Miłość w czasach konsumpcji
Księżyc, słowik, róże, enter
Produkt pod nazwą romantyczna miłość mości sobie miejsce w zbiorowej wyobraźni i ma się tam nadzwyczaj dobrze. Jest wszak precyzyjnie ometkowany, ma bardzo konkretną instrukcję obsługi i czytelne funkcje. Nawet w randkach online można odnaleźć nawiązania do romantycznego wzorca zakochania się.
Miłość  stała się dzisiaj produktem
"CAVE CANEM"/Flickr CC by SA

Miłość stała się dzisiaj produktem

W roku akademickim 1974–1975 w paryskiej École Pratique des Hautes Études rozpoczęło się seminarium poświęcone dyskursowi miłosnemu. Prowadzący zajęcia słynny semiolog Roland Barthes jako ich główny temat wskazał język l’amour-passion, miłości-namiętności. I jakkolwiek najważniejszym omawianym na seminarium dziełem były „Cierpienia młodego Wertera” Goethego, a powstały w rezultacie komentarz – zatytułowany „Fragmenty dyskursu miłosnego” – sprzedano później w zawrotnej liczbie 100 tys. egzemplarzy, nie chodziło wyłącznie o literaturę. Studenci Barthesa dyskutowali nad profesorską tezą, wedle której pragnienie, z istoty swej niewysławialne, zaprzecza możliwości uprawiania miłości słowami. Nazwać można jedynie prostą potrzebę materialną, jakiś rodzaj chcenia, ale nie autentyczne miłosne pragnienie. Cóż z tego jednak, kiedy codziennie mówimy o kochaniu?

Wniosek, jaki wywiódł z tego paradoksu Barthes, zawarty jest w znanym cytacie: „Dyskurs miłosny jest dzisiaj nadzwyczaj samotny”. Czy to kategoryczne i raczej smutne twierdzenie daje się wszelako potwierdzić? Czy debaty na temat miłości są dziś rzeczywiście niechciane, zmarginalizowane i niczyje?

Zaryzykowałbym tezę, że może być dokładnie odwrotnie: miłość przecież jest wciąż podstawowym pokarmem dla filmowców, pisarzy, paparazzich i copywriterów, jest ulubionym żerem popularnych mediów, zajmują się nią zastępy specjalistów – od psychoanalityków i ginekologów po producentów afrodyzjaków i przepowiadaczy przyszłości, miłość trafiła do papieskich encyklik, serwisów informacyjnych, na posiedzenia parlamentów, do sal wykładowych i lekcyjnych. Miłość stała się niezwykle atrakcyjnym towarem w świecie, w którym wszystko chyba zostało już roztajemniczone; przyciąga więc widzów i pieniądze. W rezultacie odnosi się wrażenie, iż wszystko jest dziś w kulturze dyskursem miłosnym, że żyjemy nie tyle w cieniu bomby A lub D, ale w czasach M jak miłość.

Bez wątpienia najważniejszym słowem w wokabularzu tej współczesnej namiętności jest miłość romantyczna. Kto nie wierzy, niech zważy na miliony widzów ciągnących do kin na kolejne romantyczne komedie, niech zliczy tytuły kolorowych gazet krzyczących ogromnymi nagłówkami o romantycznym związku tych dwojga-przez-wszystkich-znanych, niech przypomni sobie radosne twarze ludzi wygrywających od sponsora romantyczny weekend w Paryżu (albo gdziekolwiek indziej). Zresztą nie trzeba chyba odwoływać się do argumentu wielkich liczb: kto z nas nie poczuł miłego mrowienia, kiedy usłyszał, że jest romantycznym mężczyzną/kobietą, chłopakiem/dziewczyną?

Anioł w Czerwieni

Pewnego poranka na ruchliwym skrzyżowaniu w amerykańskim mieście Buffalo pojawił się nowy billboard. Nie przypominał jednak zwykłych reklamowych komunikatów. Jego wielkie czerwone litery przekazywały bardzo osobistą wiadomość: „Aniele w Czerwieni. Widziałem Cię w Garcia’s Irish Pub. Chciałbym się z Tobą spotkać. William”. Odbiorcy początkowo byli zdezorientowani. Kiedy jednak przez dziewięć kolejnych tygodni z tego osobliwego ulicznego telegramu odczytywano nowe wyznania zdesperowanego kochanka, billboard znalazł się na ustach całego miasta. Setki kobiet wydzwaniało do agencji reklamowej, próbując wydobyć adres romantycznego Williama, mężczyźni natomiast tłumnie oblegali Garcia’s Irish Pub w nadziei ujrzenia Anioła w Czerwieni. Wreszcie na billboardzie pojawiła się elektryzująca wiadomość: „Drogi Williamie. Chyba oszalałam. Do zobaczenia w Garcia’s. Piątek, 20.30. Anioł”.

Pub nie przeżył jeszcze takiego oblężenia jak w ten piątkowy wieczór. Co najważniejsze, podobno nikt, z pracownikami wspomnianego pubu włącznie, nie zorientował się, że miasto pochłonięte romantyczną historią uległo w rzeczywistości zręcznej manipulacji. Postacie Williama i Anioła w Czerwieni oraz rodzącego się między nimi uczucia były bowiem elementami strategii reklamowej, odegranymi w ostatni wieczór przez wynajętych modeli.

Dlaczego tak wiele osób dało się zwieść tej grze? Do elementarnego zakresu wiedzy twórców reklamy należy pewność co do tego, że podstawą ich pracy winno być odwoływanie się do obowiązujących stereotypów społecznych. Billboardy z Buffalo pozostały wierne temu założeniu: miłość bowiem – a zwłaszcza miłość romantyczna – sprowadza się współcześnie do kilku rudymentarnych figur. Do najważniejszych z nich należą: uczucie rodzące się od pierwszego wejrzenia, szaleństwo kochanków, ignorowanie świata zewnętrznego, idealizowanie obiektu namiętności; wśród pomniejszych wyliczyć można z kolei praktykę aranżowania randek, szafowanie komplementami, dekoracje zbudowane z księżycowych nocy, treli słowików i bukietów róż, rzecz jasna pąsowych. Osobne, eksponowane miejsce zajmuje wizerunek czerwonego serca, ożywiany na tysięczne sposoby zwłaszcza 14 lutego, w dzień walentynek, święta zakochanych.

Pomysłodawcy miłości między Aniołem w Czerwieni a Williamem z powodzeniem wykorzystali te najpowszechniejsze, rutynowe wyobrażenia na temat prawdziwie romantycznej namiętności. Czy oznacza to, że ci, którzy uwierzyli w istnienie Anioła w Czerwieni, byli w jakiś ponadprzeciętny sposób naiwni? Czy spacer kochanków przy świetle księżyca, ich wspólna kolacja w podmiejskim zajeździe i wysyłanie kwiatów przez posłańca to momenty spełnionej, idealnej miłości, czy może tylko proste symulacje obrazów widywanych chociażby na billboardach? Na tak postawione pytania próbowała odpowiedzieć amerykańska socjolożka Ewa Illouz. Efektem przeprowadzonych przez nią badań było opublikowanie w 1997 r. prowokującego studium romantycznej miłości w USA pod jakże znamiennym tytułem: „Konsumując romantyczną utopię: Miłość i kulturowe sprzeczności kapitalizmu”.

Illouz przeprowadziła wiele rozmów z amerykańskimi 9 - i 10-latkami, wypytując je o romantyczny ideał miłości. Bardzo szybko zorientowała się, że niemal wszystkie dzieci doskonale wiedziały, jak wygląda idealna randka pary zakochanych. Jej akcja, w ich mniemaniu, winna rozgrywać się we francuskiej restauracji, przy stole ogrzewanym blaskiem świec i w ogólnie romantycznej atmosferze. Trudno zakładać, powiada Illouz, aby dzieci w tym wieku mogły opierać tę wiedzę na przeżytych przez siebie sytuacjach. Musiały posiadać ją skądinąd. Skąd? Jej zdaniem doświadczenie prawdziwej miłości jest obecnie bardzo głęboko zanurzone w doświadczeniu konsumenckim, wyrasta z ogromnego zbioru klisz i obrazów, które składają się pospołu na romantyczną utopię. Obrazy owe – od romantycznej kolacji po bukiety czerwonych róż – tworzone są przede wszystkim przez media i machinę reklamową, które wspólnie głoszą demokratyczny etos konsumpcji. Etos ten mówi wyraźnie: szczęście i dobra materialne dostępne są dla wszystkich. Skoro przez cały wiek XX kupno sportowych samochodów, eleganckich perfum, dietetycznych drinków i nowych kanapek łączono w reklamie z sukcesem w miłości, to efekt mógł być tylko jeden – miłość sama stała się dzisiaj produktem. Rozpoznawalnym także przez dzieci.

Produkt pod nazwą romantyczna miłość mości sobie miejsce w zbiorowej wyobraźni i ma się tam nadzwyczaj dobrze. Jest wszak precyzyjnie ometkowany, ma bardzo konkretną instrukcję obsługi i czytelne funkcje. To sprawia, puentuje Illouz, że chociaż większość Amerykanów opisuje miłość w kategoriach samozatracenia i szaleństwa, to samozatracenie owo ma bardzo przewidywalny i rozsądny charakter. Nie może jednak dziać się inaczej, zauważmy, jeśli sami wzajemnie ten produkt sobie podsuwamy. Tu nie ma nic na siłę, dyskretnie działa mechanizm symbolicznej przemocy. Dlatego sami zachęcamy się do konsumowania romantycznej utopii i sami reguł tej konsumpcji przestrzegamy.

Świetnie dostrzegł te mechanizmy Sasha Weitman, autor pracy poświęconej „elementarnym formom życia socjoerotycznego”. Podjął się w niej opisu współczesnych zachowań erotycznych, które zbiorowo nazwał socjoerotyką. Jest to, jego zdaniem, oddzielna sfera życia, obejmująca daleko więcej niż akt kopulacji. Weitman widział w niej złożoną konstrukcję kulturową, narzucającą kochankom ścisły reżim ról i zachowań. Składają się nań starannie wybrane przedziały czasowe (wieczór, noc, weekend, wakacje), celowo dobrana przestrzeń (dom, sypialnia, hotel, samotna plaża, tylne siedzenie samochodu), rozluźniające używki (alkohol, niektóre narkotyki, wspólnie wypalany papieros po kolejnych finałach), a także odpowiednia sceneria (spuszczone zasłony, stłumione światło, ogień w kominku, seksowna bielizna), której szczególnym elementem może być nastrojowa muzyka.

Trudno zaprzeczyć, iżby ten buchalteryjny inwentarz nie odwoływał się do potocznego wyobrażenia romantycznej miłości. Nie inaczej przecież zachowują się kochankowie w kinowych romansach, nie inaczej układa się fabuła popularnych telenowel, wyjątkiem nie są w tej materii teksty muzycznych przebojów, okładki kolejnych tomów harlequinów, fotoreportaże ż życia burgeois czy nawet konfesyjne opowieści przyjaciół. (Dodajmy na marginesie, że popularne obrazy i klisze, a także potoczne doświadczenie życia w świecie zmediatyzowanym są w ogromnym stopniu zheteroseksualizowane. Miłość między osobami tej samej płci nadal nie zasługuje na miano społecznej normy, również na scenie romantycznych uniesień). Tak jak socjoerotyka nie ma charakteru spontanicznego, tak miłość romantyczna sprowadza się obecnie do scenariusza o ograniczonej liczbie wariantów.

On z Marsa, ona z Wenezueli

Okoliczność ta ma również swoją drugą stronę: można otóż ten znany scenariusz używać do własnych celów, można próbować ośmieszać, odwracać, a przynajmniej demaskować. Czasami w sposób dość zaskakujący. Jedną z tego rodzaju prób stanowił eksperyment doktora Roberta Epsteina. W 2002 r. oznajmił on swoim współpracownikom z szanowanego periodyku „Psychology Today”, że decyduje się na nietypowe przedsięwzięcie: chciałby znaleźć współautora, osobę pomocną w napisaniu książki zatytułowanej w poradnikowym stylu „Miłość, którą tworzysz: jak nauczyliśmy się kochać wzajemnie i jak wy możecie zrobić to samo”. Nie, nie szło tu o desperacką próbę pokonania twórczej bezsilności czy jakiś dziwaczny gest pod inteligencką publiczkę. Sens eksperymentu krył się w jego nazwie. Brzmiała ona Love Project.

Epstein szukał bowiem nie tyle wspólnika w napisaniu książki, co zdecydowanie bardziej kobiety, która zechciałaby stworzyć z nim związek miłosny. Nie w zaciszu pracowni, ale jak najbardziej rzeczywisty. Od kandydatek wymagał jedynie wierności, a przy tym czytania prac na temat miłości i relacji uczuciowych oraz prowadzenia intymnego dziennika. Kiedy anonse tej treści ukazały się w prasie, autor projektu mógł poczuć się usatysfakcjonowany – odpowiedziało nań ponad sto kobiet. Love Project mógł rozpocząć się na dobre.

Przedsięwzięcie miało charakter czysto naukowy, tak przynajmniej deklarował Epstein. Praca badawcza przekonała go, że dobrej, partnerskiej miłości można się nauczyć. Nauka ta wszelako powinna odbiegać od utartych stereotypów, jakimi karmi się obywateli USA, małym dzieciom podsuwając bajki o idealnych kochankach, a ich rodzicom sprzedając hollywoodzkie obrazy obligatoryjnie kończące się uczuciowym happy endem. Wedle popularnych wyobrażeń, wyjaśniał Epstein, romantyczna miłość wspiera się na 4 filarach: (1) ten jeden, nasz wymarzony partner, jest gdzieś w naszym zasięgu, trzeba go tylko odnaleźć; (2) kiedy go wreszcie odnajdziesz, ten jeden już nigdy się nie zmieni; (3) związek z tym jednym oznacza, że będziecie żyli długo i szczęśliwie; (4) miłość jest rzeczą tajemną, niezwykłym misterium, nad którym nie mamy kontroli. W efekcie wierzymy, że miłość się przydarza, że to ona nas mistycznie odnajduje i bierze we władanie. Bujda!, twierdził badacz, miłości trzeba się znojnie uczyć.

Wśród kobiet pragnących wziąć udział w eksperymencie długo nie było tej właściwej. O wyborze zadecydował przypadek. W Wigilię 2002 r. Epstein wsiadał do samolotu na lotnisku w Newark. Niestety, jego miejsce zajął ktoś inny, a nieskory tego dnia do kłótni przeniósł się na inny wolny fotel. Okazało się, że obok siedziała niezwykle interesująca kobieta. Epstein czym prędzej przedstawił jej swój Love Project. Po pierwszych wahaniach i wątpliwościach pełny sukces. Gabriela Castillo, bo tak nazywała się współpasażerka, przystała na jego warunki!

Oficjalną inauguracją Love Project było podpisanie specjalnego kontraktu miłosnego. Rzecz miała miejsce w kalifornijskim domu Epsteina w dniu świętego Walentego. Kontrakt zobowiązywał oboje do trwania we wzajemnym związku uczuciowym przez okres 4 miesięcy, licznych lektur dotyczących miłości oraz długich rozmów. Gabriela tak widziała sens angażowania się w eksperyment: „Mój dotychczasowy związek się rozpadł, bo był oparty tylko na namiętności, a ta minęła. Myślę, że warto uczyć się innego pojmowania miłości”. W amerykańskiej prasie stawiano sobie wówczas jedno pytanie: czy związek Roberta, 49-letniego harwardzkiego psychologa, z 40-letnią Gabrielą, ekstancerką z wenezuelskiego Caracas, ma rację bytu? Czy akademik i fascynująca Latynoska wytrwają we wspólnie postanowionym związku?

Podczas tych 4 miesięcy spotykali się co 3 tygodnie. Gabriela przylatywała z Caracas, po czym wymieniali się przemyśleniami. Odwiedzali różnych specjalistów, wśród których znalazł się John Gray, znany promotor tezy, według której mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus. W czasie rozłąki Robert udzielał wywiadów, objaśniał sens eksperymentu, promował całą akcję w mediach. Robił to, trzeba przyznać, skutecznie. Bo kiedy minął kontraktowy okres ich związku, wielu Amerykanów zastanawiało się, co dalej.

Dzisiaj wiadomo już, że sam Love Project to była błahostka. Doświadczony psycholog potrafił wszystko zaplanować i większość rzeczy przewidzieć. Prawdziwe kłopoty zaczęły się dopiero po zakończeniu akcji. Gabriela wyznawała dziennikarzom, że czuje się rozbita i niepewna. Że zupełnie nie wie, co dalej z tym związkiem. A zgryzot było bez liku. On miał 4 dzieci, ona 3, do tego dochodzili byli partnerzy. Którejś nocy zadzwoniła wreszcie do Roberta, by oznajmić, że to koniec. „To był tylko projekt – tłumaczyła – a nie normalny związek. Zabrakło w nim i uczuć, i romantyzmu”. Poinformowanym już o obrocie sprawy mediom Epstein odpowiedział bardzo krótko: „Eksperyment uznaję za
w  stu procentach udany”.

W wymiarze praktycznym miłosna edukacja doktora Epsteina spaliła jednak na panewce. Można to zapisać na karb sztywnych uwarunkowań, można stwierdzić, że cały pomysł być zbyt dalece wykalkulowany. Dla wyrobienia sobie lepszego poglądu warto przedstawić pomysł w założeniach doń zbliżony, prowadzony wszelako gdzie indziej, innymi środkami i skierowany do innej grupy docelowej. Tym razem rzecz działa się w Polsce, animatorką przedsięwzięcia pod nazwą The Love Project była Iwona Majdan, artystka z Kanady, która publicznie ogłosiła, że poszukuje męża i organizuje w tym celu castingi.

Wielki finał przedsięwzięcia zaplanowano na walentynki 2003 r. – a więc tego samego dnia, przypomnę, w którym miłosny kontrakt podpisywali Robert i Gloria. „Niestety – powiedziała artystka licznie zgromadzonym mężczyznom – nie znalazłam żadnego odpowiedniego kandydata”. Dziennikarze nie kryli rozczarowania, sugerując, że Majdan zagrała publiczności na nosie. Inni wskazywali na to, że akcja musi być rozpatrywana jako element jej twórczości, w kontekście współczesnej sztuki krytycznej. Sądzę, że uważna lektura internetowego pamiętnika Majdan każe spojrzeć na to osobliwe bądź co bądź zdarzenie jeszcze inaczej. Artystka nie miała w zanadrzu żadnego chytrego scenariusza, ona naprawdę grała swoim życiem, angażowała autentyczne emocje, przeżywała rozczarowania i zachwyty. Wymarzonego mężczyzny jednak nie spotkała, miłość się nie wyśniła.

Jeśli zawiodły tak spektakularnie skrojone projekty, to kto może liczyć na znalezienie miłości? W jaki sposób inni samotni – bez Harvardu i artystycznej wyobraźni – mogą szukać szczęścia i romantycznej miłości?

poszukiwanie straconych sekund

10 marca 2002 r. w warszawskim pubie Soma spotkało się kilkadziesiąt osób. Mimo wieczornej pory i serwowanych przez barmana drinków nie była to kolejna zwykła impreza. 30 mężczyzn i 30 kobiet usiadło naprzeciw siebie przy dwuosobowych stolikach. Na hasło start, wszystkie zaaranżowane pary zaczynały ze sobą rozmawiać. Miały na to 3 minuty, po czym zmieniano i stolik, i rozmówcę. Na koniec każdy z uczestników zaznaczał w specjalnym formularzu imię osoby (albo osób), z którymi chciałby się spotkać ponownie. O ile druga strona wyrażała podobne życzenie, organizatorzy imprezy przekazywali zainteresowanym właściwe numery telefonów. Całe to spotkanie trwało ok. 2 godzin, a uczestnicy – jak zapewniała ulotka informacyjna – „nie narażają się na odrzucenie, co często zniechęca nieśmiałe osoby”.

Opis powyższy dotyczy pierwszej w Polsce imprezy typu fast dating. Idea zrodzona w żydowskim środowisku Los Angeles (gdzie rabini na różne sposoby próbowali nakłonić młodych Żydów do zawierania małżeństw w ramach swojej społeczności) bardzo szybko rozprzestrzeniła się na całe USA, a później wiele krajów europejskich. „To propozycja dla osób lubiących szaleństwo i tych, którzy mają problemy w nawiązywaniu kontaktów”, pisała prasa. Szybkie randki kusiły tym, że w jednym miejscu w ciągu kilkudziesięciu minut umożliwiały poznanie wielu osób, a wśród nich być może i tego jedynego. Czy w dobie skrajnego indywidualizmu jest to jakiś anachronizm? Jak przekonują badania Hanny Świdy-Ziemby, coraz więcej młodych Polaków wzrastających już po przełomie 1989 r. jako wartość centralną w swoim życiu wskazuje miłość. Ma ona nie tylko pieścić ich przekarmione konsumenckie ego, ale też dawać jakże cenne (bo rzadkie) poczucie przynależności, trwałego związania z drugim człowiekiem.

Gdyby nadal komuś wydawało się, że fast date to mało wyszukana kontynuacja stylu życia spod znaku fast food, fast sex, fast car – jak symbolizuje się naszą teraźniejszość – to odesłać go można do autorytetu poradników. Ogromniejąca rzesza specjalistów, różnorakich zresztą dziedzin, przekonuje w nich, że tym, co liczy się naprawdę w naszym rozpędzonym życiu, w którym na coraz mniej wystarcza czasu, jest pierwsze wrażenie. A o nim decyduje pierwszych 5 sekund spotkania z inną osobą. Stąd uznanie, jakim cieszą się eksperci od wizerunku, mowy ciała, designu, wizażu itp.

Czy nie na tym efekcie nagłego olśnienia zasadza się zresztą mitologia romantycznej miłości od pierwszego wejrzenia? Z tej perspektywy szybkie randki nie są żadnym społecznym kuriozum, ale logiczną konsekwencją przemian w kulturze początku XXI w.

Cywilizacja miłości


Fast dating nie jest przy tym szczytem możliwości. Jako największa światowa sieć romantycznych kontaktów prezentuje się firma Cupid’s Network. Jej żywą reklamą jest szef Dan Bender, który poznał żonę Nancy dzięki znajomości zawartej przez Internet. I miliony ludzi idą w jego ślady. Przybliżone dane ujawniają, że co 10 sekund amerykański internauta chce się dziś przed ekranem komputera zakochać. To dla tych ludzi powstała strona match.com, „największa sieciowa społeczność dyskryminowanych, atrakcyjnych singli”, to dla nich działa serwis Its Just Lunch, „specjalizujący się w organizowaniu randek zapracowanym specjalistom”. Szacuje się, że sieć pomaga grubo ponad 20 mln samotnych. I liczba ta stale rośnie.

Polska nie pozostaje w tyle. Po 3 miesiącach funkcjonowania na portalu Interia.pl specjalnego serwisu Randki zarejestrowało się nań ponad 100 tys. użytkowników. Obecnie najpopularniejszy bodaj serwis to ilove.pl, który szczyci się, że zgromadził 2 mln ludzi. Prawie 1,5 mln osób korzysta ze strony
sympatia.onet.pl, 130 tys. z randkomat.pl, tysiące innych z randki o2.pl albo randkuj.pl.

Same liczby, choćby nawet największe, nie uzmysławiają fenomenu randek online. Obraz nabiera wyrazistości, gdy dodamy doń doniesienia o romansach, związkach i małżeństwach, których akuszerem był Internet. Nawet jeśli pominiemy tu przelotne zauroczenia, idą te związki w grube tysiące, kojarząc ludzi z różnych kontynentów, ras, religii, języków. Żadnej przeszkody nie stanowią dla nich odległości geograficzne, pory dnia i nocy, choroby, podróże, praca. Cyberrzeczywistość pozwala na wykroczenie poza ciasne granice świata analogowego. Nie koniec na tym. Zdaniem psychologów, miłość online jest pełnowartościowa, doświadcza się jej tak samo intensywnie jak offline. Emocje nie ulegają tu żadnym zwyrodnieniom. Ponadto, ludzie angażują się w związki sieciowe, gdyż to daje im nadzieję na zaspokojenie fantazji i pragnień, które poza siecią odkłada się ad acta.

Internetowe miłości coraz częściej postrzega się jako powrót do romantycznego wzorca zakochania się: wszak najpierw jest to pierwsze spojrzenie, pierwszy bit, pierwszy czat, potem długie rozmowy, budowanie intymności, a wszystko bez udziału cielesności i seksu. Przecież samo odnalezienie tego jedynego pośród milionów surfujących już zakrawa na cud! Niezwykle ważne jest i to, że punkt ciężkości spoczywa na akcie rozmowy. Gada się o wszystkim i niczym, gada bez końca, w dowolnych porach dnia i nocy. Dzięki temu odbywa się spotkanie dwóch umysłów, dokonuje się jedność dusz, będąca fundamentalnym pragnieniem miłości romantycznej. „Internet drastycznie zmienił sferę romantyczną”, stwierdza Aaron Ben-Ze’ev w książce „Miłość w sieci”. Co o tym zadecydowało? „Sieć, ułatwiając spełnienie naszych pragnień, prawdopodobnie nasili aktywność o charakterze uczuciowym i seksualnym, gdyż zapewnia dogodne, niedrogie i względnie bezpieczne środowisko do działania”.

Trzeba być oczywiście świadomym tego, że Internet, jak wszystkie miejsca, w których przecinają się drogi różnych ludzi i ich różnych intencji, przynosi także rozczarowania, a czasem prawdziwe dramaty. Zwykle przyjmujemy, że w sieci funkcjonuje się po prostu razem z codzienną, zwykłą tożsamością: mamy tyle samo lat, tą samą płeć i ten sam kolor oczu co w oficjalnych dokumentach opatrzonych fotografią. Kiedy dokonujemy internetowych zakupów albo korzystamy z oficjalnej skrzynki pocztowej, tak jest w istocie. Co dzieje się jednak w momencie wkroczenia w pseudonimowe światy, na przykład cyberrandek? To są miejsca, w których tożsamość może ulec zwielokrotnieniu; to miejsca, gdzie jedni rozkwitają, a inni się gubią, to okazje do odrodzenia się na nowo, ale jednocześnie także całkowitego zatracenia. Dostęp do tysięcy potencjalnych partnerów online może zmienić ich poszukiwanie w czynność poniżającą, mechaniczną, jakąś ponurą odmianę socjoerotyki, tym razem rozgrywającej swoje gry w cyberświecie.

Póki co, wypada skwitować, nie mamy do czynienia z fundamentalnie odmienną ontologią domen cyfrowych. Świat elektroniczny nadal pozostaje wyrazem pewnej zbiorowej podmiotowości, częścią naszego, ludzkiego świata. Digitalizuje to tylko, co już uprzednio zaistniało. Krążące w nim tożsamości, wizje szczęścia, zakochania się i romantycznej miłości mają swoje końcówki w świecie jak najbardziej realnym. „Przez całe życie byłam przekonana, że prawdziwą miłość można znaleźć tylko w niemądrych romansach i piosenkach country – wyznała pewna kobieta, zakochana online. – I nagle zorientowałam się, że myślę tylko o tym mężczyźnie. Kochałam go do bólu”. Kochankowie w końcu spotkali się poza siecią, wzięli ślub, a po jego drugiej rocznicy kobieta dodała: „Nasza miłość urosła do nieprawdopodobnych rozmiarów”.

Dowiodła tym samym, że l’amour-passion jest wysławialna, że miłość da się uprawiać słowami. Bo wirtualne nie jest zaledwie możliwym, ale staje się. To nie romantyczna utopia, ale tu i teraz. Pomiędzy nami.


Waldemar Kuligowski (33 l.) jest antropologiem kultury, adiunktem w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autorem m.in. książki „Miłość na Zachodzie. Historia antropologiczna”.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj