Koniec pewnej epoki
Na rozstaju dziejów
Immanuel Wallerstein, analityk kapitalistycznego zarządzania światem, o konwulsjach współczesności, wyczerpywaniu się starego porządku i drogach wyjścia z chaosu.

- Sześć lat temu we wstępie do „Końca świata jaki znamy” napisał pan, że pierwsza połowa XXI w. będzie dużo trudniejsza, naznaczona większą niepewnością, ale też bardziej plastyczna, bardziej otwarta niż wszystko, co znamy z XX w. Czy pana zdaniem ta prognoza się sprawdza?

Immanuel Wallerstein: – Bardziej niż sądziłem. Wszystkie dziedziny ludzkiej aktywności zsuwają się w chaos. Nikt nie umie przewidzieć, gdzie będziemy w nieodległej przyszłości.

Świat zawsze był nieco chaotyczny i nieprzewidywalny.

Ale nie w takim stopniu. A poza tym nawet jeżeli ludzie od dawna wiedzieli, że wszystkie prognozy i plany są obciążone ryzykiem, to jednak wierzyli, że zmierzają ku czemuś lepszemu. Były spory o to, do czego zmierzamy, ale we wszystkich stronach dominowała wiara w przyszłość. Teraz znikła. To wywołuje społeczne histerie z różnych błahych powodów coraz częściej i mocniej wybuchające w różnych miejscach świata. Histeria, nieracjonalne reakcje – przeważnie nadmierne – są typowe dla stanów lękowych. Świat nie potrafi sobie wyobrazić jutra, więc histeryzuje.

Może po wielkich projektach XX w. – takich jak komunizm i faszyzm – zniechęciliśmy się do budowania wizji w imię lepszego jutra?

Brak wizji jest źródłem niszczących niepokojów. Człowiek, który umie sobie wyobrazić przyszłość, jest stosunkowo spokojny. Kto tego nie potrafi, ten działa tak, że sam sobie szkodzi. Wszędzie widać narastającą złość, agresję, podziały, konflikty klasowe, etniczne, religijne. Za mojego życia Ameryka nigdy nie była tak spolaryzowana, jak teraz. A Polska?

Polska też.

Wcale mnie to nie dziwi, bo dla was utrata wizji musi być szczególnie dojmująca. Straciliście jedną, którą oferował komunizm. Włączyliście się do innej, która się rozpada. Macie dwa razy więcej powodów do histerii niż Bliski Wschód, Ameryka, Brazylia, Iran czy Francja.
 
 
Bańki tonącego świata

Co, poza histerią, łączy pana zdaniem sytuację w Ameryce, Brazylii, Polsce, Afryce Południowej, Iranie?

Po pierwsze, erozja zaufania między społeczeństwem a władzą. To oznacza nieufność do ludzi, którzy rządzą, ale też utratę wiary w mechanizmy władzy. Przynajmniej od 200 lat ludzie powszechnie wierzyli, że jeżeli będą popychali państwo do odpowiedniego działania, to historia – jak mówił slogan – będzie po naszej stronie. Dziś ludzie nie wierzą, że dzięki mądrej władzy będzie dostatniej, bezpieczniej, bardziej sprawiedliwie. Idea postępu znikła jak mydlana bańka. A był to potężny czynnik stabilizujący. W imię tej idei ludzie robili czasem rzeczy najpotworniejsze, ale zwykle dzięki wierze w postęp ufnie patrzyli w przyszłość i włączali się w działania zbiorowe. Nawet bardzo biedni i upośledzeni spokojnie znosili swój los, słuchali się władzy, wykonywali rozkazy, godzili się na samoograniczenia, bo wierzyli, że dzięki temu los wszystkich się poprawi i oni też na tym skorzystają. A dziś już nie wierzą, więc każdy myśli o sobie. I mają po temu powody.

Wielu ludziom wciąż wiedzie się coraz lepiej.

Oczywiście. Ale nawet biznesmeni, którym się wiedzie najlepiej, boją się o przyszłość. Gospodarka też straciła optymizm, który miała przez pięć ostatnich stuleci. Od początku istnienia światosystemu przedsiębiorcy wierzyli, że jeżeli będą mieli nowe dobre pomysły, to wcześniej czy później się nieuchronnie wzbogacą. Teraz ta wiara wyraźnie osłabła.

Ludzie nigdy nie mieli tylu pomysłów co teraz.

Zgoda, są pomysły, ale znikła ufność, więc także cierpliwość. Dlatego większość przedsiębiorstw szuka szybkiego i łatwego zysku, woli spekulować, niż tworzyć. To powoduje powstawanie baniek spekulacyjnych, które szybko i nieuchronnie z wielkim hukiem pękają niszcząc gospodarkę i przyczyniając się do pogłębienia powszechnej nieufności. Także wobec państwa. Bo większość ludzi uważa, że państwo powinno im zapewnić bezpieczeństwo, także na rynku. A państwo nie umie opanować współczesnego rynku. Wycofuje się z gospodarki wmawiając ludziom, że kapitalizm to jest wolny rynek.

Bo jest.

Ależ nic podobnego. Wolny rynek nigdy w kapitalizmie nie istniał. Kapitalizm zawsze opierał się na monopolach i protekcjonizmie. Bo tylko na monopolach i chronionym rynku można robić prawdziwe pieniądze. W istocie rzeczy kapitalistyczne państwo zawsze niszczyło rynek. Kiedy państwo słabnie, przedsiębiorcy tracą wiarę, że w przyszłości też będą mogli zarobić, więc zaczynają zachowywać się neurotycznie i nieracjonalnie z punktu widzenia dłuższej perspektywy. Świeckość jest w odwrocie wraz z racjonalnością. Wszędzie mamy nawroty religijnego fundamentalizmu. Ludzie już nie wierzą w obietnice stworzenia raju na Ziemi, więc zwracają się ku obietnicom życia w raju po śmierci.

Pan myśli, że fundamentaliści nie chcą dobrego życia?

Chcą mieć poczucie udanego życia, ale bez ryzyka porażki. Oferta fundamentalistów jest pozbawiona ryzyka, bo pomiar sukcesu odbywa się w innym świecie, a konieczne zasługi polegają głównie na spełnianiu różnych rytuałów. By otrzymać nagrodę, trzeba się np. odpowiednio ubierać, nie pić, powstrzymywać od seksu. Tu nie ma ryzyka. Fundamentalista jest święcie przekonany, że jak coś będzie robił, a czegoś innego nie, to po śmierci nagroda go nie minie.

Nigdy nie było na świecie banku dającego taką pewność jak wiara.

Ale to nie wszystko. Niech pan zwróci uwagę, że fundamentaliści przejmują te funkcje społeczne, które pełniły państwa opiekuńcze i ruchy lewicowe. Hamas w Palestynie, Nowi Protestanci w USA i Ameryce Łacińskiej, nowe ruchy w judaizmie czy hinduizmie prowadzą wielkie przedsięwzięcia socjalne. Chodźcie do nas – mówią – my wam pomożemy. W ten sposób budują swoją społeczną potęgę wśród grup upośledzonych, którym przywracają poczucie godności. Mówią im: może na tym świecie nie bardzo wam się wiedzie, ale to nie znaczy, że jesteście gorsi. My pomożemy poprawić wasz los na Ziemi i damy wam szansę wywyższenia po śmierci. W istocie są to więc ruchy egalitarystyczne. Stąd ich atrakcyjność wśród ludzi wykształconych, którzy dobrze czują, że w tym świecie ich intelekt coraz mniej się liczy i coraz słabiej wpływają na to, co się dzieje.

Myśli pan, że to jest kierunek, w którym teraz zmierzamy?

Myślę, że to jest jedna z wielu baniek tworzonych w systemie, który wymknął się spod kontroli i dobiega nieuchronnego końca. Mamy bańki fundamentalizmu, bańki spekulacyjne, bańki narkotykowych mafii, bańki terroryzmu, bańki zwykłej przestępczości. Narkotyki, spekulacje, terroryzm, fundamentalizmy, przestępczość istniały zawsze, ale nigdy aż tak nie wybuchały. Teraz mamy wybuchy groźnych baniek, które często zamieniają nasze życie w koszmar. Ale to nie są trwałe historycznie zjawiska. Za 50 lat, kiedy świat stworzy nową równowagę, zostaną z nich tylko ślady.

Skąd pan wie, że świat stworzy tę nową równowagę?

Żadne życie nie może być wieczne, bo każde ciało się na różne sposoby zużywa. Taki sam cykl przechodzą wszystkie systemy, także społeczne. Żaden system nie może się regenerować bez końca. Kapitalizm ma dziś 500 lat i jest jak stary człowiek. Cierpi z powodu organicznych problemów, których dawniej nie miał. A przede wszystkim nie ma już tej energetycznej sprawności, która przez pięć wieków pozwalała mu dynamicznie akumulować kapitał. Jako siedemdziesięciolatek jeszcze mogę się ruszać i myśleć, mogę czerpać z doświadczenia, wiedzy, oszczędności, które zgromadziłem, ale najlepsze lata mam dawno za sobą i wiem, że koniec się zbliża. Może mnie zabić banalna choroba, którą jako dwudziestolatek przeszedłbym bez szwanku. Nasz światosystem jest na podobnym etapie.

Różnica między człowiekiem a historycznym systemem światowym polega głównie na tym, że człowiek ma tylko jedno życie. System światowy nigdy całkiem nie umiera. Kiedy się zestarzeje, wchodzi w fazę fundamentalnego kryzysu, w trakcie którego rodzi się nowy system. My taki historyczny kryzys właśnie przechodzimy. Widzę, że trzy główne asymptoty rozwoju ekstremalnie zbliżają się do osi wyznaczającej granice systemu.

Asymptoty pracy, kosztów i podatków

Co to za asymptoty?

Najpierw musimy powiedzieć, na czym ten system polega. Ten system to kapitalizm, którego istotą jest niekończąca się akumulacja kapitału. Kapitał akumulują firmy szukające zysku. Zysk to różnica między ceną sprzedaży a wszystkimi kosztami produkcji. Problem polega na tym, że wraz ze starzeniem się całego systemu w skali świata koszty rosną szybciej niż ceny, jakie można uzyskać. Każdy producent ma trzy rodzaje kosztów: po pierwsze – pracownicy, po drugie – surowce i urządzenia, po trzecie – podatki, które musi płacić. Przez 500 lat istnienia światosystemu wszystkie koszty stopniowo wzrastały, aż osiągnęły poziom, który firmom trudno jest udźwignąć.

Dlaczego?

Można powiedzieć, że ten światosystem w zasadzie wyczerpał rezerwy, które go żywiły. Po pierwsze, kończą się rezerwy taniej siły roboczej, którymi tradycyjnie były regiony wiejskie. Co 25–30 lat światosystem przeżywał fale relokacji. Produkcja przenosiła się tam, gdzie duże grupy ludności były jeszcze poza systemem rynkowym. Dla ludzi funkcjonujących dotychczas w gospodarce z grubsza naturalnej praktycznie każda płaca oznaczała podniesienie standardu. Ale nie na długo. Po 25 czy 30 latach nowe miejsca produkcji się urbanizowały, koszty pracy rosły i fabryki musiały przenosić się dalej.

Tak z grubsza jest dzisiaj w Europie. Produkcja przenosi się na wschód...

To jest proces trwający od 500 lat, a dziś dobiegający końca. Bo żeby mógł się toczyć, muszą gdzieś w zasięgu systemu być ludzie wykluczeni z rynku, których za małe pieniądze można wciągnąć w jego orbitę. Takich ludzi gwałtownie ubywa.

A Chiny, Rosja, Afryka, Ameryka Łacińska?

W Chinach chłopi stanowili niedawno 80 proc., a dziś zaledwie połowę społeczeństwa. W Afryce i Ameryce Łacińskiej ten proces biegnie jeszcze szybciej. W Europie chłopi stanowią jakieś 5 proc. ludności. Za 20 lat specjaliści w Indiach, Chinach i Rosji będą zarabiali tyle co w Stanach i Europie i nie będzie już na Ziemi żadnego wielkiego rezerwuaru taniej, inteligentnej pracy. Podobnie jest z kosztami zaopatrzenia.

Ostatnio raczej słyszymy, że dzięki globalizacji koszty zaopatrzenia spadają, bo można kupować tam, gdzie jest najtaniej.

Otwieranie rynków to jedna z odpowiedzi na stały wzrost kosztów w skali światosystemu. Ale to jest krótka ścieżka, bo nie można znosić barier handlowych bez końca. Tak wiele ich nie zostało, a wciąż przybywa rachunków do płacenia. Przez 500 lat producenci obniżali koszty dzięki temu, że mogli za różne rzeczy nie płacić.

Za co mogli nie płacić?

Są trzy wielkie rachunki, których kapitaliści nigdy nie płacili w całości. Po pierwsze, rachunek za śmieci. Po prostu je wyrzucali: ścieki wylewali do rzek, odpadki zwalali na śmietniska, dym wypuszczali w powietrze. Skutki ich działalności ponosili wszyscy, a oni sami tylko w niewielkim stopniu. Ekonomiści nazywają to eksternalizacją kosztów. Teraz trzeba to wszystko uprzątnąć, a zwłaszcza skończyć z zaśmiecaniem świata. Ktoś musi za to zapłacić. Więc we wszystkich krajach uchwala się prawa zmuszające kapitalistów do internalizacji kosztów. To jest globalny proces, który radykalnie zwiększa cenę funkcjonowania przemysłu. Nawet jeśli jakiś kraj chce tego uniknąć, to wcześniej czy później musi ulec międzynarodowej presji coraz częściej przyjmującej postać rozmaitych traktatów.

Jak protokół z Kioto w sprawie gazów cieplarnianych?

Na przykład. Ale kończy się nie tylko możliwość bezpłatnego zaśmiecania świata. Przemysł nigdy nie pokrywał też kosztów odtwarzania surowców naturalnych. Od 400 lat na wielką skalę wycinamy drzewa. Przedsiębiorcy nie przejmują się tym, że dorzynamy już ostatni na świecie wielki las, czyli Amazonię. Kto ma zapłacić za jej regenerację? Dotychczas obciążało to państwa i podatników. Ale i za to podatnicy nie chcą już płacić. Koszt odtwarzania surowców w coraz większym stopniu muszą brać na siebie ci, którzy z nich produkują.

Ale to też jeszcze nie wszystko. Bo kapitalizm wymaga potężnej infrastruktury, za którą kapitaliści także w całości nie płacili, na przykład za drogi. I tu państwo jest pod presją obywateli, którzy coraz głośniej mówią, że płacić powinien ten, kto czegoś używa. To znów podnosi koszty wytwarzania. Internalizacja kosztów to druga asymptota, która zbliża się do granic wytrzymałości systemu.

A trzecia?

Podatki. Sto lat temu zaczęła się w Ameryce burzliwa debata na temat podatku dochodowego. Po wielkich awanturach doszliśmy wtedy do tego, że najbogatsi Amerykanie, tacy jak Rockefeller, płacili półtora procent swoich rocznych dochodów. Dziś nawet ludzie ubodzy płacą wielokrotnie więcej. W wielu krajach 40- czy 50-proc. podatek uchodzi już za normalny.

Ostatnio słychać głównie o obniżaniu podatków.

To jest wahnięcie trendu, które nie zmienia tendencji.

Dlaczego pan tak sądzi?

Bo w miarę postępów demokratyzacji zwykli ludzie coraz głośniej i skuteczniej wyrażają swoje potrzeby i oczekiwania. Kiedyś oczekiwali głównie bezpieczeństwa i sądu. Potem chleba. Dziś chcą edukacji, opieki zdrowotnej i gwarantowanych dochodów, także w przypadku choroby, starości i bezrobocia. W ciągu stu lat te żądania wzrosły dramatycznie. Udział podatków w ogólnych kosztach produkcji musiał więc także dramatycznie wzrosnąć.

Neoliberalizm tę tendencję odwrócił, od kiedy w latach 70. do władzy doszli Ronald Reagan i Margaret Thatcher.

Raczej ją próbował odwrócić. I nie była to pierwsza taka próba. Podatki przez jakiś czas rosną, potem następuje polityczna reakcja prowadząca do ich obniżenia, a potem znów rosną. Dwa kroki w górę i jeden w dół. W długim okresie mamy więc stały proces obniżania zysków wewnątrz światosystemu.

Problem Stanów Zjednoczonych

To pana zdaniem jest źródło ciągnącej się latami stagnacji?

Stagnacja to jest proces cykliczny. Zgodnie z prawem cykli Kondratieffa, mamy kilkudziesięcioletnie okresy koniunktury, a potem kilkudziesięcioletnie okresy stagnacji. Stagnacja przychodzi i odchodzi, a my mówimy tu o asymptocie historycznego rozwoju całego światosystemu, która tak bardzo zbliżyła się do maksymalnej wartości, że cały system doznaje turbulencji.

Jakich turbulencji?

Niech się pan przyjrzy tak zwanej wojnie z terroryzmem. Ona pokazuje, jak bardzo sprawy wymknęły nam się spod kontroli. W starych dobrych czasach tu i ówdzie mieliśmy rewolucjonistów, w jednym czy drugim kraju zdarzały się zamieszki, powstania czy rewolucje, ale jednak wiedzieliśmy z grubsza, do czego zmierzają przeciwnicy systemu. Dziś wrogowie lub domniemani wrogowie są wszędzie, nikt nie kontroluje systemu, nikt już nie umie istotnie na niego wpływać i nawet nikt już nie rozumie, jak to wszystko działa. Najwybitniejsi ekonomiści nie potrafią przewidzieć, co się stanie jutro. I muszą być zaskoczeni, bo budują prognozy zgodnie z regułami działania światosystemu, który jest już wypierany przez chaos. A chaotycznych zdarzeń przewidzieć się nie da. Przebieg wojny z terroryzmem też jest przecież zupełnie nienormalny. Grupka szaleńców wprawiła w histeryczne drżenie najpotężniejsze mocarstwo i całymi latami gra mu bezkarnie na nosie.

Co tu pańskim zdaniem jest bardziej nienormalne: skuteczność terrorystów czy reakcja Zachodu?

To jest głównie problem Stanów Zjednoczonych – słabnącej hegemonicznej potęgi, która nie rozumie ani swojej własnej sytuacji, ani historycznego kryzysu całego światosystemu. Od 1945 r. do lat 70. Stany Zjednoczone były hegemonem pod każdym względem: najbogatsze, technologicznie najbardziej zaawansowane, z najpotężniejszą armią i dominującą kulturą. W latach 70. Japonia i Europa zaczęły konkurować z nami pod względem gospodarczym, a Rosjanie i Chińczycy pokonali nas w wojnie wietnamskiej. Wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że już jesteśmy zbyt słabi, by być hegemonem. Zaczęliśmy więc prowadzić politykę międzynarodową, której celem było opóźnienie słabnięcia Ameryki. Robiliśmy to w zasadzie przez 30 lat – od czasów Nixona aż do końca prezydentury Clintona. I w dużym stopniu udało nam się opóźnić efekty naszego słabnięcia.

Słabnięcia w jakim sensie?

W każdym. Zwłaszcza ekonomicznie. Świat rozwijał się szybciej, bo nasza produkcja stawała się coraz droższa. W 1945 r. praktycznie wszystko potrafiliśmy wyprodukować tak tanio, że nawet po przewiezieniu do dowolnego kraju kosztowało mniej niż miejscowe. W latach 60. zaczęliśmy importować samochody z Japonii i Niemiec, bo tam robiono je taniej. Słabnięcie gospodarki pociągnęło za sobą osłabienie finansów, więc także armii, na której musieliśmy oszczędzać. Skutek był taki, że od 1945 r. Ameryka nie wygrała ani jednej wojny. Mamy armię najpotężniejszą w świecie, ale już nie dość silną, żeby wygrywać wojny. Kiedy po Wietnamie zdaliśmy sobie z tego sprawę, powiedzieliśmy Japonii i Europie, że teraz będą naszymi partnerami. Stworzyliśmy całą sieć instytucji partnerstwa – Komisję Trójstronną, G7, Davos. Jakoś to wszystko działało. A jednocześnie, żeby utrzymać naszą strategiczną pozycję, zaczęliśmy kampanię na rzecz nierozprzestrzeniania broni atomowej. To też się w dużym stopniu udało. W zamian oferowaliśmy światu ideologię rozwoju. Była dekada rozwoju, organizacja na rzecz rozwoju, pomoc rozwojowa. Ta ideologia twierdziła, że dzięki aktywności państw wspieranych przez Amerykę wszędzie na świecie ludziom będzie się coraz lepiej żyło. To też się w dużym stopniu udało. Wymuszaliśmy prywatyzację, proeksportowy rozwój, zwalczanie korupcji, demokratyzację, globalizację. Jeden kraj po drugim wchodził do tego systemu, także Polska Edwarda Gierka. Wie pan, jaki kraj był w latach 80. podawany za wzór przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy?

Polska?

Jeszcze gorzej. Rumunia! Bo Ceausescu spłacał wszystkie długi. Może to brzmi śmiesznie, ale się sprawdzało. Polityka partnerstwa i powszechnego rozwoju w znacznym stopniu ograniczyła skutki słabnięcia Ameryki. Tylko jednej grupie prawie od początku ta polityka bardzo nie odpowiadała. To byli neokoni (neokonserwatyści). Cały czas twierdzili, że Ameryka nie ma poważnej strategii międzynarodowej i domagali się zasadniczej zmiany, którą wprowadził Bush junior. Jedenasty września dał pretekst do dokonania zwrotu o 180 stopni. Multilateralizm przestał być celem, a stał się przeszkodą. Nawet w Iraku neokonserwatyści nie chcieli mieć żadnych sojuszników, bo ich najważniejszym zamiarem było pokazanie światu, że Ameryka może działać sama.

Jednak koalicja powstała.

Z rozpędu. Ale wystarczyło, że Tony Blair wyraził delikatny dystans wobec amerykańskich planów, by Rumsfeld oświadczył publicznie, że jak Anglicy mają jakieś obiekcje, to Ameryka da sobie radę sama.

I Saddam się o tym przekonał.

Za cenę naszego fiaska. Bo Ameryka nie ma już dość siły, żeby opanować Irak ani żeby podporządkować sobie Europę, ani nawet żeby powstrzymać Koreę i Iran przed zbudowaniem bomby atomowej. Brazylia i Argentyna zaczęły rozważać powrót do nuklearnych programów. W dodatku cały islam zjednoczył się przeciw nam. Wszystko to, co Nixon, Bush senior, Reagan, Clinton skutecznie powstrzymywali, pod władzą neokonów wybuchło ze zdwojoną siłą. Zamiast potwierdzić hegemoniczną potęgę, pokazaliśmy światu całą naszą słabość. Zamiast ograniczać narastający chaos kończącego się światosystemu, jeszcze go pogłębiamy. A ten chaos ma jeszcze to do siebie, że na kryzys światosystemu nakłada się zasadnicza zmiana geopolityczna. Gwałtowny rozwój Chin i Indii, które stanowią jedną trzecią ludzkości, tak czy inaczej zniszczyłby równowagę świata. Kapitalizm może funkcjonować, kiedy 20 proc. ludności radzi sobie stosunkowo dobrze, a 80 proc. stosunkowo źle. Nie może funkcjonować, kiedy dobrze radzi sobie 60 proc., bo wtedy znikają konieczne rezerwy pracy i konsumpcji, a wraz z nimi wartość dodatkowa. Taki układ nie ma prawa działać w świato-systemie, w którym wyrośliśmy wszyscy.

Do Davos czy Porto Allegre?

Co z tego wyniknie?

Coś całkiem innego. Na pewno wiemy tylko, że wyczerpaliśmy te mechanizmy rozwoju, które przez 500 lat pchały nas do przodu. Doszliśmy do rozstajów. Tą drogą dalej już nie zajdziemy, więc trzeba znaleźć inną. Z grubsza widzimy rozwidlające się szlaki, ale nie wiemy, w który z nich skręcimy ani ku czemu będziemy zmierzali.

Co to są za szlaki?

Tego dokładnie nikt nie wie, ale z grubsza coś chyba można powiedzieć. Przez 500 lat światowy system kapitalistyczny rozwijał się i odnosił ogromne sukcesy. Społeczna specyfika tego systemu była hierarchiczna i różnicująca. Jednym wiodło się w tym systemie niesłychanie dobrze, a innym bardzo kiepsko. Różnice między tymi grupami systematycznie rosły. Alternatywą dla systemu hierarchicznego i różnicującego jest system demokratyczny i egalitarny. Przez kilkaset lat próbowaliśmy te dwie logiki pogodzić. Dopóki źródła wzrostu się nie wyczerpały, jakoś się to udawało. System gospodarczy hierarchizował i różnicował ludzi, a system polityczny demokratyzował i egalitaryzował procesy społeczne. Teraz to stało się trudne i na coś trzeba się będzie zdecydować. Ludzie już to widzą albo przeczuwają i jedni próbują skręcić w jedną, a drudzy w drugą stronę. Stąd to napięcie, które widzimy dokoła.

Kiedy to się rozstrzygnie?

Może za 20, a może za 30 lat.

A ci jedni i drudzy dadzą się jakoś nazwać?

Ogólnie można powiedzieć, że jedni są z ducha Davos, a drudzy z ducha Porto Allegre.

Czyli lewica i prawica?

Nie chcę mówić prawica i lewica, bo to są określenia odnoszące się do tego światosystemu, który się właśnie kończy. Nie przypadkiem też mówię o duchu Davos i Porto Allegre, a nie o ideologii, doktrynie, ustroju, bo nie ma żadnych konkretnych projektów. Ale są poszukiwania, których ogólny kierunek wyznacza hierarchiczny, elitarny duch Davos albo demokratyczny, egalitarny duch Porto Allegre, ale nikt nie może przewidzieć, jak ten nowy system będzie wyglądał.

A wie pan, od czego to zależy?

W dużym stopniu od nas. Wyczerpanie systemu stwarza sytuację zmieniającą także równowagę w sporze między deterministami a tymi, którzy wierzą, że bieg spraw zależy od ludzkiej woli. Dopóki system funkcjonuje normalnie, ludzka wola może go moderować, ale te możliwości są bardzo ograniczone przez mechanizmy systemu. Gdy zaczyna się transformacyjny chaos, wola nabiera znaczenia. Od tego, co teraz robimy, zależy dużo więcej niż od tego, co ludzie robili 100 czy 200 lat temu.


Immanuel Wallerstein (ur. 1930 r.), były przewodniczący Międzynarodowego Towarzystwa Socjologicznego (1994–98), jest profesorem uniwersytetu Yale, dyrektorem Centrum Fernanda Braudela na uniwersytecie Binghamton i członkiem Maison des Sciences Humaines w Paryżu. Znany głównie jako autor teorii nowoczesnego światosystemu, czyli systemu społecznego opartego na gospodarce kapitalistycznej, który pięć wieków temu narodził się we włoskich miastach-państwach i stopniowo ogarnął cały świat.

W debacie na temat modernizacji Wallerstein reprezentuje szkołę dependystyczną (zależnościową), dzielącą świat na cztery rodzaje regionów: trzon, półperyferie, peryferie i obszar zewnętrzny. Według tej koncepcji trzon jest motorem innowacji (technicznych, organizacyjnych, politycznych, kulturowych) i czerpie z nich korzyści przechwytując wartość dodatkową wypracowywaną na peryferiach, gdzie przekazuje gasnące technologie i prostsze, mniej dochodowe prace, podczas gdy półperyferie próbują z różnym powodzeniem imitować, a czasem też gonić regiony należące do trzonu. Według dependystów trzon stanowią dziś Europa Zachodnia, Ameryka i część Azji Południowo-Wschodniej. Polska (podobnie jak Brazylia i RPA) należy do półperyferii. Część ekonomistów uważa, że globalizacja gospodarki prowadzi do polaryzacji świata i likwidacji regionów półperyferyjnych. Ich zdaniem w ciągu kilkudziesięciu lat jedne z nich dołączą do trzonu, a inne obsuną się ku statusowi peryferyjnemu.

Z kilkudziesięciu książek Wallersteina (najgłośniejsza to trzytomowa „The Modern World-System”) w Polsce ukazała się tylko jedna: „Koniec świata jaki znamy” (wyd. Scholar, Warszawa 2004).

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj