Społeczeństwa nad przepaścią
Kiedy kultury popełniają samobójstwo
Niektóre kultury „najpierw podcinają sobie nadgarstek, a potem bezczynnie patrzą, jak wykrwawiają się na śmierć”, twierdzi Jared Diamond, profesor geografii i biologii z uniwersytetu kalifornijskiego, w swym najnowszym bestsellerze „Zawał. Jak społeczeństwa wybierają klęskę lub zwycięstwo” (Collapse - How Societies Choose To Fail Or Succeed, Viking Adult Publishers, New York 2005).
Kultura, która tysiąc lat temu wytworzyła takie pomniki popełniła samobójstwo
magical-world/Flickr CC by SA

Kultura, która tysiąc lat temu wytworzyła takie pomniki popełniła samobójstwo

Ze stoku krateru Rano Raraku na Wyspie Wielkanocnej widać ocean. Do najbliższej wyspy na zachodzie – 1600 km, do Chile na wschodzie – dwa razy tyle. Na wyspie jest jedynie zmierzwiona trawa, ale w zatoce Tongariki stoi piętnaście ogromnych posągów. Gdy w 1722 r. przypłynęli tu Holendrzy, poza kamiennymi figurami na wyspie nie było nikogo. Jest ich więcej przy kamieniołomach na stoku wulkanu. Niektóre leżą na plecach przygotowane do transportu. Co się stało z kulturą, która tysiąc lat temu wytworzyła takie pomniki? Popełniła samobójstwo.

Mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej przez setki lat niszczyli skąpy biotop, w którym żyli. Aby przetransportować swe kamienne figury na brzeg zatoki wycięli lasy, z fatalnymi skutkami. Z czasem zaczęło brakować zwierzyny, a potem nawet drzew na budowę tratew. Wiatry i deszcze wyjałowiły pola uprawne. Najpierw wybuchły walki o topniejące zasoby, a potem ci, którzy przeżyli, poumierali z głodu. Pozostały popioły.
 
To nie jedyny przykład. Tysiąc lat temu grupa Wikingów pod wodzą Czerwonego Eryka przybiła do pokrytego śniegiem i lodem lądu dzisiejszej Grenlandii. W głębi dwóch fiordów osłoniętych od wichrów i oceanicznych sztormów znaleźli pas uprawnej ziemi, łąki, a nawet lasy. Założyli dwie osady odległe od siebie o 500 km. Sprowadzili z Skandynawii owce, kozy i bydło. Z kamiennych ciosów pobudowali okazałe kościoły. Z czasem każda z osad miała po 5 tys. mieszkańców. Obie społeczności przestrzegały prawa i starannie gospodarowały. Po morsy wyprawiały się aż do brzegów Labradoru. Za ich kły kupowały w Skandynawii szybki do witraży, wino mszalne, naczynia i szaty liturgiczne.


Tak było przez 450 lat. Aż nastąpiła katastrofa. Pastwiska wyjałowiały. Wątłe lasy zostały wycięte na budowę domów i na opał. W księdze parafialnej zapisano ostatnie małżeństwo: 14 września 1408 r. Thorstein Olafsson poślubił Sigrid Bjornsdotter. Zima musiała być straszna. Mieszkańcy poumierali z zimna i głodu. W ich śmietnikach archeolodzy zaleźli kości ostatnich zwierząt domowych, ale niemal żadnych resztek ryb. Jak gdyby były tabu.

Osadnicy przenosząc swą kulturę życia codziennego i gospodarowania w obce jej środowisko zniszczyli podstawy własnej egzystencji, twierdzi Diamond. Mogli byli przetrwać, gdyby upodobnili się do pogardzanych przez siebie Inwitów. Dlaczego nie wysyłali latem łodzi na Labrador po drewno na opał, zamiast po kły morsów? Dlaczego nie ograniczyli hodowli, przecież u brzegów Grenlandii jest raj dla rybaków? Dlaczego nie dostrzegli nadciągającej katastrofy? Dlaczego działając na pozór racjonalnie sami ściągnęli na siebie zagładę?

Słowem: dlaczego jedne społeczeństwa popełniają samobójstwa, a inne potrafią przewidzieć katastrofę i jej uniknąć?

W swej poprzedniej książce (wydanej także po polsku) „Strzelby, mikroby, żelazo” Diamond tłumaczył, że to sprzyjające warunki ekologiczne pozwoliły Europejczykom podbić świat. W „Zawale” zajmuje się cywilizacjami przegranymi: Mezopotamii, Harappan w dolinie Indusu, Majów, Indian Anasazi, Angkor Wat w Indochinach, Wielkiego Zimbabwe w Afryce; ale także – dzisiejszą samozagładą Ruandy oraz przyszłym zawałem innych – nawet najpotężniejszych kultur i cywilizacji, łącznie z amerykańską. Jego argumentacja jest dokładnie przeciwstawna do potocznych wyjaśnień.

Zwykle wskazuje się na przyczyny zewnętrzne w postaci naturalnych kataklizmów wymykających się kontroli przyszłych ofiar, w rodzaju trzęsienia ziemi, pomoru, inwazji wrogiej cywilizacji. Mówi się, że Indian zdziesiątkowała przywleczona z Europy ospa, a norweskie osady zgładziło nadejście małej epoki lodowej.

Ale czy tak było i jest naprawdę? Na Grenlandii w XV w. rzeczywiście spadła temperatura. Ale nie aż na tyle, by osadnicy musieli wymrzeć. Inwici przetrwali, a przecież Norwegowie mieli zróżnicowane zasoby pożywienia, narzędzia z żelaza i kontakty z Europą. Nie potrafili jednak dostosować się do zmieniających się warunków. Ich wysoka kultura okazała się kamieniem u nogi. Ich skandynawska tożsamość była społecznym spoiwem, dzięki któremu kiedyś odnosili sukcesy w starciu z nieprzyjaznym otoczeniem i wrogami, ale teraz okazała się kulturą śmierci.

Bywa, mówi Diamond, że przetrwanie biologiczne jakiejś społeczności jest w konflikcie z jej przetrwaniem kulturowym. Przetrwanie biologiczne jest fundamentem naszych wartości dopiero po doświadczeniu dwóch ludobójczych wojen światowych i strategii odstraszania atomowego; dopiero od niedawna zastanawiamy się nad tym, że jako rodzaj ludzki przetrwamy jedynie wtedy, gdy nauczymy się sytuacje konfliktowe rozwiązywać środkami pokojowymi i zmieniać nasze kultury. W przeszłości bywało, że całe cywilizacje były wierne swym prawom, twórcze i technicznie pomysłowe, a mimo to biologicznie zachowywały się samobójczo.


Analiza śmierci dawnych cywilizacji jest dla Diamonda jedynie wstępem do analizy współczesnych załamań cywilizacyjnych. Zwykle ludobójstwo w Ruandzie uważa się za wojnę etniczną między większością Hutu i historycznie dominującą i zamożniejszą mniejszością Tutsi; opisuje się ją tak, jak konflikty między Serbami i Chorwatami, lub Izraelczykami i Palestyńczykami. Jest to interpretacja zgodna z zasadą, że świat jest kotłem kulturowych antagonizmów i zderzeń cywilizacji.

Nic podobnego, odpowiada na to Diamond. Hutu wcale nie mordowali Tutsi, oni mordowali również innych Hutu. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na ich kraj: strome wzgórza uprawiane aż po szczyty, bez żadnych tarasów ochronnych; rzeki aż gęste od mułu wypłukiwanej przez deszcze gleby; skrajne niszczenie lasów prowadzące do nieregularnych opadów i plagi głodu; rosnący przyrost naturalny i spadająca produkcja rolna. Każda społeczność będąca na granicy zapaści ekologicznej nieuchronnie zsuwa się w chaos ludobójstwa.

Diamond broni się przed zarzutem, że uprawia ekologiczny determinizm. Uwzględnia również czynniki ideologiczne i polityczne. Chodzi o to, odpowiada, że niektóre społeczeństwa nie dają sobie rady z niepewnością i niesprzyjającym otoczeniem, ponieważ wpadły w kulturowy determinizm. Wolą pozostać sobą i zginąć, niż zmienić kod swej kultury i dostosować go do dramatycznie zmieniających się warunków.

Jego zdaniem pięć czynników decyduje o rozkwicie lub upadku społeczeństwa: zmiana klimatyczna, umiejętność obchodzenia się z zasobami, potencjał wrogości, stosunek do partnerów handlowych, umiejętność reagowania na zmieniające się warunki polityczne, gospodarcze i społeczne. Przy czym wcale nie musi się zbiec aż pięć tych przyczyn, by społeczność dostała zawału. Jednak najbardziej niszczycielską przyczyną jest nieumiejętność uczenia się na własnych błędach, a w konsekwencji – błędny system wartości.


Istnieją cztery powody podejmowania przez społeczności katastrofalnych decyzji:
• mogą nie przewidzieć nadciągających problemów;
• mogą je błędnie ocenić, gdy się już pojawią;
• mogą po ich prawidłowej ocenie podjąć błędne środki zaradcze;
• mogą zastosować środki właściwe, ale niewystarczające.

Przez 100 lat Amerykanie nie potrafili zrozumieć istoty pożaru lasów w Montanie. Gdy wybuchały, próbowano je gasić, przez co wybuchały ponownie ze zwielokrotnioną siłą. Opierano się na doświadczeniu europejskim, gdzie jest dużo większa wilgoć. Na zachodzie USA małe pożary są konieczne, by wypaliła się sucha ściółka, co zapobiega wielkim pożarom.

Z kolei niepiśmienne społeczeństwa są skazane na przekazy ustne; ale nawet jeśli już miały pismo, jak Majowie na Jukatanie, to opiewały sukcesy swych władców, a nie zostawiały potomnym technicznych wskazówek, jak się zachować w czasie wielkiej suszy. Ten zanik pamięci obejmuje także nasze czasy. Kryzys naftowy z 1973 r. już nas niczego nie uczy, bo został zapomniany. Po wielkiej suszy w Arizonie w latach 60. kilka miast postanowiło wprowadzić na stałe oszczędną gospodarkę wodą. Szybko jednak powrócono do dawnej rozrzutności. I problem się powtórzył.

Jednak schematyczne bazowanie na analogii też może być katastrofalne w skutkach, ponieważ nowe wyzwanie jest tylko pozornie takie jak dawniej. Stosując na Islandii i Grenlandii podobne jak w Skandynawii metody gospodarowania, Wikingowie doprowadzili do szybkiego wyjałowienia gleby.

Jedną z głównych przyczyn błędnych decyzji polityków jest – jak mówi Diamond – pełzająca normalność. Zmiany zachodzą powoli i są trudno rozpoznawalne. Skoro nawet prezydent Bush ma trudności z uznaniem efektu cieplarnianego, to co sądzić o pomyłce Wikingów na Grenlandii 600 lat temu?

Społeczeństwa mogą reagować źle, nawet jeśli prawidłowo rozpoznają sytuację, ponieważ racjonalne zachowanie jest zwykle dyktowane ekonomicznym egoizmem, który zezwala na działanie na cudzą szkodę. Do 1971 r. właściciele kopalni w Montanie wpompowywali zatrutą arszenikiem wodę do rzek, dopiero potem uchwalono za to wysokie kary. Tragedia wspólnoty, twierdzi Diamond, polega na tym, że odpowiedzialność ogranicza się do własności. Jeśli ja nie odłowię ryb z rzeki, to zrobi to ktoś inny, dlaczego więc to ja mam się troszczyć o stan zarybienia? Ekonomicznie racjonalne zachowanie wymaga ubiegania konkurenta, a nie troszczenia się o wspólne dobro, czy o zasoby dla przyszłych pokoleń, które przecież dziś nie protestują. Stąd brak skutecznej ochrony przed wycinaniem dżungli tropikalnej w Amazonii, na Borneo lub Sumatrze.

Do racjonalizacji konfliktu interesów dochodzi fakt, że interesy elit są inne niż reszty społeczeństwa. Decydenci – znów Diamond – chcą ciągnąć zyski i nie odpowiadać za skutki swych decyzji. Można temu zapobiec, gdy społeczeństwo potrafi rozpoznać i zorganizować ochronę ekologiczną razem z elitami, jak to jest w Holandii. Częściej jednak nabrzmiewających problemów nie można rozwiązać, ponieważ ktoś na nich chyłkiem żeruje.

„Takie nieracjonalne zachowanie pojawia się wtedy, gdy sami jesteśmy wewnętrznie rozdarci przez sprzeczne systemy wartości. Możemy być przywiązani do złego status quo, ponieważ odpowiada on pewnym głęboko zakorzenionym wartościom, jakie wyznajemy. Wartości religijne są często przyczyną fatalnych decyzji. I tak wyręb lasu na Wyspie Wielkanocnej miał podtekst religijny, trzeba było drewnianych machin do transportowania gigantycznych figur, stanowiących podstawę kultu”.


Dotyczy to również irracjonalnych świątyń świeckich religii – jak choćby stalinowskiej gigantomanii niszczącej gospodarkę i pochłaniającej miliony ofiar śmiertelnych. Clifford Geertz omawiając „Zawał” w „The New York Review of Books” porównuje kamienne figury z Wyspy Wielkanocnej z pomnikami Lenina i Ceausescu obalonymi po upadku komunizmu.

Ostatni powód nieracjonalnego rozwiązywania nawet rozpoznanych problemów, to znane z psychologii jednostki wypieranie ze świadomości traumatycznych zagrożeń. Zbadano, że ludzie mieszkający pod tamą, której pęknięcie przyniesie im zagładę, mniej się boją katastrofy, niż mieszkający dalej od niej. To psychologiczne wypieranie zagrożeń tłumaczy, dlaczego tak wiele społeczeństw biernie przygląda się nadciągającej katastrofie. Choć są kultury, które potrafiły się przełamać i zadbać o swe zasoby ekologiczne: imperium Inków, górskie plemiona Nowej Gwinei, Japonia w XVIII w. i Niemcy w XIX w.

„Zawał” jak najszybciej powinien się ukazać po polsku. W końcu to również problem dobrze znany z naszej historii. Od rozbiorów Polski w XVIII w. wciąż się zastanawiamy nas przyczynami upadku Rzeczypospolitej. Dlaczego ówczesne polsko-litewskie elity nie potrafiły zapobiec katastrofie? Dlaczego nie słuchano tych, którzy ją dostrzegali? Dlaczego zawczasu nie potrafiono znaleźć środków zaradczych?

Diamondowi teoria samobójstwa cywilizacji służy do analizy dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Wskazuje na zniszczenie środowiska, rabunkową gospodarkę surowcową, niezdolność reagowania na efekt cieplarniany, mnożące się ogniska zapalne na kuli ziemskiej, w które wciągnięci są Amerykanie, na napięte stosunki z sojusznikami oraz krótkowzroczność elit, które na deklasację społeczną w kraju podsuwają jedyną receptę: prywatyzację systemów socjalnych. Słowem, USA zachowują się niczym aborygeni z Wyspy Wielkanocnej. Tymczasem: „Historia uczy nas, że niegdyś potężne społeczeństwa załamują się szybko i nieoczekiwanie”.


W latach 90. Jared Diamond należał do wizjonerów tzw. trzeciej kultury, która po klęsce lewicy przejęła poszukiwanie utopijnego raju na ziemi. Teraz obawia się zmierzchu USA i całego Zachodu. I nie jest w tym osamotniony. Brytyjski historyk Niall Ferguson szuka w historii upadku Imperium Brytyjskiego nauk dla dzisiejszej Ameryki. Francuski publicysta Jean-Claude Ruffin i amerykański politolog Chalmers Johnson („Kłopoty Imperium. Militaryzm, Tajemnice i koniec republiki”, Metropolitan Books, New York 2004) porównują USA z Imperium Rzymskim po zniszczeniu Kartaginy. Natomiast kulturoznawczyni Jane Jacobs w „Przed nami średniowiecze” (Dark Age Ahead, Random House, New York 2004) zapowiada mrok i upadek nie tylko cywilizacji amerykańskiej, ale i ludzkości, która odchodzi od społeczeństwa opartego na rolnictwie do opartego na technologii. Jej zdaniem pięć filarów Zachodu: wspólnota lokalna, rodzina, oświata, nauka i technika, demokracja przedstawicielska i wreszcie niezależność nauki akademickiej są nie tylko zagrożone, ale już groźnie popękane.

Jak zatem skutecznie rozpoznać nadciągające katastrofy i zapobiegać im? W końcu zagraża nam nie tylko naruszenie równowagi ekologicznej lub apokaliptyczne zderzenie z planetoidą, ale cały katalog dżinów wypuszczonych przez człowieka z butelki. Eksperymenty z cząstkami elementarnymi, inżynieria genetyczna, bunt samosterownych nanorobotów pożerających wszelkie życie. No i megaterroryzm.

Richard Posner, autor „Katastrofa: Zagrożenia i Odpowiedź” (Catastrophe: Risk and Response, Oxford University Press, w2005) jest konserwatystą i na swój katalog zagrożeń daje odmienną odpowiedź niż Diamond. Kontrola, kontrola, kontrola, nie tylko ze względu na zagrożenie przez globalny terroryzm, ale także – karkołomny postęp techniczny. Potrzebny jest Ośrodek Badania Zagrożeń i Szukania Adekwatnych Odpowiedzi, nawet kosztem ograniczania wolności demokratycznych, twierdzi. A więc znowu Lewiatan Hobbesa ma podnieść głowę?

A na to wszystko nakłada się powrót do starej tęsknoty, że istnieje jakaś religia, a może już tylko inżynieria społeczna, pozwalająca zapobiegać najgorszemu. W końcu na dwoje babka wróżyła. Wszak w przeszłości jedni ginęli, ale inni potrafili się uratować.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj