Jak rozumieć polską przeszłość
Przyszłość mądrzejsza od historii
O polskiej geografii politycznej, o Piłsudskim i Dmowskim, o sanacji i Solidarności z profesorem Jerzym Holzerem rozmawia Wiesław Władyka.
Prof. Jerzy Holzer
Henryk Jackowski/BEW

Prof. Jerzy Holzer

Wiesław Władyka: – Panie profesorze, na początku lat 90. karierę zrobiło powiedzenie Jerzego Giedroycia, że Polską nadal rządzą trumny Piłsudskiego i Dmowskiego. Czy rzeczywiście – wedle pana opinii – to odpowiadało wtedy prawdzie?

Jerzy Holzer: – Myślę, że nie odpowiadało prawdzie. Oczywiście powoływano się wtedy i na Piłsudskiego, i na Dmowskiego, ale właściwie Polska po przełomie 1989 r. miała do czynienia albo z problemami zupełnie nowymi, albo jeśli nawet z dawniejszymi – to znacznie starszymi niż doświadczenia, działania, sukcesy i porażki obu tych wielkich polskich polityków. Od dwóch mniej więcej stuleci Polska żyje kilkoma głównymi problemami, po drodze zmierzali się z nimi oczywiście także Piłsudski i Dmowski, ale nie oni pierwsi i nie ostatni. Jerzy Giedroyc, jak sądzę, wypowiadając swoją opinię odnosił się przede wszystkim do tych publikacji, choćby Adama Michnika, Leszka Moczulskiego lub Aleksandra Halla i kręgu Ruchu Młodej Polski, które nieco wcześniej powracały do Piłsudskiego i Dmowskiego, które w historii poszukiwały wzorców i przykładów. To był jednak świat, powiedzmy jasno, intelektualnego i dość elitarnego rozprawiania, mający słabe przełożenie na główny nurt życia politycznego w Polsce początku lat 90.
 
W tej figurze trumiennej kryła się być może obawa, że oto w odrodzonej Polsce reaktywuje się podział, który będzie przypominał konflikt między Piłsudskim i Dmowskim?

Zapewne, ale jeśli wobec wielu spraw i wyzwań zgody powszechnej po 1989 r. nie było (zresztą czym dalej, tym bardziej rosła temperatura sporów), to akurat nie kłócono się nad tymi dwiema trumnami. Piłsudski i Dmowski trafili do panteonu narodowego – jeden był wielki i drugi też. I co do tego wtedy była i jest dzisiaj pełna zgoda.


Wielkie problemy Polaków

Jeśli zatem nie rządzą nami te dwie trumny, to co rządzi nami od tych dwustu lat?

Nieprzerwanie mamy do czynienia z trzema, jak sądzę, problemami. Pierwszy, natury oczywistej: co zrobić, żeby Polska zmieściła się między Rosją i Niemcami, żeby zachowała niezależność. Drugi, to jak dojść do bardziej rozwiniętych krajów europejskich. I trzeci – jak wyrównać przepaści w społeczeństwie tak, żeby nie dochodziło do wybuchów i żeby zagwarantować aktywność społeczeństwa dla obrony Polski i dla jej rozwoju, żeby wszyscy razem współdziałali na rzecz jej interesów. Przecież teraz dobrze widać, na przykład przy okazji ostatnich wyborów, choćby taką kwestię: co zrobić, by ci, którzy się usunęli na bok albo czują się na bok odsunięci, nie wybuchli ani nie pozostali bierni.

Może jest i czwarty wątek, który biegł przez te dwieście lat? Czym mianowicie jest Polska, jak określać jej tożsamość i jej treść? I może w tych trumnach Giedroycia o to właśnie chodziło? Czy Polska ma być otwarta i tolerancyjna, federacyjna, jak chciał – mówiąc w uproszczeniu – Piłsudski, czy zamknięta, nacjonalistyczna, jednolita etnicznie, jak projektował Dmowski?

Tu ma pan rację, ale ten problem, czy raczej wybór między Polską otwartą a zamkniętą, między promieniującą na zewnątrz a wsobną, jest już nowszy, bardziej dwudziestowieczny. Dzisiaj ma inny kształt, choć nadal musimy rozstrzygać między koncepcją Polski dla siebie, a koncepcją Polski w Europie, w takiej realnej Europie, jaką ona dzisiaj jest. To znaczy poprawna politycznie, bez kary śmierci, bardzo zlaicyzowana. Zatem, czy – albo w jakiej mierze – jesteśmy Polakami-Europejczykami, czy Polakami nade wszystko zachowującymi swoją odrębność, utrzymującymi wszystko to, co nas od Europy odróżnia. Nawet wtedy, gdy przyjdzie za to zapłacić. Tu są oczywiście możliwe też rozwiązania pośrednie, kompromisowe.

Pod Piłsudskim jakoś dzisiaj łatwiej się podpisać. Wiadomo, jakie wartości tej postaci można przypisać. Niepodległość i państwo. Z Dmowskim, któremu wielkości nie ma powodu odmawiać, wiążą się jednak właśnie te hasła i myśli, które Polskę od Europy odpychają i zamykają ją do wewnątrz. Dzisiaj nie brakuje środowisk politycznych, choćby takich jak Liga Polskich Rodzin i Radio Maryja, które wprost odwołują się do tradycji przedwojennej miłośników pana Romana.

No tak, ten ścieg biegnący przez polską myśl polityczną na pewno widać i czuć. Ale dla porządku trzeba powiedzieć, że owo zestawienie dwóch trumien bardziej pasuje do wczesnego Piłsudskiego i wczesnego Dmowskiego. Oni obaj na początku wieku dwudziestego aż właściwie do początków Polski odrodzonej nie odrzucali demokracji jako takiej. Zestawienie dwóch odmiennych sposobów widzenia Polski zaciera się jednak w drugiej połowie lat 20., a w 30. już na pewno. To nie była tylko cecha polska, niemal w całej Europie występowały wówczas podobne procesy i zjawiska, odwrotu od demokracji i nasilania się nacjonalizmu, ale nie ma co ukrywać, że obydwaj wielcy nasi Polacy, a już zwłaszcza ich obozy, epigoni i następcy, ulegali coraz silniejszym tendencjom antydemokratycznym, a w ślad za uczniami Dmowskiego znaczna część piłsudczyków przyjmowała w drugiej połowie lat 30. hasła nacjonalistyczne i ksenofobiczne.

Czy w latach 1976–1989, gdy w Polsce działała opozycja kontrsystemowa, szukano w niej żywych i pouczających odniesień do przedwojennej historii? Przecież Leszek Moczulski, lider Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, uchodził za piłsudczyka, w Gdańsku pojawili się wspomniani admiratorzy myśli Dmowskiego z Ruchu Młodej Polski.

Myślę, że wytłumaczenie tych sentymentów jest dość prozaiczne. Myśl polityczną opozycji tworzyli wtedy w dużej mierze humaniści, często właśnie historycy czy ludzie w historii oczytani i rozsmakowani. Michnik i Moczulski pisali o Piłsudskim, Barbara Toruńczyk o wczesnej endecji, Hall o Dmowskim i tak dalej. Historykami byli przecież Kuroń, Geremek, Macierewicz, Borusewicz i sporo innych. Pisali o tym, na czym się znali, na ekonomii przecież się nie znali. I powstała taka dość osobista mapa odniesień i opowieści, która jednak nie tworzyła odnoszącej się do rzeczywistości mapy poglądów. Można oczywiście zastanawiać się także nad tym, czy w ogóle w opozycji przedsolidarnościowej także krąg odbiorców kształtującej się myśli politycznej nie był zdominowany przez ludzi z wykształceniem humanistycznym lub zainteresowaniami humanistycznymi.

Ta opozycja była jednak mało liczna w porównaniu z tym, co stało się z opozycją od sierpnia 1980 r. wraz z tworzeniem się Solidarności. Początkowo te nagle pojawiające się w życiu publicznym miliony ludzi dostawały jako pokarm ideowy, jako myśl polityczną właśnie to, czym karmiła się elitarna opozycja sprzed sierpnia. Dopiero stopniowo nabierały wagi inne problemy, tworzyła się myśl polityczna dotycząca innych spraw, bliższych współczesności.

Choć nie brakowało jeszcze sporów i dyskusji wokół wielkich postaci z przeszłości, ale miały one coraz mniejsze znaczenie. Zastanawiano się przede wszystkim nad geopolityką, ale w zupełnie inny sposób, niż to było za Piłsudskiego i Dmowskiego. Nie chodziło przecież o państwo narodowe czy wielonarodowe albo o miejsce Polski między Niemcami a Rosją. Jeżeli było to nawiązanie, to raczej do problemów aktualnych w XIX w. – czy podejmować ryzyko bardziej ofensywnych działań, czy realizować długofalową pracę organiczną. Zresztą samoograniczająca się rewolucja Solidarności to próba wymyślenia koncepcji pośredniej. I wreszcie pojawiły się dyskusje na tematy społeczne i gospodarcze, ale naprzód dotyczyły one kwestii doraźnych, dopiero w nielegalnej opozycji lat 80. rzeczywiście dyskutować zaczęto o kierunkach długofalowego rozwoju Polski naprawdę w kategoriach myśli politycznej.

Czy w opozycji nielegalnej lat 80. szersze środowiska uczyły się pluralizmu i nowego języka politycznego? Tak, ale raczej pluralizmu dwubiegunowego oraz języka politycznego nowego w stosunku do nowomowy PRL. Przeważnie ów pluralizm myśli i pluralizm języka był zamazany, to nie był wybór między Piłsudskim i Dmowskim, tylko wybór między my i oni, a my to były tradycje Piłsudskiego i Dmowskiego, choć także PPS i ludowców, wszystko w jednym opakowaniu. Może nawet w działaniach władz PRL bardziej przetrwały i większy wpływ wywierały na świadomość rozmaite nawiązania do Dmowskiego i Piłsudskiego. Przecież to władze PRL stale mówiły o jedności narodu, o obronie jego interesów narodowych przed wrogami, to były i motywy zagrożenia niemieckiego, i zagrożenia żydowskiego, i nawet wiele akcentów zagrożenia nacjonalizmem ukraińskim, z legendą walk w Bieszczadach. A do Piłsudskiego, do idei państwa jako wartości najwyższej, do roli wodza, do szczególnej misji armii wyraźnie nawiązywał od stanu wojennego Jaruzelski.


Chłopi, populiści i liberałowie

W ostatniej kampanii wyborczej do parlamentu Polskie Stronnictwo Ludowe, jako jedyna w istocie partia, odwoływało się do swojej stuletniej historii. Sojusz Lewicy Demokratycznej pod młodym przywództwem może nareszcie próbować zerwać łączność z kłopotliwym bagażem PZPR, jakiś duch Dmowskiego krąży po Lidze Polskich Rodzin, pozostałe ugrupowania, łącznie z największymi zwycięzcami tych wyborów, są właściwie bez żadnej większej tradycji.

Prawo i Sprawiedliwość odwołuje się do dziedzictwa Solidarności, ale nie ma na nie wyłączności. Obecne próby łączenia przez tę partię konserwatyzmu z pewnymi elementami nacjonalizmu nie mają u nas poważniejszego historycznego odniesienia. Platforma Obywatelska nie tylko od strony PiS była atakowana za liberalizm, ale nie odrzekała się od tej etykiety, choć w Polsce liberalizm nigdy właściwie nie istniał, nie licząc jakichś pomniejszych efemeryd politycznych czy marginesowych partyjek.

A co ze wspomnianymi ludowcami z PSL? Tu rzeczywiście jest wielka tradycja i choć można mieć różne zastrzeżenia co do linearnej ciągłości biegnącej nieprzerwanie przez ponad sto lat, coś jest jednak na rzeczy. Chłop jest chłopem i basta.

Niewiele to jednak tej partii pomaga. W związku ze zmianą krajobrazu społecznego Polski PSL zmarginalizowało się, teraz ledwie weszło do Sejmu. Poza Polską partie chłopskie na podobną skalę występowały również w Skandynawii, lecz z biegiem czasu przekształciły się one w partie centrowo-konserwatywno-liberalne i przestały akcentować swoje związki z wsią. Populacja agrarna w gospodarkach nowoczesnych kurczy się, w Polsce jeszcze jej starcza na tyle, na ile. W innych krajach europejskich, gdzie istnieje w gospodarce tylko kilka procent producentów rolnych, nie ma po prostu miejsca na ich reprezentację polityczną. To jest raczej sfera działań i zabiegów lobbingowych. Ten proces ma charakter obiektywny i wymuszony przez zmiany społeczne i gospodarcze. Żadna, nawet jak najdłuższa i najwspanialsza tradycja tu nic nie może pomóc. Proces przemian społecznych na pewno w Polsce biegnie w tę stronę i taka partia jak PSL znajduje się w fazie schyłkowej.

Tym bardziej że klasyczne partie chłopskie są zastępowane i wypychane przez ruchy populistyczne, które – jak w Polsce – odwołują się również do elektoratu wiejskiego, jeszcze dzisiaj u nas dość licznego.

Ten populizm usiłuje występować jako reprezentant warstw niższych, a do nich zaliczają się także chłopi, choć przecież nie tylko oni. W ogóle warto zastanowić się nad zjawiskiem populizmu. Populizm odróżniałbym od demagogii politycznej, bo niemal zawsze stosowały ją w różnych dawkach niemal wszystkie partie. Jeżeli za populizm uznać zdobywanie zwolenników przede wszystkim (a nie także) przez rzucanie obietnic nie do zrealizowania, to i w przeszłości za populistyczne uznać by można partie komunistyczne czy skrajnie prawicowe. Były przecież takie i w Polsce. Te ruchy przeszłości odwoływały się jednak do ideologii całkowitej przebudowy kraju czy nawet całego świata. Były ideologicznie zacietrzewione, fanatyczne, przepojone wiarą w to, co głosiły. Współczesny populizm nie tylko w Polsce, podobnie i w innych krajach europejskich, pozbawiony jest niemal ideologii. Nawet Liga Polskich Rodzin w porównaniu z przedwojenną skrajną prawicą czy nawet nie tak skrajnym trzonem Narodowej Demokracji jest ideologicznie dość chłodna. Ani Samoobrona nie jest nowym wydaniem Komunistycznej Partii Polski, ani Liga Polskich Rodzin nowym wydaniem Obozu Narodowo-Radykalnego. Skoro brakuje silnych podstaw ideowych, swego rodzaju wiary, pozostaje rzeczywiście populistyczne rzucanie obietnic.

Chciałbym wrócić do naszych liberałów. Idee liberalne w Polsce lat 90. były wielkim odkryciem, były modne, odniosły niemały, choć efemeryczny sukces polityczny pod postacią Kongresu Liberalno-Demokratycznego, teraz są brutalnie atakowane i wyszydzane. Są w wyraźnej defensywie. Niemniej politycznie liberalizm jakoś żyje lub próbuje żyć. Przerobiona na Demokratów Unia Wolności wybory co prawda przegrała, ale PO, mimo przyklejonej gęby liberałów bogaczy, odniosła w sumie duży sukces. Czy ten liberalny przeszczep przyjmie się na trwałe?

Nie wiem, doświadczenia nie są budujące. W Europie Zachodniej, gdzie systemy parlamentarno-partyjne są bardziej rozwinięte niż w Polsce, liberałowie żadnej istotnej roli nie odgrywają. W Niemczech są małą partią, która może co najwyżej partnerować którejś z tych wielkich. W Anglii, jak wiadomo, liberałowie wygaśli, we Francji liberalizm krąży po różnych partiach i ugrupowaniach, trochę jak dzisiaj u nas w Polsce. Te kraje są w jakimś sensie liberalne, ale liberałów jako bytu politycznego nie ma. U nas były i rzeczywiście są jakieś próby wykreowania politycznie liberalizmu, teraz najbardziej w postaci PO, która – chcąc nie chcąc – stanęła na drugim biegunie wobec PiS, zastępując na tej pozycji przede wszystkim postkomunistyczną lewicę. Przyszłość pokaże, czy ta dwubiegunowość utrzyma się w tej postaci. Nie można wykluczyć, a wręcz trzeba założyć, że jakaś lewica w Polsce odbuduje się i układ stanie się wielobiegunowy.

W przeszłości liberalizm w Polsce niemal nie istniał, bo brakowało jego społecznej podstawy, klasy średniej. Dzisiaj jest bardzo słaby także tam w Europie, gdzie przedtem odgrywał ważną rolę, bo właściwie z jednej strony są partie socjalliberalne, czyli nowoczesne socjaldemokracje, a z drugiej strony partie konserwatywno-liberalne. Klasa średnia czuje się nieźle i w jednych, i w drugich. Na razie w Polsce klasa średnia znajduje się nadal w powijakach, a jeżeli wzmocni się, to istnieje małe prawdopodobieństwo, że będziemy odbiegali od tendencji ogólniejszych.


Zamazane kryteria

Panie profesorze, jak popatrzę na geografię polityczną Drugiej Rzeczpospolitej, to ona wręcz czaruje swoją klarownością, jakimś wewnętrznym ładem, w którym wszystkie partie ułożone są logicznie od strony lewej do prawej. Wiadomo, wedle jakich kryteriów, a do tego autodefinicja każdej z tych partii pozostawała w zgodzie z tymi kryteriami. Można powiedzieć, jak przyjemnie było wówczas iść do urn wyborczych.

To jednak tylko do 1926 r., choć z tą przyjemnością nie przesadzajmy. Kampania wyborcza w 1922 r. była bardzo brutalna i na dobrą sprawę zakończyła się zabójstwem prezydenta Narutowicza. Czy sanacja była lewicowa czy prawicowa? Szalenie trudno na to pytanie odpowiedzieć. Prawicowość w tamtej Polsce oznaczała nacjonalizm, już tacy na przykład konserwatyści mieścili się gdzieś bliżej centrum. Z tego punktu widzenia sanacja nie była prawicowa, przynajmniej do śmierci Piłsudskiego w 1935 r. Lewicowość w Polsce była bądź komunistyczna, bądź socjalistyczna, niewiele ona przypominała demoliberalną, antykatolicką i antykonserwatywną lewicowość znaną z Francji lub Hiszpanii. Tak czy inaczej trudno sanację zaliczyć do lewicy.

Ale przecież sanacja zawierała w sobie bardzo wiele nurtów i środowisk. Miała swoją lewicę i swoją prawicę. Od socjalisty Jędrzeja Moraczewskiego do Związku Młodych Narodowców.

Tak, w sanacji zmieścić się mogli prawie wszyscy. Łączyła ich poza osobą Piłsudskiego idea państwa, idea, że na pierwszym i nadrzędnym miejscu trzeba postawić służbę państwu. Najpierw państwo, a dopiero w jego ramach można walczyć o inne sprawy. To wyniesienie państwa jako wartości nie było wyłączną domeną sanatorów. Wincenty Witos wsadzony przez nich do więzienia mówił w procesie brzeskim, że w żadnej mierze nie mógł sprzyjać jakiejś wewnętrznej rewolucji, bo ona przecież zagroziłaby bytowi państwa. Podobnie myślał Władysław Sikorski w 1926 r.

A czy Solidarność jako ruch polityczny też nie przyjęła de facto jakiegoś nadrzędnego założenia, za pomocą którego połączono ze sobą bardzo często różne i nieraz przeciwstawne idee i myślenia?

Solidarność była typowym ruchem przeciw. Miała do czynienia z przeciwnikiem, który zmonopolizował wszystkie sfery życia publicznego, gospodarczego i społecznego. I rzeczywiście, poza marginesami, wszystko w sobie zbierała przeciwko temu monopolowi. W miarę rozwoju ruchu i w miarę osiąganych sukcesów oczywiście dochodziło do różnicowania się, zwłaszcza w drugiej połowie 1981 r., ale w sumie umiano to jakoś wewnętrznie utrzymać w dyscyplinie i ładzie. Tu na pewno działało też myślenie kategoriami państwa, tak działać i samoograniczać się, by nie sprowokować zewnętrznej interwencji. Marne to państwo, zależne, ale lepsze ono niż panowanie obce. To zresztą była też koncepcja prymasa Stefana Wyszyńskiego i Episkopatu. Pamiętam jednak, jak pod koniec 1988 r., gdy Solidarność wracała do wielkiej polityki, mówiono: o, teraz to dopiero się zacznie, dojdzie do gwałtownego rozpadu. No, bo w sposób oczywisty wyłaniało się z historii jakieś nowe państwo polskie, a groźba interwencji obcej zmalała.

Jeszcze chciałbym pana spytać o geografię polityczną epoki PRL. Niby wszystko jest jasne, wiadomo, kto miał monopol i jaki był układ sił. A przecież był to okres, a może raczej kilka okresów, w których – podskórnie choćby – występowały różne tendencje i prądy, różne polityki także w łonie rządzącej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Pod kloszem było nieraz bardzo gorąco.

Wielonurtowość była dopuszczana, ale jednak na zasadzie podporządkowania. Mogło się tu zmieścić Stowarzyszenie PAX Bolesława Piaseckiego, ale jakikolwiek nurt demokratyczny już nie. Inaczej mówiąc, więcej wolności miały ruchy niedemokratyczne. Do wyjątków, ale to już specyfika sytuacji polskiej w całym obozie sowieckim, należał ruch Klubów Inteligencji Katolickiej. A teraz co do PZPR i wcześniej Polskiej Partii Robotniczej. Już od 1945 r. pojawiła się w tym ruchu koncepcja ratowania, czy też ochrony substancji, jak to się pięknie określało; po 1956 r. koncepcja ta się nasiliła, zwłaszcza u tych, którzy rozczarowali się do idei komunistycznej. Pomijam inne racjonalizacje czy zachowania koniunkturalne, lecz na pewno ochrona substancji, czyli ratowania cząstkowej niezależności, występowała wyraźnie, coraz mocniej wiązana z ideami nacjonalistycznymi, czego najbardziej spektakularnym przykładem był 1968 r. w Polsce. Ten proces wystąpił we wszystkich państwach bloku, w Rumunii najdalej, ale nawet w Niemieckiej Republice Demokratycznej, gdzie odkurzono Fryderyka Wilhelma jako protoplastę. Wstrząs 1980 r. wielu z tych obrońców substancji doprowadził do Solidarności, niektórzy pozostali w partii, wielu z niej wyszło. Te dylematy i tendencje wystąpiły nie tylko w PZPR, dotyczyły właściwie wszystkich, którzy uznawali realny socjalizm PRL.

Spróbujmy podsumować. Czy mógłby pan zaznaczyć te momenty, które były przełomowe dla nowoczesnej geografii politycznej Polski?

Trudno wytyczać inne daty niż te, które utrwaliły się w szerokiej świadomości społecznej. Pierwszą dostrzegam w 1864 r. Józef Szujski po reformie uwłaszczeniowej napisał: „Rok 1863 zamknął na zawsze epokę konspiracji, nie zostawiając ani jednego człowieka społecznie niewolnego na ziemi polskiej”. Czyli był to moment zniesienia wielkiej bariery społecznej.

Czterdzieści lat później, w 1905 r., ujawnił się inny konflikt społeczny: po raz pierwszy okazało się, że w strukturze społecznej – nie całej Polski, ale przynajmniej Królestwa Polskiego – bardzo ważną rolę odgrywa nowa grupa społeczna, czyli robotnicy. To data ważna, choć nie na miarę poprzedniej i następnej, nieprzełomowa, gdyż kwestia robotnicza nie stała się w Polsce źródłem tak ostrego konfliktu jak w wielu innych krajach europejskich.

Następna data, 1918 r., była oczywiście absolutnie graniczna. Odbudowała się Polska i to na własny rachunek.

Bliskie sobie daty, czyli 1939 i 1945 r., po raz kolejny boleśnie pokazały najpierw miejsce Polski między dwoma sąsiadami, a potem ulokowały nas na długi czas w ramach Bloku Wschodniego.

Rok 1980 zaczyna pewną sytuację, 1989 r. ją kończy, zamyka i prowadzi do III RP, z próbą rozwiązania wszystkich głównych polskich problemów ostatnich dwóch stuleci.

Warto zwrócić uwagę, że przełomy zdarzają się raz na wiele dziesięcioleci. Od 1863 do 1918 r. minęło ponad pół wieku, od 1918 do 1945 r. – ponad ćwierćwiecze, od 1945 do 1989 r. – niewiele mniej niż pół wieku.

Tak to widzę. W tej optyce trudno spodziewać się, że 2006 r. będzie znów momentem przełomowym.

Pozostaje mieć nadzieję, że przyszłość jest zawsze mądrzejsza od historii, a na pewno od historyków.

 

Prof. Jerzy Holzer (75 l.), jeden z najbardziej znanych polskich historyków. Zajmuje się dziejami Polski i Niemiec w XX w. W latach 1948–79 należał do PZPR. Od końca lat 70. w opozycji politycznej: członek Polskiego Porozumienia Niepodległościowego i Towarzystwa Kursów Naukowych, współpracownik KOR. Członek Solidarności, internowany w grudniu 1981 r. Wobec sprzeciwu władz tytuł profesorski uzyskał dopiero w 1989 r. – 20 lat po habilitacji. Autor licznych publikacji naukowych i publicystycznych, także ukazujących się w drugim obiegu, m.in. głośnej pierwszej historii Solidarności wydanej w podziemnym wydawnictwie Krąg w 1983 r. Wydał także: „Komunizm w Europie. Dzieje ruchu i systemu władzy”, „Polska w I wojnie światowej” (współautor) oraz ostatnio „Europejska tragedia XX wieku. II wojna światowa”.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj