szukaj
Portret Polaków
Polak, czyli kto?
Polak wszedł do Europy. Z polskimi lękami, kompleksami i pychą. Pycha mu mówi, że on tę Europę nauczy prawdziwych Wartości. Kompleksy przestrzegają, że w konkurencji z Zachodem nie da sobie rady. Lęk podsuwa wizje wynarodowienia i skolonizowania Polski przez silniejszy Zachód. Lęki, kompleksy i pycha to oczywiste źródła narodowej nerwicy. Ale ta nerwica rośnie przede wszystkim dlatego, że coraz bardziej fałszywa jest samoświadomość Polaka.

 
Nieprawdaż, że jakoś coraz trudniej się w sobie odnaleźć? Zauważyliście Państwo, że Polak rzeczywisty przestał pasować do Polaka wyobrażonego? I kto nam to zrobił? Zdaje się, że to III Rzeczpospolita tak nas przewalcowała, przerzeźbiła i przestylizowała. Świat wokół nas się zmienił. My się zmieniliśmy. A nasze wyobrażenia o sobie zostały z grubsza takie, jakie były. Pora zacząć się uczyć naszego nowego wizerunku. Zwłaszcza że właśnie dostaliśmy doskonałe lustro, w którym możemy się zobaczyć na tle innych społeczeństw i na przestrzeni poprzedniej dekady.

Co stało się w naszych polskich głowach? Gdzie się plasujemy w peletonie narodów?

Kiedy Polak w to lustro popatrzy, od razu ze zdziwieniem spostrzega, że – wbrew temu, co nam się od pokoleń wydaje – na tle innych społeczeństw nie jesteśmy ani specjalnie dziwni, ani wyjątkowi. Ot, taki sobie, dość przeciętny w tym świecie narodek. Nie tylko pod względem rozmiarów i zamożności. Także nasza tożsamość – wartości, poglądy i postawy – lokuje nas przeważnie w środku peletonu współczesnych społeczeństw.

Wśród 80 badanych społeczeństw najczęściej odnajduje siebie w środkowej tercji – gdzieś między 25 a 55 miejscem. Swoją innością może jeszcze czasem szokować Brytyjczyków czy Niemców, ale nawet w Europie rzadko trafia na skrajne pozycje.

Gdy popatrzy uważniej, widzi też, że jeżeli coś go zdecydowanie wyróżnia, to niespójność poglądów oraz tempo zmiany. To tempo i te zmiany powodują, że musi zrewidować opinie na swój temat. Na początek: żegnaj „Pawiu” i „Chrystusie narodów”. Witaj globalny średniaku!

 

Leniwy pracoholik

 Polak przywykł widzieć siebie jako lekkoducha. Polskość wyobrażona to romantyczne zrywy i codzienna gnuśność. Lustro Ingleharta pokazuje nieco inny obraz.

 

Jak Polak szuka potwierdzenia swego wyobrażenia, to oczywiście je znajdzie. Bo tylko na jedno pytanie najczęściej ze wszystkich odpowiedzieliśmy „tak” i było to akurat pytanie, „czy człowiek powinien mieć prawo nie pracować, jeśli nie ma na to ochoty”. To by potwierdzało stary stereotyp, że wśród narodów świata wyróżnia nas głównie lenistwo. Ale sprawa nie jest taka prosta.

Polakowi przyzwyczajonemu do swego stereotypu aż trudno uwierzyć, że na tle Europy plasujemy się już w ścisłej czołówce miłośników pracy. Co więcej, niebawem stać się możemy najbardziej pracowitymi Europejczykami, bo Zachód coraz bardziej się leni, podczas gdy my stajemy się coraz większymi entuzjastami pracy. Na początku poprzedniej dekady mniej więcej jedna trzecia Francuzów, Anglików i Polaków uważała, że praca jest w ich życiu zbyt ważna. Teraz uważa tak dwie trzecie Francuzów (to jest rekord świata!), połowa Anglików, blisko połowa Niemców (!) i niespełna co szósty Polak. W Unii Europejskiej nie ma drugiego narodu deklarującego, iż praca jest w jego życiu tak ważna. (Czyżby tak objawiał się lęk przed bezrobociem?)

Waga, jaką większość starych Europejczyków i Amerykanie przywiązują do pracy, radykalnie spada. Natomiast Polacy uważają ją za coraz ważniejszą.

I nie chodzi tu tylko o pracę jako źródło utrzymania. Dla Polaka praca jest sprawą ambicji i honoru w stopniu dużo wyższym niż dla większości Europejczyków. Polak chce się realizować w pracy i zadziwiająco często uważa, że dostawanie pieniędzy bez pracy jest upokarzające. Tak sądzi 64 proc. Polaków, 47 proc. Czechów, 44 proc. Hiszpanów i Francuzów, ale tylko 1/3 Anglików, Niemców i Amerykanów.

Może więc czas kuć nowe powiedzenia: „pracowity jak Polak” i „leniwy jak Niemiec”?

A może lepiej jeszcze z tym poczekać? Wystarczy zapytać Polaków, co w pracy jest dla nich ważne. Aż 93 proc. wymieni dobrą płacę. Więcej niż w jakimkolwiek kraju Unii Europejskiej. O połowę więcej niż we Francji czy Austrii. Ale również w innych dziedzinach nasze oczekiwania wobec pracy są bardziej zdecydowane niż oczekiwania większości zachodnich Europejczyków. Bardziej chcemy mieć pracę nie tylko dobrze płatną, ale też spokojną, pewną, szanowaną, pozwalającą wykazać się inicjatywą, odpowiedzialną, interesującą, wykonywaną w miłym towarzystwie, dającą szansę rozwoju i promowania siebie. Polak pod każdym względem ma wobec pracy oczekiwania wyraźnie wygórowane. Przynajmniej na tle Europy.

To może też częściowo tłumaczyć nasze pierwsze miejsce w akceptacji dla tych, którzy nie chcą pracować. Bo pracę, jakiej oczekują Polacy, nie tak łatwo jest znaleźć, co doskonale potwierdza los tych, którzy już po kilku dniach wracali z angielskich wypraw „za chlebem”. Ale przede wszystkim tłumaczy to nasze permanentne zrzędzenie (zwłaszcza na temat władzy). Polak wie, jak trudno mu dogodzić.

 

Surowy anarchista

 Polak-obywatel patrzy w lustro niechętnie i niepewnie. Od pokoleń kazano mu uczyć się obywatelskości u obcych. Jako patriota dobrze sprawdzał się w czasach heroicznych. W czasach banalnej codzienności jako obywatela dręczą go kompleksy: sobiepaństwa, warcholstwa, cwaniactwa, prywaty.

 

Patrząc w głąb lustra Ingleharta Polak zauważa, że w latach 90. przeżył coś w rodzaju rewolucji etycznej. Zwłaszcza nabrał wyrozumiałości dla rozmaitych ryzykownych zachowań. Bardziej rygorystyczny stał się tylko wobec niepłacenia podatków. To niepokoi Polaka-obywatela. Ale po chwili widzi, że nie ma powodu pogrążać się w kompleksach. Na tle Europy – przynajmniej w deklaracjach – nie wygląda źle. Nawet przy Niemcach – których tyle razy stawiano mu za wzór dyscypliny i cnót obywatelskich – prezentuje się godnie, wręcz rygorystycznie. „Porządny Niemiec” – ale nie tylko on – częściej niż Polak akceptuje oszustwa podatkowe, branie łapówek, kłamstwa, a nawet jazdę po alkoholu, śmiecenie i przekraczanie prędkości.

Teraz Polak-obywatel jest dumny, bo na tle sąsiadów wyglądamy na wzorową społeczność ludzi uczciwych i prawych. Za gwoźdź do trumny stereotypu „praworządnego Niemca” i „anarchicznego Polaka” uznaje opinie na temat donosów. Bo blisko połowa Polaków i tylko co czwarty Niemiec jest zdania, iż „osoba posiadająca informację mogącą pomóc wymiarowi sprawiedliwości powinna przekazać ją władzom”. Trudno w to uwierzyć, ale czy lustro może kłamać?

Gdybyż deklarowane oceny decydowały o rzeczywistych postawach! Bylibyśmy wówczas jednym z najporządniejszych społeczeństw Europy, a może i świata. Jednak Polak konstatuje ze smutkiem, że najbardziej w świecie rygorystyczni w ocenie zachowań obywatelskich okazują się być mieszkańcy Bangladeszu, Turcji i Wietnamu, a kraje te nie słyną z nieprzekupności ani ze skrupulatności w płaceniu podatków. Więc Polak-obywatel żałuje, że rygoryzm obywatelskich wartości tak często odnosi się raczej do innych – nie do tych, którzy go wyznają.

 

Tolerancyjny ksenofob

 Co Polak widzi wokół siebie, zanim spojrzy w lustro Ingleharta: polskość, czyli Naród, Społeczeństwo, Wspólnotę, dziedzictwo wielkich zrywów od Potopu do Solidarności. A co widzi, kiedy w to lustro popatrzy? Siebie. Dookoła pustka. No, może poza krewnymi. Co gorsza, widząc w lustrze tę pustkę Polak czuje ulgę. Bo niczego dobrego po innych przecież się nie spodziewa.

 

Polak innym nie ufa. Kiedy na przykład pytano: „Kogo nie chcesz mieć za sąsiada”, w przypadku 9 z 12 grup zgłaszaliśmy więcej zastrzeżeń niż mieszkańcy jakiegokolwiek kraju starej Europy i nigdy nie zeszliśmy poniżej połowy światowej tabeli. Nie da się tego całkiem spisać na karb ksenofobii czy nietolerancji. Ksenofobia i nietolerancja oczywiście istnieją, ale trudno nimi wyjaśnić szczególną niechęć Polaków do sąsiadowania z rodziną wielodzietną. Lustro prowadzi nas raczej w stronę przypuszczenia, że sprawa jest głębsza i szersza. Zdaje się, że Polacy mają ponadprzeciętną skłonność do „słodkiego, miłego życia” i chcieliby wyeliminować wszystko, co może je naruszyć.

Na początku dekady jeszcze co trzeci z nas uważał, że innym warto ufać. Teraz już tylko co piąty. Mało jest na świecie ludzi tak nieufnych jak Polak. Pod względem zaufania do ludzi idziemy łeb w łeb z mieszkańcami Azerbejdżanu i Serbii, którzy nie cieszą się najlepszą opinią. W całej powiększonej Unii tylko Łotysze, Słowacy i Portugalczycy są bardziej nieufni niż my. To częściowo tłumaczy siłę aferalnych wybuchów targających Polską – czasem z błahych powodów. Bo ludzie nieufni chętnie wierzą w najgorsze wiadomości o innych.

Polak stojący przed lustrem wie, że nieufność może być samoistną przypadłością rozumu czy kultury i nie musi mieć źródeł w nieuczciwości innych. Jednak zdaje sobie sprawę, że jest to cecha raczej utrudniająca niż ułatwiająca życie, frustrująca (bo rzeczywistość obserwowana przez pryzmat nieufności tym bardziej nie dorasta do naszych wysokich oczekiwań) i raczej sprzyjająca naruszaniu zasad („skoro wszyscy je łamią, to ja nie będę ostatnim frajerem”) niż ich przestrzeganiu.

Sprzyja im tym bardziej, że Polak należy do jednego z najmniej uspołecznionych narodów na świecie. Pod względem udziału w różnych organizacjach i pracy społecznej z reguły jesteśmy w ogonie – nie tylko europejskiej, lecz także światowej stawki. To sprawia, że się nawzajem nie znamy. Na tle współczesnego świata jesteśmy skrajnymi samotnikami i indywidualistami. Tylko w 8 krajach świata ludzie rzadziej utrzymują kontakty towarzyskie niż w Polsce. I to nie dlatego, że nas na życie towarzyskie nie stać albo że nie mamy na nie czasu. Po prostu przyjaciele nie są dla nas ważni. Należymy do dziesiątki najmniej towarzyskich współczesnych społeczeństw (tak się składa, że większość z nich mieszka w Europie Wschodniej).

A co jest dla nas ważne? Przede wszystkim niezmiennie rodzina. Pod tym względem lądujemy dokładnie w środku globalnej tabeli razem z Czarnogórą, Serbią, Irlandią i Singapurem. Na drugim miejscu jest praca. Dalej religia, polityka, wypoczynek, przyjaciele, czas wolny. Jeszcze bardziej wymowna jest dynamika uznawanych przez Polaków wartości. Traci na znaczeniu czas wolny, polityka i religia. Zyskuje praca i trochę przyjaciele (ale są to głównie przyjaciele z pracy).

W lustrze Ingleharta Polak dobrze widzi, że w III Rzeczpospolitej stał się bardziej indywidualistyczny i materialistyczny. Poznaje to na przykład po spadku zainteresowania udziałem w publicznych przedsięwzięciach. Gotowość do podpisania petycji na początku dekady wyrażało 52 proc. osób, a na końcu już tylko 29 proc., liczba gotowych wziąć udział w bojkocie spadła o jedną trzecią (z 35 do 24 proc.), w demonstracji z 51 do 31 proc., w nieoficjalnym strajku z 24 do 16 proc. Nawet bierne zainteresowanie polityką spadło z 49 do 42 proc. I nie jest to skutek nadmiaru innych zajęć. Po prostu Polaka coraz mniej interesuje poza własnym nosem. Ubyło nawet osób przyznających się do prowadzenia rozmów o polityce. O sprawach ogólniejszych już gadać się nie chce.

Polak przeglądający się w lustrze Ingleharta ze smutkiem konstatuje, że w czasach banalnych łączy nas nie tylko mniej, niż nam się wydaje i ale też coraz mniej. Tęskni za wspólnotą czasów heroicznych, za chwilą wielkiego zrywu, za narodową bliskością. Tym bardziej jest dumny ze swojego narodu jak mało kto w świecie (a zwłaszcza w Europie), i to coraz bardziej dumny.

 

Demokrata dyktator

 Polak patrzy w lustro Ingleharta i szuka w nim szczerego demokraty z tradycji Sejmu Wielkiego. Patrzy, patrzy i się do siebie uśmiecha. „To ja” – myśli sobie. Na demokrację nie powie złego słowa.

 

I rzeczywiście: Polacy okazują się być prawdziwymi apologetami systemu demokratycznego. Mało kto na świecie tak bardzo jak my wierzy w praktyczną użyteczność i sprawność demokracji. W żadnym kraju na świecie ludzie nie oponują tak licznie przeciwko zarzutowi, że „demokracja słabo sobie radzi z utrzymaniem porządku”. Tylko Brazylijczycy częściej niż my uważają, że „demokracja sprzyja podejmowaniu decyzji”, zaledwie w kilku krajach na świecie jest mniej osób uważających, że „w demokracji źle działa gospodarka”.

Ale martwi demokratę magiczna wiara Polaków w mędrców, czyli ekspertów. W starych demokracjach od 30 (Dania) do 60 (Austria) proc. osób uważa, że byłoby lepiej, gdyby to fachowcy – nie rządy – decydowali, co jest najlepsze dla kraju. W Polsce uważa tak 88 proc. pytanych. Tylko w dwóch krajach na świecie jest więcej ludzi wierzących raczej w ekspertów niż w demokratyczne rządy – w Wietnamie i w Czarnogórze. To dla potomka sarmatów nie jest dobra wiadomość. Żaden z tych krajów nie jest wzorem współczesnej demokracji.

Co gorsza, smutny już polski demokrata zauważa wyjątkową na tle starych demokracji polską wiarę w zalety wojskowej dyktatury. W starych demokracjach od 1 (Islandia, Dania, Holandia) do 9 proc. (USA) ludzi wierzy, że dobre dla kraju byłyby rządy wojskowych. W Polsce uważa tak aż 17 proc. pytanych! To jeszcze nie jest dramat. W 25 krajach jest więcej zwolenników junty. W Brazylii uważa tak 45 proc. osób, w Meksyku 35, w Rumunii 28, w Rosji 19. W każdym z tych krajów demokracja jakoś się ostatnio broni, a być może uzyskała już cechy trwałości. Ale czy właśnie taką demokrację chcieliśmy w Polsce budować?

Dobre samopoczucie polskiego demokraty ostatecznie znika, gdy pada pytanie: „Czy dobrze jest mieć w kraju demokrację”. „Tak” odpowiada bowiem 84 proc. zapytanych Polaków. Na pierwszy rzut oka wygląda to dobrze, ale tylko w trzech krajach świata – na Filipinach, w Mołdawii i Rosji – demokracja ma mniej sympatyków! Deklaracje to oczywiście nie wszystko i ten wynik też nie jest powodem, byśmy darli szaty, ale warto zdać sobie sprawę, że – rzecz w dzisiejszym świecie niezwykła – przynajmniej co szósty Polak wolałby dyktaturę!

Na szczęście większość z nas wydaje się odporna na tego rodzaju pomysły. W dwóch ważnych pytaniach kontrolujących autentyczność demokratycznej postawy wypadamy bardzo dobrze – nawet na tle starych demokracji. Tylko 22 proc. Polaków tęskni za silnym liderem. Częściej zdarza się to Portugalczykom (36), Francuzom (35), Belgom (33), Szwajcarom (31), Amerykanom (30). Zdecydowana większość Polaków uważa też, że przywódcy religijni nie powinni mieć wpływu na władzę (tylko w czterech krajach ten pogląd jest bardziej popularny) i że nie powinni wpływać na to, jak ludzie głosują (tu wyprzedza nas tylko Malta).

To zapewne tłumaczy notoryczne wyborcze porażki partii, które popierają biskupi. Ale żeby ten sygnał zrozumieć, Polak musi się trochę bliżej przyjrzeć swojej religijności.

 

Religijny grzesznik

 Polak-katolik z dumą wystawia przed lustrem swój rodowy ryngraf. To on ma dać zastrzyk wartości gnuśnej Europie. Wiara to duma Polaka, ostoja polskiej tradycji i tożsamości. Ale czy ten ryngraf ostatnio nie znika pod fularem?

 

Polak jest dumny z tego, że jego naród wciąż okazuje się być jednym z najbardziej katolickich na świecie. W rozszerzonej Unii do pierwszego miejsca pod względem religijności zmierzamy łeb w łeb z Maltańczykami (którzy są najbardziej wierzącym społeczeństwem chrześcijańskim na świecie!). Polacy częściej uważają się za osoby religijne (wiarę w Boga deklaruje 97 proc. Polaków), Maltańczycy częściej wierzą w Boga (100 proc.) i biorą udział w nabożeństwach (pod tym względem maltańczycy zajmują 4, a my 8 miejsce na świecie).

Co gorsza, okazuje się, że gdy pada pytanie, „jak ważny jest Bóg w twoim życiu?” – spadamy do trzeciej dziesiątki – tu Malta nas zdecydowanie wyprzedza – i zrównujemy się z Amerykanami, którzy zapewne wkrótce nas przegonią, bo dla nich, podobnie jak dla większości społeczeństw, Bóg jest coraz ważniejszy, podczas gdy dla Polaków jest coraz mniej ważny.

Polaka-katolika najbardziej niepokoi rozluźnienie norm obyczajowych. III Rzeczpospolita przyniosła mu bowiem wzrost akceptacji dla homoseksualności, rozwodów, eutanazji, samobójstw, miękkich narkotyków, niewierności małżeńskiej i samotnych matek (z 18 do 42 proc.!).

Dzięki tym zmianom w sprawach obyczajowych Polak na ogół ląduje gdzieś pośrodku europejskiej stawki. Ale jako osoba religijna nie jest jednak pewien, czy akurat taką modernizację chciałby w lustrze oglądać.

Polak-katolik niepokoi się także, gdy lustro mu mówi, że czerpie z religii coraz mniej siły, coraz mniej się modli i coraz rzadziej bierze udział w nabożeństwach. Zmiany są może niewielkie, ale widać je dobrze na tle dokładnie przeciwnego globalnego trendu. Tylko pod jednym względem w ciągu tej dekady religijne poglądy Polaków ewoluowały tak, jakby na to wskazywała światowa tendencja – pod względem wiary w piekło. Na początku dekady wierzyła w piekło nieco ponad połowa Polaków. Na końcu już dwie trzecie.

Teraz Polak-katolik czuje narastający niepokój. Bo przecież obawiał się, że Europa przyniesie mu laicyzację, odciągnie go od Kościoła, Boga i zrośniętej z wiarą polskiej tożsamości. W lustrze Ingleharta Polak widzi, że pod powierzchnią rutynowych zachowań i deklaracji ten proces już się od lat toczy. Nic się nie zawaliło, kościoły nie opustoszały, nic nie zostało ostatecznie na nowo zdefiniowane, ale przesunięcie jest faktem. Polak nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy i wciąż się uważa za człowieka bardzo religijnego, ale jego religijność słabnie. A jednocześnie – nieoczekiwanie – umacnia się religijność tych zsekularyzowanych społeczeństw, które Polak-katolik miał ewangelizować. Gdyby taka tendencja miała się utrzymać, w niespełna pokolenie role się odwrócą.

 

Socjalistyczny liberał

 Polak jest dumny z tego, że umie szybko się uczyć i zawsze sobie poradzi. Łatwo i bez zastrzeżeń przyjął wiarę w rynek, ale stojąc przed lustrem zauważa, że ta nowa wiara go pije i to coraz mocniej.

 

Polak lubi nadążać za światem. Więc dumny jest, że zmiana poglądów gospodarczych ma w Polsce (podobnie jak niemal wszędzie na świecie) zupełnie rewolucyjny charakter. Najlepiej skalę tej rewolucji oddaje odpowiedź na pytanie: „Czy konkurencja jest dobra?”. Na początku dekady zaledwie co ósmy Polak odpowiadał na to pytanie twierdząco, a pod koniec już więcej niż co drugi (na świecie odpowiednio 12 i 66 proc). Przedsiębiorczy Polak pewnie trochę się martwi, że mimo wielkiego ideologicznego zwrotu wciąż należymy do najmniej prorynkowych społeczeństw, ale się pociesza, że wśród szesnastu społeczeństw bardziej niż my sceptycznych wobec konkurencji aż osiem to starzy członkowie Unii (najmniej zwolenników ma konkurencja we Francji! –46 proc.).

Jednak kiedy Polak nieco dłużej popatrzy w lustro Ingleharta, zaczyna się też niepokoić, że znów – jak to w Polsce – coś, co z zewnątrz wygląda na niebieskie, w środku okaże się jednak różowe. Bo zauważa, że mimo naszej umiarkowanie prorynkowej postawy aż 56 proc. Polaków chciałoby, żeby państwo bardziej nadzorowało prywatne przedsiębiorstwa. Widzi też, że pod względem nieufności wobec przedsiębiorców zajmujemy trzecie miejsce w Europie – po Litwie i Słowacji. Nawet na Białorusi i w Rosji ludzie bardziej ufają biznesmenom! Co więcej – przez te 10 lat z 79 do 51 proc. zmniejszyła się grupa Polaków gotowych zaakceptować wzrost nierówności płacowych odpowiadający indywidualnym zasługom. W rozszerzonej Unii tylko Estończycy i Luksemburczycy są bardziej niechętni zwiększaniu nierówności. W dodatku aż trzy czwarte Polaków uważa, że sprawiedliwe społeczeństwo ma obowiązek zmniejszać nierówności, dokładnie połowa jest zdania, że przyczyną biedy jest głównie niesprawiedliwość społeczna (rekord Unii Europejskiej), a blisko 80 proc. uważa, że społeczeństwo powinno zapewnić wszystkim zaspokojenie podstawowych potrzeb (czwarte miejsce w Unii).

Polak jest liberałem – jak każe światowa moda lat 90. – ale jego liberalizm jest bardzo egalitarny. Lustro mu nie powie, czy to jest skutek doświadczeń ostatniej dekady, czy też rezultat wieloletniego wpajania socjalistycznej doktryny. Ale i tu Polak czuje napięcie między nową liberalną wiarą, do której się zapisał, a poczuciem sprawiedliwości, którego nie umie się pozbyć.

 

Podwójne odbicie

 Czym Polak dłużej się sobie przygląda, tym bardziej się dziwi. Jednego tylko jest pewien: tych myśli, które mu chodzą po głowie, sensownie poskładać się nie da.

 

W lustrze Ingleharta Polak wyraźnie widzi specyficzną niezborność wyrażanych przez siebie poglądów. Bo już bardzo ceni sobie pracę, ale raczej jeszcze taką, która nie istnieje. Ma już wysokie poczucie praworządności, ale wszyscy wiedzą, że wciąż mu nie dorasta. Uwierzył, że konkurencja jest dobra, ale jej skutki coraz bardziej mu się nie podobają. Popiera demokrację, ale władzę chce oddać fachowcom, nie rządowi pochodzącemu z wyborów. Wciąż deklaruje się jako osoba religijna, ale coraz mniej mu przeszkadzają rozwody, eutanazja oraz przypadkowy seks.

Jak silna jest ta polska specyfika, widzi najdobitniej, gdy staje obok Maltańczyka – wyznawcy tego samego Kościoła katolickiego:

Patrząc w lustro Ingleharta Polak widzi socjalistycznego liberała, permisywnego katolika, autokratycznego demokratę, anarchistycznego państwowca. Niepokoją go te dziwne podwójne tożsamości. Czuje w sobie rosnące napięcie, nad którym nie panuje. Zaczyna się bać, że popadł w rozdwojenie jaźni. Pamięta, że zawsze cierpiał na niewyrazistość powodującą, iż w Polsce nic dobrego ani złego nie działo się do końca. Ale tym razem to chyba jest coś poważniejszego.

Chciałby wiedzieć, z czym i jako kto wchodzi do Europy. Ale jakoś nie może się zdecydować, bo sam siebie nie potrafi zrozumieć.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj