Festiwal w Kostrzynie z polityką w tle
Woodstock w czasach atmosfery wzajemnego zrozumienia
Wyglądało to tak jak zawsze, gdy postmetale, postpunki, posthipisi i inne postsubkultury zbierają się w większe grupy: browar, radosne klepanie się po plecach, czasem kojąca woń marihuany. Tylko skala niesamowita.
Na miejscu było młodo, tłumnie i do bólu swojsko.
Leszek Zych/Polityka

Na miejscu było młodo, tłumnie i do bólu swojsko.

Wjazd od strony A2 do Kostrzyna był zablokowany: kierowcy i pasażerowie w koszulkach z nazwami zespołów wychodzili z aut i wzajemnie się dopytywali, ile im tam stania jeszcze GPS pokazuje. Rejestracje mieli z całej Polski: od Podlasia po Wielkopolskę. Ktoś głośno puszczał muzykę: kopalny rock typu dziary, włochate klaty i ye-yeah. Trzeba było zawrócić i pojechać dookoła: przez lubuską wieś, cichą, spokojną i wariacko zieloną: słowiański, sielski żywioł wlazł tu w poniemieckie domy. Prom przez Wartę niby stał, ale jego obsługa łowiła ryby i nie zamierzała się ruszać. Sielsko, spokojnie i nic nie zapowiadało, że kawałek dalej trwa już w najlepsze gigantyczna impreza. Dopiero w Witnicy zaczęło ich być widać. Kręcili się przy knajpach. W restauracji przy głównej ulicy menu było wykwintne i ceny również.

A wiesz, że jakby mi powiedzieli parę lat temu, że w Polsce na zadupiu takie knajpy będą, tobym nie uwierzył? – zachwycał się około 40-letni woodstockowicz w koszulce sławiącej wieki temu zapomniany zespół. Smakował piwo kraftowe, posiorbywał z rozkoszą.

Co się cieszysz, drogo jak ch… – odpowiedział mu na to młodszy.

– Wiesz, jakie kiedyś były knajpy? Po ryju można było tylko dostać! Albo zimny kotlet!

– Ale przynajmniej tanio było.

– Gówno wszędzie było i beznadzieja! Nie pamiętasz, to nie pier…!

– Ta, jasne, normalnie było, tylko mniej rodzajów browaru!

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj