczości i inteligencji”, przygotowanej do druku w wydawnictwie Znak w ramach serii Mistrz-uczeń. Wybór, skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji.
Co wynika z IQ?
Eddi 07/Flickr CC by SA

Co wynika z IQ?

Janek Sowa: – Ludzką inteligencję definiowano kiedyś tautologicznie jako „to, co mierzą testy inteligencji”. Czy inteligencja to pojęcie czysto pomiarowo-statystyczne i nic więcej?

Edward Nęcka: Iloraz inteligencji jest pojęciem statystycznym. Jest to pewien wskaźnik liczbowy, konwencjonalnie przyjęty jako miara sprawności umysłowej. Nic się za nim nie kryje. Nie istnieje żaden materialny substrat ilorazu inteligencji. (...)

Mamy różne testy. W idealnej sytuacji podobne narzędzia powinny mieć podbudowę teoretyczną i być praktycznym przełożeniem tego, co nauka sądzi o inteligencji, jej naturze i podłożu. Niestety, nie zawsze tak jest. Niekiedy testy są wynikiem funkcjonowania naiwnych i potocznych koncepcji inteligencji. Czasami wynikają z potrzeb praktycznych, zwłaszcza klinicznych. W szpitalu psychiatrycznym potrzebne były na przykład metody pomiaru sprawności intelektualnej pacjentów. Dodajmy na marginesie, żeby to nie było mylone, że zaburzenia natury psychiatrycznej nie polegają na braku inteligencji, ale na czymś zupełnie innym. Natomiast w diagnozie konieczna jest między innymi informacja o inteligencji pacjenta. Gdy pojawiło się zapotrzebowanie na takie narzędzia, psychologowie lub psychiatrzy nieco po omacku skonstruowali testy. Tak się narodził (najbardziej popularny – red.) test Wechslera. Jest on kombinacją różnych zadań: na pamięć, na percepcję, na manipulację, kilku zadań wymagających rozumienia sytuacji społecznej i innych podobnych. Jest to złożony i bardzo niejednolity test, który nie był stymulowany teorią, ale potrzebami praktycznymi. 

Czy jest w dziedzinie testów postęp?

Widzę bardzo wyraźny postęp. Po pierwsze, testy są coraz lepiej osadzone w teorii. Takich narzędzi jak test Wechslera już się dzisiaj nie tworzy, a te, które powstały wcześniej, są udoskonalane. Po drugie, coraz powszechniejsze jest podejście, które pozwala na dostosowanie trudności zadania do możliwości jednostki. Klasyczny test polega na tym, że dla wszystkich badanych wykorzystuje się ten sam zestaw zadań. Potem sprawdzamy, ile z nich badany rozwiązał, w jakim czasie i jak to wypada na tle całej grupy lub populacji. Natomiast w nowoczesnym podejściu jest tak, że istnieje pewna pula zadań, wielokrotnie większa niż liczba zadań, które badany rzeczywiście dostanie do rozwiązania, i program komputerowy losuje z tej puli odpowiednie zadania, które są wystandaryzowane pod względem trudności. Jeśli okaże się, że dane zadanie jest dla kogoś za trudne, maszyna zaczyna losować z puli zadań łatwiejszych, a jeżeli jest za łatwe, to z puli trudniejszych. W ten sposób program dopasowuje poziom zadań do możliwości człowieka, dzięki czemu pomiar staje się znacznie bardziej precyzyjny i da się wykreślić indywidualny profil zdolności danej osoby.(...)

Co wynika z IQ?

Jakie podejście do testowania inteligencji jest pana zdaniem lepsze – werbalne, niewerbalne czy może jeszcze inne?

Testy niewerbalne mają jedną podstawową przewagę nad werbalnymi, a mianowicie taką, że nadają się do zastosowania niezależnie od wykształcenia i środowiska osoby badanej. Wszelkiego rodzaju zaniedbania edukacyjne i wychowawcze bardzo rzutują na słownictwo. Język dzieci zaniedbanych wychowawczo jest uboższy, ponieważ mniej czytają, a przez to dysponują mniejszą liczbą pojęć, mniejszym zasobem słów, a nawet nie rozumieją pewnych pytań. Mogą przy tym być w intelektualnej normie. Niektóre z tych dzieci ze względu na statystyczne zależności są nawet ponad normą, jednak na samym początku tracą punkty, bo nie są dobre werbalnie. Ta sama kwestia pojawia się w społeczeństwach wielokulturowych. U nas to jeszcze nie jest problemem, ale będzie. W Anglii w typowej klasie szkolnej znajdziemy sporo dzieci o pochodzeniu pakistańskim, karaibskim czy afrykańskim. Jeżeli jest to drugie pokolenie emigrantów, to dzieci już świetnie mówią po angielsku, ale mogą nie mieć tych samych kompetencji kulturowych, chociażby z tego powodu, że nie znają pewnych książek. Wtedy test niewerbalny jest świetny, bo pozostaje obojętny na wpływ tego typu czynników.

Z drugiej strony język jest bardzo ważnym narzędziem poznania. W języku ujawnia się inteligencja lub jej brak. Idealnie byłoby mieć testy werbalne i niewerbalne, pod warunkiem, że te werbalne są jednakowo sprawiedliwe dla wszystkich badanych. Jeżeli nie, to lepiej stosować niewerbalne.

Zmierzyłem sobie inteligencję testem Wechslera i otrzymałem wynik, powiedzmy, sto czterdzieści sześć. Co to znaczy?

To jest bardzo dużo. Mówiąc językiem statystycznym, trzy odchylenia standardowe powyżej średniej. Sto to umowna miara średniej inteligencji w społeczeństwie.

W jakim sensie umowna?

Gdybyśmy zmierzyli inteligencję wszystkich Polaków, przełożyli to na jakiś wynik liczbowy, a następnie uśrednili, otrzymalibyśmy pewną liczbę – na przykład liczbę punktów lub liczbę zadań, które średnio wykonano w ciągu godziny. Ten wynik umownie uznaje się za równy sto, a potem wobec niego relatywizuje się wyniki gorsze lub lepsze. Całość tworzy tak zwaną krzywą Gaussa, inaczej nazywaną krzywą dzwonową, bo przypomina kształtem dzwon. Najwięcej jest przypadków średnich, stosunkowo mało bardzo słabych i równie niewiele bardzo silnych. Częstość wyników maleje łagodnie po obu stronach – im dalej od średniej, tym jest ich mniej.

Notabene, krzywa dzwonowa opisuje rozkład większości cech zarówno psychicznych, jak i fizycznych w zbiorowości. Na przykład wzrost: najwięcej jest ludzi o przeciętnym wzroście, bardzo mało osób niewysokich i tak samo mało gigantów.

Jak to się rozkłada liczbowo? Ilu jest ludzi o ilorazie wynoszącym sto? Połowa?

Jeżelibyśmy przeciętność zdefiniowali jako inteligencję równą dokładnie sto, to ludzi z takim IQ jest niewielu. Tak się jednak nie robi. Używa się miary statystycznej zwanej odchyleniem standardowym, która określa pewien przedział. Ponad sześćdziesiąt procent populacji mieści się w granicach IQ od osiemdziesięciu pięciu do stu piętnastu punktów. Sto to średnia miara inteligencji, a piętnaście punktów to właśnie odchylenie. Kolejny przedział w górę to między sto piętnaście a sto trzydzieści, czyli do dwóch odchyleń standardowych. Tutaj procenty drastycznie maleją. Powyżej stu trzydziestu punktów, czyli powyżej dwóch odchyleń standardowych, jest nie więcej niż dwa procent populacji. Jeżeli ktoś ma sto czterdzieści kilka punktów, to jest w grupie obejmującej mniej niż jeden procent populacji.

Czyli iloraz inteligencji mówi mi, ilu jest ludzi, którzy są tak inteligentni jak ja?

Lub bardziej. Mówi, ilu jest ludzi o takim samym ilorazie inteligencji lub wyższym. Albo inaczej – ilu jest ludzi, którzy mają iloraz inteligencji niższy. Jest ich więcej niż dziewięćdziesiąt dziewięć procent. To jest miara statystyczna i bardzo względna.(...)

Czy inteligencja przynosi sukces?

Czy wysokość IQ przekłada się na życiowe funkcjonowanie? Arthur Jensen uważa, że pośród wszystkich mierzalnych czynników inteligencja najbardziej koreluje z sukcesem życiowym. Czy to prawda?

(...) Iloraz inteligencji jest najlepszym pośród znanych predyktorów sukcesu życiowego – czyli pozwala najlepiej spośród wszystkich mierzalnych czynników przewidywać, jak wiele ktoś osiągnie w życiu – ale jest ciągle predyktorem słabym. Na podstawie znajomości ilorazu inteligencji możemy przewidzieć osiągnięcia życiowe w stopniu lepszym niż opierając się na innych miarach, ale wciąż bardzo niewielkim.

Jak dużym? Ile to jest procent?

Zależy, jaki wskaźnik sukcesu życiowego wybierzemy. W Stanach Zjednoczonych najczęściej przyjmuje się roczny dochód w dolarach. Korelacja – czyli miara współzależności – między dochodem a poziomem inteligencji wynosi między 0,3 a 0,4. Na skali od 0 – brak jakiegokolwiek związku,
do 1 – całkowita pozytywna współzależność. 0,3–0,4 to niezbyt dużo. Oczywiście inne miary, na przykład osobowość, dają jeszcze słabsze wyniki.

Dlaczego?

Sukces życiowy jest w pewnej mierze niezależny od tego, jaki człowiek jest. Może być wynikiem okoliczności, których dzisiaj wciąż nie umiemy dobrze mierzyć. Jest jeszcze jeden istotny warunek sensowności podobnych rozważań. Trzeba wziąć pod uwagę cały przekrój społeczeństwa, od bardzo nieinteligentnych, poprzez średnio inteligentnych, aż po wybitnie inteligentnych. Dopiero wtedy ujawnia się ta zależność. Wyliczono na przykład, ile dochodu rocznie daje człowiekowi – uściślijmy: statystycznemu Amerykaninowi – jeden punkt na skali inteligencji.

I ile to jest?

Sto osiemdziesiąt jeden dolarów i trzydzieści dwa centy rocznie.

Wynikałoby, że George Bush jest bardziej inteligentny niż Noam Chomsky.

Czemu?

Bo ma dochody na pewno wyższe.

No nie wiem, Chomsky pewnie nie jest biedakiem, skoro napisał kilka bestsellerów. Poza tym Bush jest z bogatej rodziny. Na to też trzeba wziąć poprawkę. Zresztą, co bardzo ważne, to są wszystko zależności statystyczne, czyli stosują się do dużych grup. W indywidualnym przypadku podobne predykcje są pozbawione sensu.

Chciałbym jednak te miary statystyczne odnieść do siebie. Czy z badań Jensena wynika, że czterdzieści procent szans, które mam w życiu, daje mi inteligencja?

Jeżeli weźmiemy abstrakcyjnego osobnika, o którym wiemy tylko, że ma wysoki iloraz inteligencji, na przykład sto czterdzieści sześć, i nic poza tym – ani to, jaki jest, ani to, co wie, co umie, z jakiej jest rodziny i tym podobne – to możemy z prawdopodobieństwem okołodwudziestoprocentowym zgadnąć, że ten człowiek odniesie sukces życiowy. Jeśli nie teraz, to za jakiś czas. W generalnym bilansie życiowym będzie miał dużo osiągnięć, sukcesów, zdobędzie wysoką pozycję społeczną, będzie więcej zarabiał, mniej chorował i dłużej żył.

To wszystko koreluje z inteligencją?

Tak. Z powodów niekoniecznie psychologicznych, ale praktycznych, bo pieniądze, sukcesy i dobra pozycja to również lepszy dostęp do lekarzy albo mniej stresów wynikających z biedy. Zaraz jeszcze do tego wrócę. Co ważne, to jest tylko statystyczna możliwość, prawdopodobieństwo. Nie ma żadnej pewności. W indywidualnym przypadku, gdy mamy pana X, nawet jeśli dysponujemy wiedzą na temat jego ilorazu inteligencji, nie da się nic na pewno określić, bo ten konkretny człowiek może po prostu z różnych powodów nie osiągnąć niczego w życiu. Może zaprzepaścić wszystko, do czego doszedł, lub popaść w alkoholizm. Posługiwanie się zależnościami statystycznymi jest uprawnione tylko w odniesieniu do dużej grupy ludzi. Można wtedy powiedzieć, że inteligencja jest czynnikiem, na podstawie którego da się statystycznie przewidzieć sukces. Sto osiemdziesiąt parę dolarów daje przeciętnemu, abstrakcyjnemu Amerykaninowi każdy kolejny punkt na skali ilorazu inteligencji ogólnej. Dwa punkty przewagi nad kimś to już jest trzysta sześćdziesiąt kilka dolarów rocznie więcej. Przed opodatkowaniem.(...)

Czy inteligencja to wiedza?

Skoro inteligencja to najlepszy ze wszystkich mierzalnych predyktorów sukcesu życiowego, czy nie powinniśmy najróżniejszych egzaminów typu matura lub egzamin na studia zastąpić testami inteligencji? Wyłonilibyśmy w ten sposób tych, którzy są inteligentni i sobie świetnie dalej poradzą.

Myślę, że nie byłby to dobry pomysł. Z dwóch powodów. Po pierwsze, inteligencja jest ogólną, nadrzędną zdolnością intelektualną, którą wykorzystuje się, gdy brak nam specyficznych zdolności do poradzenia sobie w jakiejś sytuacji. Natomiast jeżeli ktoś wybiera matematykę jako kierunek studiów, lepiej, żeby dysponował konkretną sprawnością w rozwiązywaniu problemów matematycznych niż ogólnym urządzeniem do rozwiązywania jakichkolwiek problemów. Wiadomo, że takie ogólne „urządzenie” będzie mniej dostosowane do specyficznych wymagań i bardziej zawodne w konkretnych sytuacjach

Drugi powód, dla którego to może nie byłoby najlepsze, jest taki, że pojawia się problem polityczny i etyczny, a mianowicie, czy mamy prawo na podstawie cechy psychicznej kwalifikować kogoś na studia. Nie ma tego dylematu, kiedy wymagamy wiedzy. Możemy kandydatowi powiedzieć: musisz umieć to i to, inaczej cię nie przyjmiemy. Czym innym jest powiedzieć człowiekowi: bądź taki a taki, a jak nie będziesz, to cię nie przyjmiemy. Wiadomo, że wiedza i inteligencja są ze sobą związane, bo żeby się czegoś nauczyć, trzeba dysponować inteligencją; im większą, tym lepiej. Więc wymagając wiedzy, tak naprawdę wymagamy również inteligencji, ale nie wprost. Nie mówimy człowiekowi bezpośrednio: „Bądź inteligentny, bo inaczej nie masz szans się dostać”.

Posługuje się pan pojęciem statystycznym bardzo ważnym w psychologii, a mianowicie pojęciem korelacji. Jak przekłada się ono na więzi przyczynowo-skutkowe, bo to nie jest jednak to samo?

Istnieje powiedzenie: correlation is not causation. Korelacja nie pociąga za sobą zależności przyczynowo-skutkowej. To jest jedna z podstawowych rzeczy, której uczy się adeptów nauk społecznych. Może być tak, że jeżeli pewne rzeczy są skorelowane, to jedna jest przyczyną, a druga skutkiem. Mówimy, że iloraz inteligencji koreluje z dochodem, w związku z czym uznajemy, że jest jego przyczyną. Nie można jednak wykluczyć, że dochód zwrotnie działa na iloraz inteligencji. Jeśli nawet nie na tego człowieka, który nim dysponuje, to na iloraz inteligencji jego dzieci. Może tak być, bo jego dzieci są wychowywane w lepszych warunkach, są lepiej odżywione, czytają książki, chodzą do lepszych szkół i dorastają w zasadniczo bogatszym i lepszym środowisku. Czyli co najmniej w ujęciu rodzinnym – społecznym, ponad-
indywidualnym – może być tak, że dochody stymulują inteligencję. W wymiarze indywidualnym rzeczywiście trudniej to sobie wyobrazić, ale też poniekąd się da. Wysoki poziom dochodów powoduje, że człowiek osiąga też wyższą jakość życia, dzięki czemu może do pewnego stopnia podnieść swoją inteligencję, jeśli rozumieć ją jako ogólną sprawność myślenia.

Z korelacją może być jeszcze inaczej. Czasem pojawia się trzeci czynnik, który determinuje dwa skorelowane ze sobą zjawiska. Istnieje na przykład empirycznie stwierdzona korelacja między śmiertelnością bezdomnych w Indiach a spożyciem lodów w Stanach Zjednoczonych.

Skąd się bierze?

Ze średniej temperatury lata na półkuli północnej. Im wyższa, tym więcej bezdomnych umiera w Indiach i tym więcej lodów jedzą Amerykanie. Nie ma tu żadnej bezpośredniej więzi przyczynowo-skutkowej.

W takim razie jak na podstawie badań korelacyjnych mamy stwierdzić, co jest skutkiem, a co przyczyną?

Istnieją zaawansowane techniki statystyczne, które pozwalają analizować związki przyczynowo-skutkowe, ale w gruncie rzeczy ważniejsza jest teoria. Trzeba wiedzieć, co kryje się za stwierdzoną empirycznie zależnością i rozumieć jej charakter. Dopiero wtedy wiemy, co jest przyczyną, a co skutkiem. W świecie społecznym najczęściej są to niesłychanie zawikłane i skomplikowane zależności. Prawie nigdy nie ma jednej prostej przyczyny i jednego skutku.

Czy inteligencja zależy od mózgu?

Czy myśli pan, że inteligencja jest zdeterminowana biologicznie?

Nie wykluczam takiej możliwości. Trzeba to jednak uściślić. Nie myślę, żeby stuprocentowo słuszna była na przykład teoria dobrego organu, sformułowana przez Arthura Jensena. Badacz ten stwierdził, że poziom inteligencji zależy po prostu od jakości organu zwanego mózgiem, to znaczy od szybkości jego działania i od niezawodności w procesie przesyłania impulsów nerwowych. To byłaby teoria nadmiernie upraszczająca. Pewne źródła inteligencji na pewno mieszczą się w mózgu – to dość oczywista konstatacja. Wyobraźmy sobie, że siedlisko wyższych funkcji psychicznych stanowi wątroba, a nie mózg. Wtedy ludzie, którzy mają marskość wątroby, byliby oczywiście mniej inteligentni. Jest oczywiste, że jakość organu, którym myślimy – czy może lepiej powiedzieć: „który myśli”, aby znów nie popadać w dualizm – musi się przekładać na jakość samego myślenia. Obserwujemy to w przypadkach chorób degeneracyjnych mózgu. Nawet wybitnie inteligentni ludzie tracą swoje zdolności w wyniku na przykład choroby Alzheimera lub innego podobnego schorzenia. Więc na pewno jakość mózgu w pewnym stopniu przekłada się na inteligencję. Jest to jedno ze źródeł tej cechy. (...)

[Inteligencja] sama w sobie jeszcze nie jest mądrością. Człowiek młody może być inteligentny, ale jeszcze nie mądry. Zresztą człowiek starszy też nie musi być mądry. Mądrość to wiedza, ale też umiejętność stosowania tej wiedzy w celu rozwiązywania ważnych problemów życiowych. Nie jest ona możliwa bez inteligencji, ale nie jest z nią tożsama. Inteligencja to warunek nabywania mądrości.

Konieczny, ale niewystarczający?

Tak. Zresztą nie tylko mądrości. Taka sama jest sytuacja z jakością życia w wymiarze medycznym, społecznym i psychologicznym. Jest ona z inteligencją powiązana, ale jako możliwość, a nie konieczność.

Jeśli inteligencja ma podbudowę biologiczną, to czy nie należy również uznać jej za zdeterminowaną genetycznie?

Mechanizmy genetycznego uwarunkowania inteligencji są faktem. Trzeba jednak dodać kilka zastrzeżeń. Po pierwsze, co już mówiłem, jakość mózgu jest ważną przesłanką inteligencji, ale nie jedyną. Kształt dłoni jest określony genetycznie i prawdopodobnie jakość mózgu również. Ciało człowieka – wszystkie jego organy, w tym szczególnie układ nerwowy – jest jednak systemem bardzo plastycznym i podatnym na doświadczenie. Zmienia się radykalnie pod wpływem oddziaływania środowiskowego. Nasze ciało to produkt interakcji genów oraz środowiska, czyli oddziaływań zewnętrznych. Nawet najlepsza w sensie genetycznym ręka może zostać zniekształcona w wyniku długotrwałego oddziaływania zimna i wilgoci. Z inteligencją jest tak samo. Nie można natomiast przeczyć temu, że jest ona zdeterminowana genetycznie, bo takie są fakty. Z bardzo wielu badań wynika, że inteligencja jest w dużej mierze cechą dziedziczną.

Potoczne wyobrażenie ludzi o tym, co to znaczy, że coś jest dziedziczne, nie jest natomiast zgodne z tym, czego uczy genetyka. (...) Przekazywanie cech dokonuje się w sposób bardziej złożony. Nie jest wcale konieczne, by w pokoleniu wcześniejszym ktoś miał daną cechę, żeby teraz się ona ujawniła. Mogła równie dobrze pochodzić z pokolenia dziadków i być uśpiona u któregoś z rodziców. Trajektorie dziedziczenia cech są czasami skomplikowane i niebezpośrednie. Działa też czynnik przypadkowy, statystyczny. Jeżeli dwoje rodziców ma wybitnie wysoki iloraz inteligencji, wtedy prawdopodobieństwo, że dziecko też będzie inteligentne, jest oczywiście wyższe niż prawdopodobieństwo, że będzie opóźnione w rozwoju, ale tego drugiego nie można wykluczyć. Tak samo jak nie da się wykluczyć, że rodzicom przeciętnie uzdolnionym, czy nawet troszkę poniżej przeciętnej, urodzi się dziecko niezwykle uzdolnione.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj