Minister zdrowia będzie mógł likwidować miejskie programy in vitro. Śmiać się czy płakać?
Uśmiecham się, kiedy myślę o tej grze samorządowców z państwem. Chociaż tak naprawdę wcale nie jest mi do śmiechu.
Niepłodnym, którzy stracili na wycofaniu finansowania rządowego programu in vitro, z pewnością nie będzie do śmiechu.
Image Editor/Flickr CC by 2.0

Niepłodnym, którzy stracili na wycofaniu finansowania rządowego programu in vitro, z pewnością nie będzie do śmiechu.

Przerażona matka i zagniewany ojciec patrzą na ciężarną latorośl. Matka krzyczy: „Córciu, błagam, powiedz, że to nie było in vitro!”. „Spokojnie, mamusiu, to z gwałtu!” – odpowiada ciężarna i wszyscy uszczęśliwieni padają sobie w ramiona.

To żart z komiksowej serii andrzejrysuje.pl, ale ostatnio coraz trudniej stwierdzić, co w sprawie in vitro jest na serio, a co nie. Na przykład kolportowane na Facebooku rewelacje prawicowego publicysty Tomasza Terlikowskiego, że in vitro to multiplikacja niepłodności. Czyli synowie niepłodnych też niepłodni będą. Będą też – co Terlikowski powtarza za ponoć światowej sławy ekspertem prof. Aitkenem – cierpieć na nowotwory i inne poważne choroby genetyczne. Które pójdą w kolejne pokolenia i doprowadzą do ostatecznej erozji ludzkości.

Miejskie programy in vitro tylko w Łodzi, Sosnowcu czy Częstochowie

Niepłodnym, którzy stracili na wycofaniu finansowania rządowego programu in vitro, z pewnością nie będzie do śmiechu. No, chyba że mają szczęście i mieszkają w Łodzi, Sosnowcu czy Częstochowie. W tych miastach to, co zabrało niepłodnym państwo, oddają samorządy.

Czyli dokładają z własnych środków do planowanego przez parę zabiegu zapłodnienia pozaustrojowego. W Łodzi z takiej pomocy korzysta ponad sto par, ale zainteresowanie jest tak duże, że na przyszły rok miasto wygospodarowało dodatkowe pieniądze. Zainteresowane są też inne samorządy z Polski i radni z Łodzi chętnie dzieli się z nimi swoimi doświadczeniami. Mają prawo, bo opracowany przez nich program został pobłogosławiony przez wszystkich państwowych świętych, czyli Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji.

Ale państwo nie zamierza się tak łatwo poddawać. Najpierw rękami posłów Kukiz’15 szykuje projekt ustawy zaostrzającej przepisy w sprawie in vitro. Pojawia się w nim zapis o jednym zarodku, który można byłoby umieścić w ciele kobiety w ciągu 72 godzin. 

Ci, którzy mają za sobą procedurę in vitro i wiedzą, że zapłodnienie sześciu komórek rozrodczych to minimum, mogli się tylko uśmiechnąć. Innym raczej nie było do śmiechu. Na szczęście projekt z powodu braku podpisów poległ.

Minister nie daje za wygraną

Ale oto nadciąga kolejny. Minister Konstanty Radziwiłł chce narzucić samorządom recenzenta programów profilaktycznych, czyli Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Do tej pory jego opinia nie była wiążąca, teraz będzie mógł zawieszać istniejące inicjatywy i blokować te, które powstają.

Konsultacje publiczne projektu skończyły się wczoraj i jeszcze nie wiadomo, czy pary, które czekają na dofinansowanie in vitro przez samorządy Gdańska czy Bydgoszczy, doczekają się pomocy. Jeśli projekt przejdzie, raczej nie. No, chyba że radni Łodzi zrealizują swój plan i nieodpłatnie będą udostępniać innym samorządom swój dobrze zaopiniowany projekt.

No bo przecież państwowi wszyscy święci nie mogą odrzucić tego, co wcześniej przyjęli. Uśmiecham się, kiedy myślę o tej grze samorządowców z państwem. Chociaż tak naprawdę wcale nie jest mi do śmiechu.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj