Restauracja Rybna ****
Adres: Warszawa, ul. Foksal 10

W tym domu przy ulicy Foksal mieścił się przed laty Dom Kultury Radzieckiej. Niektórzy chodzili tam na imprezy organizowane dla zadzierzgnięcia więzów przyjaźni. Inni, więzom niechętni, omijali sale koncertowe i bibliotekę, by wylądować na samej górze w restauracji i rozkoszować się smakiem gryczanych blinów z kawiorem. Tak wzmocnieni czarną lub czerwoną ikrą siewriugi lub osietriny (oczywiście, podlaną kilkoma kieliszkami mocno zmrożonej Stolicznej) chyłkiem wymykali się z budynku, by dalej podważać podwaliny przyjaźni polsko-radzieckiej.

Dziś w piwnicach budynku – można też powiedzieć, że w kazamatach – mieści się Restauracja Rybna, która nie ma żadnego związku z byłym Związkiem. Kilka stopni w dół i goście znajdują się w piwnicy ciągnącej się pod całym rozległym budynkiem. Niezwykle grube mury pozwalają domyślać się, że stał tu przed wieloma laty solidny pałac lub potężna kamienica. Adres Foksal 10 to był naprawdę dobry adres.

W kilku salach może pomieścić się jednocześnie około 80 gości. Jest też wnęka, w której znajduje się tylko jeden solidny stół dla sześciu osób. Tam usiedliśmy, mając miły dla smakosza widok na spore akwarium, w którym z godnością poruszały się okazałe homary. Zaś za ladą długiego bufetu przygotowywał się do pracy sympatycznie uśmiechnięty Japończyk – mistrz sushi.

Z bogatej karty wybraliśmy parę zaledwie dań. A były to: carpaccio z łososia, pasztet z morskich ryb, carpaccio ze szczupaka, świeże sardynki z rusztu, zupa rybna, krem z raków i (z okazji Wielkanocy) żurek z jajkiem. Spałaszowaliśmy z dań głównych doradę z pieca, suma na szpinaku, sandacza smażonego. Nieco sfatygowani zamówiliśmy skromne desery: creme brule oraz owoce pieczone w kremie migdałowym. O wodach mineralnych i kawie też nie zapomnieliśmy. Cały ten skromny i postny – jak każe tradycja – posiłek kosztował 287 zł. Jak na Warszawę, to cena nie nadmiernie wysoka.

Zupy były poprawne, choć jedliśmy je bez szczególnego nabożeństwa. I rybna, i rakowa mogłyby być nieco bardziej esencjonalne. Cieszyć podniebienie silniejszym, a to rybnym, a to rakowym smakiem. Żurek był doskonały.

Wszystkie cztery przekąski – o klasę lepsze od zup. Sardynki z grilla zadowoliłyby najsubtelniejszego Portugalczyka, a tam, w Lizbonie i okolicach, są one przecież w stałym repertuarze. I carpaccio, i pasztet z ryb morskich też nas zachwyciły. Trzy dania rybne wyglądały na talerzach niezwykle efektownie i świadczyły o wysokim kunszcie szefa kuchni. Doradę upiekł tak, że pachniała pięknie, wyglądała na zadowoloną z zetknięcia z ogniem piekarnika, a jednocześnie nie była wysuszona. Sum na szpinaku nie odstraszał tłuszczem, którym ryba ta, wzięta w obroty przez niedouczonego kuchcika, może ociekać, a smak miał nad wyraz subtelny. Tyle samo słów pochwały można powiedzieć o prostym, a przez to trudnym w wykonaniu, smażonym sandaczu. Nie ma już miejsca na zachwyty nad deserami, a oba były wyrafinowane i dobre.

Nie żałujemy tych dwóch godzin spędzonych w kazamatach przy Foksal.

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj