Historia PRL. Gra z komunistami pod znakiem krzyża
Nie współrządzić i nie kłamać
Andrzej Micewski był cenionym publicystą i historykiem – to wiedzieliśmy; chciał też być graczem w pierwszej lidze politycznej PRL – to wynika z ujawnionych ostatnio akt SB. Przypadek ten stawia generalne pytanie: czy opłacało się pod znakiem krzyża wejść do gry z komunistami? Bo nie ulega wątpliwości, że ta polityczna pokusa stanęła przed wieloma działaczami katolickimi w kilku legalnych organizacjach.
Andrzej Micewski
Quaschinsky, Hans-Günter/German Federal Archive

Andrzej Micewski

O Micewskim (1926–2004) zrobiło się głośno, kiedy niedawno ujawniono, że współpracował z bezpieką. Ta współpraca była mu potrzebna do gry, którą chciał prowadzić z ówczesną władzą. A do tego służyło mu Stowarzyszenie Pax, w którym działał. Nie tylko jemu – także innym działaczom, na czele z założycielem i wieloletnim wodzem Bolesławem Piaseckim. Ale ta gra z partią komunistyczną stawiała przed tymi, którzy chcieli w nią wejść, fundamentalne pytanie. Po latach sam Micewski sformułuje je w tytule głośnej książki: „Współrządzić czy nie kłamać?”.

Czy w Polsce komunistycznej była możliwa jakaś polityka katolicka i jaka? Ten dylemat – jak katolik ma się zachować wobec Polski pojałtańskiej – stanął i przed świeckimi, i księżmi, przed Kościołem i całym społeczeństwem katolickim.

Zaraz po wojnie część Polaków walczyła z bronią w ręku z nowym systemem, część próbowała opozycji legalnej, póki to było możliwe, inni poparli nowy ustrój, a ich liczba rosła w miarę, jak komuniści umacniali się u władzy. Na pytanie o granice kompromisu padły różne odpowiedzi, ale ten zasadniczy dylemat towarzyszył – raz ostrzej, raz łagodniej – przez prawie pół wieku Polski Ludowej wszystkim niekomunistom, którzy nie wybrali emigracji wewnętrznej, a chcieli działać politycznie lub społecznie, lecz niekoniecznie w podziemiu.

W lipcu 1945 r. abp Adam Sapieha, metropolita krakowski, apelował do Polaków o solidarność narodową, umiar i rozwagę: „Nawet szlachetne porywy, ale nie dosyć rozważne, kierowanie się niezdrową miłością własną lub ciasnymi partyjnymi względami mogą sprowadzić na kraj ciężkie straty”.

W tym kierunku szedł utworzony pod opieką kurii krakowskiej „Tygodnik Powszechny”, a także zaprzyjaźniony z nim ideowo miesięcznik „Znak”. Jerzy Turowicz, ojciec założyciel tego krakowskiego środowiska katolicko-społecznego, pisał, że nie ma powrotu do ustroju przedwojennego i katolicy mają prawo, a nawet obowiązek, pracy na rzecz dobra wspólnego w powojennej rzeczywistości, byle tylko praca ta nie łamała zasad chrześcijańskiej etyki społecznej.

„Tygodnikowi” chodziło o nastawione na długie lata powstrzymywanie ofensywy komunizmu zwłaszcza w kulturze i życiu umysłowym. Środowisko to – jedyne, jakie funkcjonuje nieprzerwanie i aktywnie po dziś dzień – przyciągało do siebie tę część inteligencji katolickiej, która nie wierzyła, że wybuchnie III wojna światowa, że gen. Władysław Anders (naczelny wódz Polskich Sił Zbrojnych, potem przywódca polityczny emigracyjnych środowisk wojskowych, dla wielu symbol wolnej Polski) przybędzie na czele armii wyzwoleńczej, a Sowieci i komuniści znikną jak zły sen. Ludzie „Tygodnika” i „Znaku” bronili praw Kościoła, wolności religii i kultury, polemizowali z marksizmem i nacjonalizmem, ale unikali otwartej konfrontacji politycznej z reżimem.


Oficjalne deklaracje komunistów nie brzmiały początkowo konfrontacyjnie względem Kościoła i wierzących. Nie ograniczano swobód religijnych, radio nadawało audycje katolickie i transmitowało msze, prezydent Bolesław Bierut, ministrowie i generalicja chodzili pod ramię z biskupami w procesjach. Kościół instytucjonalny obserwował nową władzę, sondując jej prawdziwe zamiary. Ale ze swej strony też unikał konfrontacji, ciskania gromów na bezbożny bolszewizm.

W homilii z jesieni 1945 r. prymas August Hlond zapewniał, że „Polska katolicka, polski lud katolicki nie uchyla się od żadnej ofiary dla dobra Rzeczypospolitej. Chętnie poręcza swój obywatelski udział w budowie życia państwowego, ale stoi na stanowisku, że polska rzeczywistość zbiorowa powinna pod względem moralnym odpowiadać tej rzeczywistości duchowej, którą Naród nosi w sercu. Nie lękamy się ani nowoczesności, ani przemian społecznych, ani ludowej formy rządów, o ile uszanowane zostaną zasady niezmiennej moralności chrześcijańskiej. Chcemy, by Polska była krajem najbardziej postępowym, najkulturalniejszym i przykładamy do tego ręki.

Chcemy współpracować z poczucia katolickiego nad wprowadzeniem takiego ustroju społecznego, w którym by nie było ani przywilejów, ani krzywdy, ani proletariatu, ani bezrobotnych, ani głodnych, ani bezdomnych i by w polskiej społeczności narodowej, zorganizowanej wedle nakazów sprawiedliwości i miłości bliźniego, każdy obywatel miał możność uczciwą pracą zapewnić sobie i rodzinie byt godny człowieka”.

Jak w Krakowie powstało środowisko „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, tak w Warszawie do tej programowej homilii prymasa Hlonda nawiązywało środowisko „Tygodnika Warszawskiego”.

Kto wie, jak potoczyłaby się powojenna historia Polski, gdyby komuniści zamiast walczyć z Kościołem i katolicyzmem, potrafili znaleźć formułę cywilizowanej koegzystencji. Ale to by oznaczało, że komunizm nie jest totalitaryzmem, dążeniem do pełnej kontroli życia społecznego, tylko formą demokracji, a tak nigdy w dziejach realnego komunizmu nie było.

Do 1956 r. państwo, zawłaszczone już całkowicie przez partię komunistyczną, zniszczyło wszelką zorganizowaną opozycję polityczną, w tym środowiska chrześcijańsko-demokratyczne ze Stronnictwem Pracy, które mogłyby, gdyby było im to dane, działać w duchu programowej homilii prymasa Hlonda. Jego następca prymas Stefan Wyszyński, przed wojną kapelan chadeckich związków zawodowych, był też daleki od idealizowania Polski międzywojennej, ale dostrzegał totalitarne zagrożenia, jakie ani społeczeństwu, ani Kościołowi w II RP nigdy nie zajrzały w oczy.

Z nastaniem stalinizmu na placu boju pozostał właściwie już tylko Kościół jako ostatnia wielka niezależna instytucja społeczna. Ale w totalitarnej fazie lat 50. prymas Wyszyński nie miał jednak zbyt wielu „dywizji”. Władze montowały przeciwko niemu dywersję polityczną nawet w samym duchowieństwie. Tak zwani księża patrioci (w sumie ok. 1500) wysyłali telegramy do prezydenta Bieruta z okazji jego urodzin, potępiali imperialistów amerykańskich i kolegów duchownych skazywanych w fingowanych procesach o szpiegostwo, pisali donosy, wciskali się do struktur władzy kościelnej. Do aktywnej współpracy z władzami namawiał księży Andrzej Micewski, wówczas sekretarz tzw. Komisji Intelektualistów i Działaczy Katolickich, od początku współpracownik Bolesława Piaseckiego.

Prymas Wyszyński prowadził Kościół w tej skrajnie trudnej sytuacji ostrożnie, ale pewnie. Narażając się Watykanowi, podpisał w 1950 r. bezprecedensowe porozumienie z rządem komunistycznym, regulujące status Kościoła w zamian za uznanie pryncypiów nowego ustroju. Gdy jednak władze zażądały w 1953 r. decydującego wpływu na obsadę stanowisk kościelnych (co jest prerogatywą hierarchii z papieżem na czele), prymas uznał, że to jest granica nieprzekraczalna i odmówił (słynne „non possumus”, czyli [tego zrobić] nie możemy), wkrótce potem został internowany.


Z punktu widzenia katolików sprawy sięgnęły dna. Na kogo mógł liczyć Kościół? „Tygodnik Warszawski” został zlikwidowany już w 1948 r. Część redaktorów i autorów aresztowano. Jeden z nich, ks. Zygmunt Kaczyński, dostał wyrok 10 lat i zmarł w więzieniu. Ale represje spadły i na „Tygodnik Powszechny”, kiedy odmówił druku panegiryku na cześć Stalina po jego śmierci w marcu 1953 r. Pismo zamknięto, a następnie przekazano – pod tym samym tytułem i z ciągłą numeracją, jakby nigdy nic! – ekipie redaktorów Paksu – jedynego zorganizowanego środowiska katolickiego dobrze widzianego przez władze. Jego twórca Bolesław Piasecki był wyraźnie na fali. Tylko te dwa ruchy katolicko-społeczne – Paksu i „Tygodnika”/„Znaku” trwały od początku do końca komunizmu w Polsce. Ruch Znaku zapisze się w historii powojennej znacznie lepiej niż Pax, ponieważ postawił trafniejszą diagnozę sytuacji i nie popełnił zasadniczego moralnego błędu – nie chciał grać za wszelką cenę.

Historia Piaseckiego (1915–1979) jest niesamowita. Przed wojną faszyzujący działacz Falangi i Obozu Narodowego-Radykalnego („Jest ONR-u spadkobiercą Partia”, napisze po wojnie Czesław Miłosz) i z tego powodu więzień polityczny Berezy Kartuskiej, podczas okupacji dowódca partyzantki Konfederacji Narodu. Pod koniec wojny aresztowany przez stalinowskie NKWD. Nie miał prawa wyjść z tego żywy, choćby dlatego, że program konfederatów Piaseckiego był antysowiecki. A jednak wyszedł i rok później miał już w Polsce własną gazetę, tygodnik „Dziś i Jutro”, i przyzwolenie na budowę organizacji katolickiej.

W 1990 r. prof. Andrzej Garlicki ogłosił w „Polityce” (nr 26) odnaleziony w archiwach PZPR memoriał Piaseckiego, który powstał w niewoli NKWD jako owoc wielogodzinnych rozmów ze śledczymi generała tajnej policji sowieckiej Sierowa (to on podstępnie aresztował szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, skazanych później w osławionym pokazowym procesie politycznym w Moskwie). Dokument zawiera zalążek doktryny Piaseckiego: „Teza [promoskiewskiego] Rządu Tymczasowego ścisłego sojuszu z Rosją jest i moją tezą. (...) Chcę całą siłą mego ducha wziąć udział w przeprowadzeniu rewolucyjnej przemiany życia społeczeństwa polskiego. Chcę budować Polskę prawdziwej demokracji, Polskę rządzoną i tworzoną przez masy pracujące. Chcę z Wami budować w rzeczywistości szklane domy, o których marzył Żeromski”.

Z memoriału wynika, że w Piaseckim, przez siedem miesięcy więziennych rozmyślań, zaszła wyjątkowo głęboka przemiana: z antysowieckiego romantyka-nacjonalisty zrobił się sprzymierzeńcem nowego reżimu i uwierzył w jego retorykę rewolucji społecznej i modernizacji. Ale takie cudowne przemiany i nawrócenia pod wpływem przesłuchań tak naprawdę zdarzają się rzadko i mało prawdopodobne, by NKWD dało temu wiarę. Musiał być jakiś inny konkretny powód, który uratował Piaseckiemu życie. Być może był nim fakt, że Piasecki miał obycie polityczne i mógł wywrzeć na NKWD wrażenie, że przyda się nowym władzom w rozgrywce w Polsce. Za wolność zapłacił więc obietnicą współpracy w budowie i utrwalaniu systemu komunistycznego.

I program ten istotnie wykonywał jako szef Paksu, który pod jego twardymi rządami wyrósł w ciągu ponad 20 lat na swoiste imperium, obejmujące wielotysięczną organizację krajową, z posłami w Sejmie, cenionym wydawnictwem książkowym i prosperującym zapleczem gospodarczym. Sam Piasecki został w latach 70. członkiem Rady Państwa, dekoracyjnej namiastki urzędu prezydenta. Nie wypadł całkiem z łask, choć politycznie dużo bliżej było mu do autorytarnego w drugim okresie swych rządów Gomułki niż do jego następcy „kosmopolity” Gierka. Nowa ekipa pozwoliła mu nawet pojechać na rozmowy z towarzyszami radzieckimi do Moskwy, co było gestem wyjątkowym.

Andrzej Micewski jeździł z kolei w poufnych misjach politycznych do Niemiec zachodnich. W jakimś stopniu Pax służył za jeden z kanałów kontaktowych, tylko nie całkiem było jasne – do czego i komu? Całej partii czy jakiejś jej frakcji, a może tajnym służbom? Bo Kościołowi chyba najmniej (paksowska doktryna kolaboracji z komunistami trafiła na indeks ksiąg zakazanych, a prymas Wyszyński nie aprobował współpracy duchownych z organizacją Piaseckiego).

Piasecki marzył o tym, że pewnego dnia Pax, dzieło jego życia, stanie się samodzielną siłą polityczną, równoprawnym partnerem komunistów. Ale było to całkowicie nierealne. Tak uważa Krzysztof Kozłowski, minister spraw wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego (1989–1990) i wieloletni senator III RP, od półwieku redaktor i publicysta „Tygodnika Powszechnego”. – Pax był jedną z najgorszych szkół myśli politycznej w historii Polski. Jedynym człowiekiem wywodzącym się z Paksu, po którym to obłędne i zgubne myślenie spłynęło jak po kaczce, był Tadeusz Mazowiecki. Paksowiec Konstanty Łubieński oczekiwał, że w zamian za pełną akceptację realnego socjalizmu z wszystkimi tego praktycznymi konsekwencjami komuniści uznają katolicyzm polityczny w wydaniu paksowskim za byt autonomiczny. Pax akceptował socjalizm na każdym kolejnym etapie historycznym. Jako student na KUL widziałem, jak członkowie Paksu jeździli agitować chłopów za kolektywizacją energiczniej niż komuniści. Pax nigdy się nie sprzeciwiał władzy, nie umiał powiedzieć „nie”.

Owszem, podczas karnawału 15 miesięcy wolności po Sierpniu 1980 r. Pax ostrożnie, ale jednak stanął po stronie samoograniczającej się rewolucji Solidarności, a ówczesny szef stowarzyszenia Ryszard Reiff, człowiek o biografii równie burzliwej jak Piaseckiego, głosował jako jedyny członek Rady Państwa przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. „Po delegalizacji Solidarności pragnąłem użyć struktur Paksu, aby stały się czynnikiem dialogu” – napisze po latach Reiff, ale po 13 grudnia 1981 r. wnet stracił on władzę nad Paksem. Imperium stworzone przez Piaseckiego zaczęło się zapadać w niebyt polityczny, a dziś wegetuje jako charytatywne Civitas Christiana, choć materialnie ma się pewno nadal dobrze dzięki płynowi do mycia Ludwik, którego producentem jest należąca do stowarzyszenia firma Inco Veritas. – Pax do 1956 r. był jedyną organizacją katolików świeckich w PRL – mówi historyk opozycji prof. Andrzej Friszke, wieloletni członek środowiska „Więzi”. – Służył do przeciągania ludzi wierzących na pozycje akceptacji PRL i komunizmu oraz przeciwstawiania się katolickim „siłom reakcji”. Miało to doprowadzić do rozłamu w Kościele.

Dodatkowo chodziło o danie odporu liberalnym nowinkom w Kościele i życiu umysłowym. O kulturze i polityce na Zachodzie paksowska prasa pisała podobnie agresywnie jak dziś prasa typu „Nasz Dziennik”. Pax był nie tylko instrumentem partii w jej grze o zapanowanie nad Kościołem i katolikami, ale także przechowalnią ksenofobicznego nacjonalizmu. Ryszard Reiff zaznacza we wspomnieniach, że w Paksie usiłowano pielęgnować etos akowski. Być może, ale za Piaseckiego, czyli prawie do końca, wychodziło zawsze jakoś tak antysemicko i antydemokratycznie, pachniało ONR.


Na tym tle ostrzej widać było specyfikę orientacji znakowskiej. To była realna szansa i na stworzenie pomostu służącego kontaktom państwo–Kościół i na poszerzenie społecznej bazy dialogu po Październiku 1956 r. Ekipie Gomułki chodziło wtedy o zalegalizowanie środowiska, które byłoby wiarygodne w Europie Zachodniej, mogło być przykładem odmienności polskiego wariantu komunizmu. Te plany i nadzieje dość szybko się rozwiały.

Ruch Znaku nie spełnił oczekiwań partyjnych łaskawców, że w zamian za możliwość legalnego i dość autonomicznego działania będzie żyrował politykę partii i państwa, zwłaszcza wobec przywódców Kościoła z Wyszyńskim na czele, jak czynił to zawsze lojalny Pax. – Po dojściu do władzy Edwarda Gierka (1970) rola środowisk katolickich w polityce PZPR bardzo spadła – zauważa prof. Friszke – gdyż ustanowiono bezpośredni kontakt z episkopatem. Niemniej jednak Kościół uważał środowiska Znaku, KIK (klubów inteligencji katolickiej), „Tygodnika Powszechnego” za część swego stanu posiadania, czego sygnałem było m.in. przydzielanie tym instytucjom tzw. księży asystentów kościelnych (czego odmawiał Paksowi).

Tylko te środowiska uchodziły w oczach episkopatu za katolickie (dlatego prasa paksowska nazywała się prasą katolików, a nie katolicką) i tylko nad nimi Kościół roztaczał swoisty parasol ochronny, nawet jeśli hierarchowie nie podzielali tej czy innej oceny politycznej w dyskusjach z liderami ruchu Znak. – Byłoby krzywdzące powiedzieć o prymasie Wyszyńskim – stwierdza Krzysztof Kozłowski – a także o ruchu Znak, że ich wzajemne stosunki sprowadzały się do świadczenia usług politycznych. Wyszyński miał sprawy społeczne we krwi i dlatego bardzo mu zależało na obecności katolików w życiu publicznym w takich przyczółkach jak KIK czy „Tygodnik Powszechny”. Mógł krytykować, mógł się krzywić, ale bardzo te przyczółki cenił.

Tu ujawniała się też zasadnicza różnica z Paksem: Znak nigdy nie był kryptopartią polityczną i nigdy nie stawiał sobie takich celów. Nigdy też nie usiłował wpływać tak jak Pax na episkopat czy samego Wyszyńskiego. Friszke: – Znak dbał, by dyskutując z prymasem nie wejść z nim w konflikt, a jeśli do konfliktu jednak dochodziło, to nigdy intencjonalnie i zaraz potem szukano zeń wyjścia i pojednania. Spory z prymasem były autentyczne, dotyczyły tempa wprowadzania reform soborowych, ale bardzo dbano, by nie ześlizgiwać się na płaszczyznę prorządową i antyprymasowską i zachować wewnątrzkościelny charakter tych dyskusji.

Maciej Łętowski, publicysta i prawnik, związany przed laty ze środowiskiem paksowskiego secesjonisty Janusza Zabłockiego, patrzy dziś na dawnych rywali w boju o sumienia polskich katolików prawie jak na towarzyszy wspólnej sprawy i walki. – Środowiska Znaku były ceną, jaką partia musiała zapłacić Kościołowi hierarchicznemu za ograniczone poparcie po Październiku. Koło poselskie Znak, wydawnictwo Znak, KIK, to był fenomen niespotykany w żadnym kraju komunistycznym. Od 1956 r. do 1976 r., do powstania jawnej zorganizowanej opozycji, stanowiły one to, co profesor Ehrlich – nauczyciel braci Kaczyńskich, prof. Winczorka i mój – nazwał enklawą pluralizmu w niepluralistycznym świecie.

Kiedy komuniści z powrotem zaostrzyli kurs wobec Kościoła, a jednocześnie próbowali „spaksować” ruch znakowski, tak zwany stary Znak (dla odróżnienia od grupy Zabłockiego, nazywanej neo-Znakiem, która, w ocenie Krzysztofa Kozłowskiego, zatrzymała się politycznie między Paksem a Znakiem) salwował się współpracą z powstającą opozycją demokratyczną, co zwiększyło jego suwerenność, ale zmniejszyło możliwości legalnego oddziaływania – uważa Łętowski. – Pozytywne w działalności Znaku i neo-Znaku było to, że stanowiły one przechowalnie i wylęgarnie kadr, które odegrały ponadprzeciętną rolę w Solidarności. Warto też pamiętać o licznych czytelnikach „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku”, „Więzi”, „Chrześcijanina w świecie”, „Ładu” – warto było zabiegać u władzy o koncesje wydawnicze i nosić artykuły do cenzury.

W nekrologu Andrzeja Micewskiego pisał prof. Friszke: „Micewski nie zamierzał poprzestać na publicystyce, miał ambicje odegrania roli politycznej. Dostępny dla działacza katolickiego w PRL próg obejmował – w najlepszym wypadku – posiadanie własnego pisma i jednego z kilku zawarowanych dla działaczy katolickich foteli w Sejmie” plus – dodajmy – ewentualnie fotel członka Rady Państwa (Zawieyski, Reiff; Zabłocki był członkiem Rady Konsultacyjnej przy gen. Jaruzelskim). Micewski miał nawet zaufanie prymasa Glempa, ostatni szef PZPR i premier PRL Mieczysław Rakowski proponował mu tekę w rządzie. Odmówił, ale i w wolnej Polsce też nie zrobił wymarzonej kariery – pamiętano mu, że nie wierzył ani w szanse demokratycznej opozycji, ani podziemnej Solidarności i w tym duchu doradzał Kościołowi i władzy przed Okrągłym Stołem. Jest w tym życiorysie gracza Micewskiego coś symbolicznego.


Daje do myślenia, komu historia przyznała rację – romantykom i moralistom czy pozytywistom i pragmatycznym graczom? (A byli oni we wszystkich organizacjach katolickich). Bilans tak długiej i dziwnej epoki wydaje się – mimo kolejnych zakrętów i wszelkich komplikacji – dość wyraźny. Maciej Łętowski: – Historia przyznała oczywiście rację środowisku Mazowieckiego i Turowicza, które lepiej potrafiło odczytać mądrość etapu dziejowego.

Dla Friszkego najważniejszy w bilansie jest dorobek kulturalny środowisk „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku”, „Więzi”: – Dzięki tej propozycji intelektualnej nie ma dziś ostrego podziału na kulturę katolicką i świecką. Idee kulturalne katolickie przeniknęły do środowisk, które mogłyby być teoretycznie programowo ateistyczne. To bardzo ważny ruch współczesnej kultury polskiej. Dojrzałość polityczna tego ruchu – dziś tak często, a bez sensu kwestionowana – była atutem, który ogromnie ułatwił wygranie przez Polskę szansy, jaka nadeszła pod koniec lat 80. Mam na myśli przede wszystkim Znak, ale także niektóre środowiska Paksu i pojawienie się ludzi, którzy przychodzili do Paksu jako do jedynej dostępnej w wielu miastach organizacji katolickiej; ciekawa była też ewolucja Ryszarda Reiffa, jednego z przywódców Paksu od początku.

To Reiff zdobył się na romantyczny gest głosowania przeciwko stanowi wojennemu. Pięć lat wcześniej podobny gest wykonał – trochę wbrew swojej własnej politycznej filozofii neopozytywizmu – poseł Znaku Stanisław Stomma, wstrzymując się od głosowania nad przyjęciem kompromitujących poprawek do konstytucji PRL. – Taktyki, koncepcje, doktryny mogą być lepsze czy gorsze – mówi Krzysztof Kozłowski – decydujące znaczenie ma to, czy w człowieku, w działaczu, jest twardy rdzeń, dzięki któremu w pewnym momencie umie on twardo powiedzieć „nie”. My, „Tygodnik”, Znak, KIK, mieliśmy PRL za rzeczywistość niechcianą, ale realną, a za cel – zmianę sposobu myślenia, a nie wejście do układu władzy, na czym tak obłędnie zależało Paksowi Piaseckiego, że zrobił dogmat z tego, by zawsze, za każdą cenę, być na fali; że żyjesz, póki jesteś w grze, że musisz grać zawsze i wszędzie. Otóż my nigdy nie chcieliśmy współrządzić, chcieliśmy być legalną opozycją, zdając sobie sprawę z wszystkich tego ograniczeń w państwie zmonopolizowanym przez PZPR, cenzurę i SB.

W tej opowieści o dylematach katolików w państwie komunistycznym krzepiące jest to, że wygrali ci, którzy odrzucili pokusę współrządzenia i wybrali życie w prawdzie. Ale jest i memento: część tych pokus staje przed obywatelami w demokracji. Zatem uważajmy.

Katolicki minipluralizm w państwie monopartii

Stowarzyszenie Pax. Organizacja założona przez Bolesława Piaseckiego na bazie środowiska „Dziś i Jutro”, do Października 1956 r. próbująca zmonopolizować katolicyzm społeczny i odgrywać rolę łącznika między Kościołem a władzami komunistycznymi. Wydawca książek i prasy (jedyny w obozie radzieckim dziennik z szyldem katolickim „Słowo Powszechne”). Wodzowski i antyreformatorski styl rządów Piaseckiego doprowadził do rozłamów na tle stosunku do kryzysów politycznych w PRL. W połowie lat 50., w okresie gomułkowskiej odwilży październikowej, odeszli m.in. Tadeusz Mazowiecki, Janusz Zabłocki, Konstanty Łubieński i Andrzej Micewski. Tuż po upadku PRL Pax liczył ok. 30 tys. członków, organizacja poparła rząd Mazowieckiego. Ryszard Reiff (ur. 1923), który jako członek Rady Państwa głosował przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r., był w wolnej Polsce senatorem i wieloletnim prezesem Związku Sybiraków.


Polski Związek Katolicko-Społeczny, PZKS. Organizacja utworzona w 1980 r. na fali odwilży solidarnościowej przez działaczy katolickich, m.in. byłych paksowców Janusza Zabłockiego i Konstantego Łubieńskiego. PZKS wchłonął działający wcześniej Ośrodek Studiów i Dokumentacji Społecznej Zabłockiego. Z tym środowiskiem związany był tygodnik „Ład”, którym kierowali m.in. Zabłocki i Maciej Łętowski. PZKS nazywano neo-Znakiem, bo rywalizował politycznie z ruchem Znak i zastąpił w Sejmie jego reprezentację.

Znak. Środowisko działaczy katolickich skupionych wokół założonych w 1945 r. w Krakowie „Tygodnika Powszechnego” i miesięcznika „Znak”. Po przełomie 1956 r. do ruchu przyłączyła się grupa działaczy Paksu, którzy byli w opozycji do Piaseckiego. W 1957 r. 10-osobowa reprezentacja Znaku znalazła się w Sejmie PRL: m.in. pisarze Jerzy Zawieyski i Stefan Kisielewski oraz Stanisław Stomma. Podczas antysemickiej i antydemokratycznej kampanii władz w marcu 1968 r. posłowie Znaku złożyli interpelację w tej sprawie. Szykanowany Zawieyski ustąpił wtedy z Rady Państwa, w której zasiadał od 1957 r. W 1969 r. Koło Znak liczyło 5 posłów, m.in. Tadeusz Mazowiecki i Stanisław Stomma. W lutym 1976 r. Stomma jako jedyny w Sejmie wstrzymał się od głosu podczas uchwalania poprawek do konstytucji PRL. W rewanżu władze wymieniły skład Koła Poselskiego Znak, zachowując nazwę; Stomma musiał odejść, wszedł m.in. Ryszard Bender. W 1981 r. koło to, nie mające już nic wspólnego z ruchem Znak, funkcjonowało w Sejmie jako koło PZKS.

Ruch Znak, poszerzony pod koniec lat 50. o środowisko warszawskiego miesięcznika „Więź” (wieloletni redaktor naczelny – Tadeusz Mazowiecki) i Kluby Inteligencji Katolickiej (w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Toruniu), popierał reformy soborowe w Kościele, od połowy lat 70. opozycję demokratyczną, a od 1980 r. Solidarność. Ludzie Znaku włączyli się w negocjacje Okrągłego Stołu (które ze strony opozycyjno-solidarnościowej otwierał Jerzy Turowicz, założyciel i redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” w latach 1945–1953 i od 1956 r. do śmierci w 1999 r.) i przemiany ustrojowe po 1989 r. Do rządu Tadeusza Mazowieckiego weszli m.in. Krzysztof Kozłowski i Henryk Woźniakowski ze środowiska „Tygodnika Powszechnego”.


Kluby Inteligencji Katolickiej, KIK. Ruch katolickiej inteligencji, który powstał na fali liberalizacji politycznej po Październiku 1956 r. Państwo nie zgodziło się na rejestrację ogólnokrajowego Klubu Postępowej Inteligencji Katolickiej, a tylko pięciu odrębnych klubów w dużych miastach. Od lat 70. współpracowały z działaczami opozycji demokratycznej w obronie represjonowanych robotników i w ogóle praw człowieka; w sierpniu 1980 r. działacze KIK zostali doradcami strajkujących na Wybrzeżu. W okresie odwilży posierpniowej powstało kilkadziesiąt nowych klubów, rozwiązywanych potem po ogłoszeniu stanu wojennego. Działacze ruchu kikowskiego – m.in. Stanisława Grabska, Tadeusz Mazowiecki, Jerzy Turowicz, Andrzej Wielowieyski, Juliusz Braun – włączyli się w proces pokojowego przejścia do demokracji.


Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne. Niewielka organizacja skupiająca katolików i chrześcijan innych wyznań akceptujących bez żadnych zastrzeżeń realia PRL, założona przez byłych działaczy Paksu i przekształcona w III RP w Unię Chrześcijańsko-Społeczną Akcja Ekumeniczna z prezesem Kazimierzem Morawskim. 

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj