Dziecięctwo odkryliśmy całkiem niedawno
Koszmary Piotrusia Pana
Przez wieki całe dziecko było po prostu nieudanym dorosłym, istotą słabą i pozbawioną własnego ja. Ale gdy kultura odkryła i zaczęła eksploatować ten wątek ludzkiego życia, to tak intensywnie, że dziś padają pytania typu: „Czy Piotruś Pan jest niewinną opowiastką, czy pedofilskim koszmarem?”.
Dziecko w nas
Tina Jiménez/Flickr CC by SA

Dziecko w nas

Piotruś Pan - rzeźba w londyńskim parku
pfig/Flickr CC by SA

Piotruś Pan - rzeźba w londyńskim parku

Teza, że sposób rozpoznawania okresów ludzkiego życia może być związany przede wszystkim z kulturą, a nie z naturą i biologią, wydaje się na pierwszy rzut oka szalona. A jednak współczesna humanistyka z uporem pozostaje przy kulturowym ujęciu nie po to, by zaprzeczać biologicznym oczywistościom (choć i to się zdarza). Chodzi przede wszystkim o to, by uchwycić widoczną w dłuższych okresach historii zmienność podstawowych pojęć i relatywność sposobu widzenia etapów ludzkiego życia. Mają więc swoją historię i starość, i dzieciństwo, i miłość, choć wydaje się, że nie ma nic bardziej oczywistego i naturalnego niż być dzieckiem, zakochać się, mieć dzieci czy wreszcie zestarzeć się. A jednak te podstawowe wyznaczniki ludzkiego życia okazują się relatywne. Jeszcze w „Annie Kareninie” mówi się o tej nowej zadziwiającej modzie: na małżeństwo z miłości. Przed XIX w. sentymentalny związek dwojga nie był uznawany za konieczny warunek założenia rodziny.

Philippe Ariès, autor przetłumaczonej i w Polsce (w 1999 r.) „Historii dzieciństwa”, pokazuje, jak świadomość dzieciństwa jako odrębnego okresu życia kształtowała się powoli, z trudem torując sobie drogę. „Stare, tradycyjne społeczeństwo” miało małe pojęcie o dzieciństwie, a jeszcze mniejsze – o młodości. Za to – ceniło sobie starość, przyznając jej szczególną godność płynącą z doświadczenia i wiedzy, gdyż związek między wiedzą a osobistym doświadczeniem i pamięcią był jeszcze uchwytny i wydawał się konieczny. W społeczeństwach pierwotnych, które dla przekazu posługiwały się słowem mówionym (a więc – w kulturze oralnej), człowiek starszy po prostu więcej wiedział. Bez jego ustnych opowieści zbiorowa pamięć byłaby uboga.

W kulturze druku, a więc w społeczeństwach nowoczesnych, skarbnicą wiedzy stała się biblioteka, a wiedza została zinstytucjonalizowana: związana z autorytetem naukowym i różnymi procedurami, które mają jej zapewnić sprawdzalność i niezależność od jednostkowego podejścia i jakże zawodnej pamięci. Starość coraz bardziej traciła swój autorytet, kojarzyła się z niemocą, brzydotą i fizycznymi ograniczeniami. W nowoczesnym świecie opatruje się ją eufemizmami. Mówi się o trzecim wieku, wieku zaawansowanym albo wręcz – zaprzecza się jej istnieniu!

Czy to możliwe? Kiedy w 1970 r. Simone de Beauvoir opublikowała książkę „Starość” (La Vieillesse), podeszła do tego tematu w sposób charakterystyczny dla nowoczesności. Dowodziła, że starość wcale nie jest koniecznym etapem kończącym życie, po prostu składa się na nią stan ducha i społeczne wykluczenie jednostki. Biologia niczego nie określa, to raczej perfidny spisek, którego celem jest odsunięcie, odebranie pewnym jednostkom możliwości twórczego działania. To pochodząca z zewnątrz definicja, którą niektórzy potulnie przyjmują. „Tu jest zbrodnia naszego społeczeństwa. Jego »polityka starzenia« jest skandaliczna” – pisała. Według de Beauvoir starość jako taka nie istnieje, jest tylko społeczne naznaczanie i spychanie na margines pewnej grupy ludzi definiowanej ze względu na wiek. Na scenie społecznej główne miejsca zarezerwowano dla młodych i de Beauvoir nie protestuje przeciwko temu, ale stara się w pewien sposób zlikwidować samo zjawisko starości, walczy z kategoryczną definicją i stara się udowodnić, że także zaawansowani wiekiem mogą być młodzi.

W społeczeństwach tradycyjnych dziecko postrzegano przede wszystkim jako istotę nieukształtowaną, niepełną. Jego cechy to lista niedostatków fizycznych i psychicznych. Dziecko było po prostu nieudanym dorosłym, istotą słabą i pozbawioną własnego ja. Nie przywiązywano się też zbytnio do dzieci, śmiertelność była duża, a pozycja dziecka w rodzinie – podrzędna. Oddane pod opiekę służby dziecko wiodło swój żywot w cieniu, przygotowywane do tego, by po zdobyciu odpowiedniej ogłady móc pokazać się na salonach. W feudalnej Francji dobrze urodzone kobiety odsyłały swoje dzieci na wieś pod opiekę mamek, gdzie najczęściej ginęły. Skłoniło to feministyczną badaczkę Elizabeth Badinter do potraktowania miłości macierzyńskiej jako naturalistycznego mitu, który wmówić ma kobietom konieczność przejmowania całkowitej odpowiedzialności za dziecko. Można nie zgadzać się z generalnym wnioskiem Badinter, ale trudno zaprzeczyć, że był czas, gdy dzieci oddawano bez żalu; wkrótce pojawiały się nowe, które także trzeba było gdzieś umieścić i nic nie świadczy o tym, by panie z towarzystwa cierpiały. Dzieci cierpiały na pewno, większość nie wychodziła poza wiek niemowlęcy. Ale to nie miało znaczenia, bo tego po prostu nie dostrzegano.

Tak przynajmniej wyglądał najczęstszy scenariusz opisywany po wielekroć w zachodniej literaturze. Znamienne, że wielki humanista Michel de Montaigne wspominał o swoich zmarłych przedwcześnie dzieciach nie mogąc sobie przypomnieć ich dokładnej liczby – sam fakt był zbyt pospolity, by przywiązywać do niego nadmierną wagę. „Treny” Kochanowskiego stanowią na tle ówczesnej kultury europejskiej absolutny wyjątek. Urszulka ma w nich wyraziste cechy, jest dzieckiem śpiewającym, poetyckim, a jej śmierć powoduje głęboki wstrząs. Może to nie w pełni przez nas doceniony przejaw słowiańskiej odmienności, sentymentalny rys kultury, w której swoją osobowość mogą mieć także ptaki i rośliny, a może – po prostu wyjątek związany z arcydzielną rangą utworu, który przekracza ramy współczesnych sobie pojęć.

Bo ze świadomością odmienności dziecka wcale nie jest w polskiej kulturze tak dobrze. Nie mamy własnej historii dzieciństwa, bo sam temat wciąż jeszcze należy do nieważnych, traktowanych protekcjonalnie, w najlepszym razie – na marginesie wielkiej polityki. Polska literatura dziecięca, choć wcale nie jest uboga, zawdzięcza swoją chwałę przede wszystkim poezji. Nie wykreowała natomiast wyrazistych bohaterów i proza posiłkować się musi tłumaczeniami. Bo kogóż my mamy? Sierotkę Marysię i Króla Maciusia. Oba utwory tak bardzo się zastarzały językowo, że należy raczej odradzać czytanie ich dzieciom. Oba opowiadają o dzieciach skrzywdzonych i bezgranicznie dobrych, prezentując wizję sentymentalną i cierpiętniczą. Oba związane są mentalnie z polskim XIX w. i wizją ofiary, która uszlachetnia i wyciska z oczu łzy.

Odkrywanie dziecka było bardzo długim procesem i trudno tu mówić o jakimś jednym momencie przełomu. Jean-Jacques Rousseau swoje dzieci oddał do przytułku i nie trapił się ich losem, ale to właśnie on uważany jest za myśliciela, który dokonał wyłomu. W słynnej rozprawie dla akademii w Dijon postawił na głowie dotychczasowe myślenie: rozwój sztuk i nauk nie przyczynia się do szczęścia, przeciwnie – odbiera jednostce naturalne poczucie jedności z naturą, wypacza i zabija spontaniczne dobro. Człowiek pierwotny i dziecko – to obraz ludzkiej natury in potentia, jeszcze przed cywilizacyjnym skażeniem. W wielkiej literaturze romantycznej dziecko obdarzone bywa wielką poetycką intuicją, zdolną przenikać tajemnice. A że owe tajemnice są tragiczne, dziecko nosi w sobie egzystencjalny ból.

Na dobrą sprawę jednak dopiero XX w. z jego sprzecznościami przyniósł nowe spojrzenie na epokę dzieciństwa. W 1900 r. szwedzka feministka Ellen Key opublikowała książkę, z której naprawdę trwały okazał się tytuł: „Stulecie dziecka”. To raczej życzenie niż proroctwo – wiek XX nie był wiekiem dzieci, ale totalitaryzmów i dyktatorów, czy, jak się wyraził Jerzy Stempowski, „historii spuszczonej z łańcucha”.

Także na początku wieku psychoanaliza zaczęła postrzegać w dzieciństwie źródło późniejszych niepokojów i zaburzeń. Zerwała też z obrazem słodkiego, aseksualnego dzieciństwa, przeciwnie, fazy niedojrzałego erotyzmu dziecięcego okazały się wstępem do ukształtowania dorosłej seksualności. A bajki i opowieści interpretowane po nowemu odsłoniły swoje drugie dno, bynajmniej nie niewinne.

Jednocześnie w pedagogice odbywa się coś w rodzaju przewrotu kopernikańskiego – już teraz nie chodzi wyłącznie o edukację i przystosowanie dziecka do norm świata dorosłych, aby porzuciło swoją niedojrzałość, teraz dorosły ma nawiązać z dzieckiem autentyczny kontakt, zrozumieć jego świat, który jest po prostu inny, a może nawet bogatszy. W dziecku tkwią przecież wszelkie możliwości, także te, którym nie dane będzie się rozwinąć, bo zdusi je brak warunków i konieczność przystosowania się. Któż z nas, dorosłych, w wieku lat czterech nie chciał być kosmonautą, wielkim artystą i odkrywcą cudownego leku na wszelkie choroby (najlepiej wszystko jednocześnie)? Chyba nie tylko brak zdolności zawinił, jeśli tak się nie stało. Wszyscy dorośli zostali „utemperowani”, odebrano im marzenia i wielką swobodę.

Jednym z wielkich pedagogów tego okresu był oczywiście Janusz Korczak. W jego utworach i zapiskach z własnej praktyki dziecko niekoniecznie jest dobre, zdarzają się dzieci złe, wobec których wszelkie działania są bezskuteczne. A jednak Korczak w sierocińcu dla dzieci żydowskich w Warszawie budował małą społeczność, która była miniaturą lepszego społeczeństwa, w którym spory rozstrzyga się polubownie i panuje demokracja posunięta tak daleko, że zdarzało się, że dziecięcy trybunał karał Pana Doktora. Zarzucano mu zresztą, że pokazując dzieciom świat lepszy, nie przygotowuje wychowanków do twardej rzeczywistości, w której trzeba brutalnie walczyć o swoje. A jednak Korczak uważał, że tylko tak można zmienić świat.

 

Wieczne dziecko

Czy jednak nie za wiele demokracji? Czy równorzędność relacji między dorosłym a dzieckiem ma jakiś sens? Fala krytyki bezstresowego wychowania towarzyszy jak echo marzeniom o porzuceniu represyjnego podejścia i wsłuchaniu się w głos dziecka. Piotruś Pan, chłopiec, który nie chciał dorosnąć – czy jest wcieleniem tego, co dobre czy złe, w dwudziestowiecznym podejściu do dziecka?

Skąd w ogóle wziął się Piotruś Pan? To jedna ze stworzonych stosunkowo niedawno postaci, która zachowuje się tak, jakby była tworem mitycznym. Większość mitów i toposów ma oczywiście źródła starożytne, ale istnieje sporo średniowiecznych motywów, które mają podobny charakter. Świat nowoczesny począwszy od renesansu poddał sztukę wymogom realizmu, a przed poznaniem stawiał wymóg ścisłości. Mit stał się podejrzany – to tylko metafora, fałszywy obraz, który ma przemawiać siłą sugestii i działa na podświadomość.

Piotruś Pan żyje w kulturze w różnych opracowaniach, ma swoje wersje literackie, dramatyczne, filmowe i niezależnie od zmian medium i różnych autorów – zachowuje swoją tożsamość. W odróżnieniu od komiksowych postaci jak Batman czy Superman, stworzonych w Ameryce, Piotruś Pan nie powstał w kręgu amerykańskiej kultury masowej, która chętnie kreuje mity. Pojawił się w Europie i jest tworem literackim, choć ma dziś także swoją wersję popkulturową. To młody mit, ma niewiele ponad sto lat (rocznicę jego narodzin świętowano w Wielkiej Brytanii w 2004 r.). Piotuś Pan jako postać mityczna oczywiście nie starzeje się, ale jak na mit – jest po prostu bardzo młody. Stworzył go James Mathew Barrie, ale w pewnym stopniu stworzyły go też dzieci.

Barrie urodził się w małym szkockim miasteczku, gdzie jego ojciec obsługiwał ręczne krosna. Rodzina była liczna, biedna, ale dzieci kształciły się. Największe nadzieje wiązano ze starszym bratem przyszłego pisarza Davidem, który jednak w przededniu swoich czternastych urodzin utonął podczas jazdy na łyżwach. Dla matki był to ogromny cios. James uważany był za dziecko mniej udane – był niepozorny i nieprzystosowany. A jednak skończył uniwersytet w Edynburgu i rozpoczął najpierw karierę dziennikarską, a potem literacką. Pisał dla teatru i zyskał przyjaciół w kręgach artystycznych. Zawsze jednak przyjaźnie obejmowały również dzieci znajomych. Mała Margaret, córka poety W.E. Henleya, nie wymawiała „r”, zamiast my frendy mówiła więc fwendy. Tak powstało imię Wendy, które popularność zawdzięcza powieści Barriego „Piotruś Pan i Wendy” z 1911 r. Barrie ożenił się z piękną aktorką Mary Ansell, która namiętnie pragnęła mieć dzieci. Najprawdopodobniej jednak małżeństwo pozostało nieskonsumowane i po kilku latach zakończyło się rozwodem. Przedtem, niejako zastępczo, pojawił się pies Portos, bernardyn, geniusz w dziedzinie gier i zabaw.

W literackich kołach Londynu Barrie zetknął się z piękną Sylvią Llevelyn Davies i wkrótce zaczął spotykać się także z jej synami na spacerach w Parku Kensington. Było to pięciu wspaniałych chłopców, którzy kolejno przychodzili na świat. Ich ojciec nie od razu zaakceptował nowego przyjaciela rodziny, pana z psem, ale jego związek z Sylvią nie miał erotycznego charakteru. Podczas wspólnych wakacji 1901 r. Barrie zaczął opowiadać chłopcom historię dziwnego dziecka, które nie chciało dorosnąć. Potem chłopcy opowiadali ją jemu – najpierw najstarszy George, potem pałeczkę przejęli młodsi, wzbogacając za każdym razem opowieść o nowe szczegóły i niezwykłe pomysły. Tak powstała sztuka teatralna wystawiona w grudniu 1904 r., która odniosła ogromny sukces w Anglii, a następnie w Ameryce, a potem dwie powieści – „Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich” i „Piotruś Pan i Wendy”. Zapewne nie warto byłoby tak szczegółowo opowiadać o historii powstania postaci, gdyby nie jej niespodziewany dalszy ciąg. Rodzice pięciu chłopców zmarli młodo, najpierw ojciec, a następnie Sylvia, która umierając na raka powierzyła opiekę nad chłopcami Barriemu.

Piotruś Pan to ambiwalentna postać. Jest zachwycający, pragnie przygód i potrafi latać, więc dzieciom imponuje śmiałością. Jego imię po polsku może kojarzyć się z panowaniem – nie jest jednak królem, wydaje się dalekim krewnym starożytnego bożka Pana porzuconego jako dziecko. To od jego imienia pochodzi słowo panika. Piotruś Pan nie wzbudza jednak strachu, to raczej puer aetrernus, wieczny chłopiec. Ma uwodzicielski urok, który sprawia, że trójka dzieci rodziny Darlingów bez większych obaw wyrusza z nim na wyprawę do Nibylandii. Już po drodze mają jednak okazję przekonać się, że ich nowy przewodnik ledwo o nich pamięta. Jest po prostu zupełnie nieodpowiedzialny, a jego urok może okazać się pułapką. Żyje chwilą, nie uznaje żadnych zobowiązań, nęcą go tylko wciąż nowe przyjemności. Nawet podejrzewa, że śmierć może być „okropnie wielką przygodą” („To die would be an awfully big adwenture”).

To dziecko żyjące poza czasem, wciąż młode. „Nie wiem, ile mam lat, ale jestem bardzo młody” – mówi o sobie. Bo Piotruś Pan nie liczy się z realnością, czasem i przestrzenią, a wspaniały świat przygód jest z jednej strony cudowną krainą wyobraźni, z drugiej – światem, którego nie ma, miejscem śmierci. Jeśli w powieści „Piotruś Pan i Wendy” dzieci Darlingów i innych zgubionych chłopców udaje się wreszcie uratować z Nibylandii, dzieje się tak dzięki wspaniałomyślności dziewczynki Wendy i jej matki, czyli dzięki sile kobiecości, która polega na gotowości dawania, wybaczania i bezinteresowności uczuć. A niebezpieczna przygoda dochodzi do skutku tylko dlatego, że pan Darling traci zaufanie do suki Nany obdarzonej geniuszem opiekuńczości.

Jest w tej powieści także odcień buntu przeciwko represyjnemu społeczeństwu. „Uciekłem – mówi Piotruś – kiedy usłyszałem, jak ojciec i matka rozmawiali, kim zostanę, gdy będę dorosły”. Piotrusiowi w niczym nie można jednak wierzyć – kiedy indziej podaje nową wersję: został odtrącony, a matka zamknęła szczelnie okno, od razu zastępując go sobie następnym dzieckiem. Ten bohater jest tylko uwodzicielskim duchem zawieszonym między życiem a całkowitym niebytem. W biografii Barriego w pewien sposób reprezentuje zmarłego brata, który pozostał wiecznie młody i wciąż domaga się, by o nim pamiętano. „Ja zestarzałem się, on wciąż ma 14 lat” – mówił Barrie.

Na pewno modelem bohatera nie był sam pisarz. Wszystkie jego fotografie, nawet te z lat młodości, przedstawiają przedwcześnie podstarzałego mężczyznę o wysokich zakolach i zmęczonych oczach. W pewnym stopniu „Piotrusiem” był każdy z pięciu chłopców. I wielu innych. Kiedy w 1908 r. generał Baden-Powell założył ruch skautów, inspirowała go idea chłopackości wyrażona w sztuce Barriego. W 1912 r. w Kensington Garden w zacisznym miejscu nad stawem nagle pewnej nocy wyrósł pomnik Piotrusia Pana (stoi tam do dziś). Barrie nie był do końca przekonany, przecież to demon – mówił.

 

Piotruś w stanie oskarżenia

Piotruś Pan jest niewątpliwie mitem charakterystycznym dla XX w., który mógł powstać dzięki „odkryciu dziecka” i przełomowi w traktowaniu dzieciństwa.

Żyjemy jednak w epoce podejrzeń. Czy mit Piotrusia Pana to tylko piękna opowieść, marzenie o krainie młodości i przezwyciężeniu ograniczeń? W utworach Barriego to postać zwodnicza, ambiwalentna, także – groźny kusiciel, który może zgubić łatwowierne dzieci. Po Freudzie każdy mit ma drugie dno, a potencjał głębokich znaczeń zapisanych w utworach Barriego jest ogromny. Ta opowieść mówi o kłopotach z adaptacją do świata dorosłych, zwłaszcza o napięciu między swobodną chłopackością a światem męskim. Reprezentuje go z jednej strony nieporadny i groteskowy pan Darling, z drugiej – silny i groźny kapitan piratów, z którym Piotruś walczy.

Piotruś Pan nie potrafi jednak znaleźć własnego miejsca wśród różnorodnych napięć, na przykład przeraża go każdy gest czułości i dobroci, a sam nie potrafi okazywać uczuć. Jest bez serca, androginiczny, seksualnie zawieszony między dwoma wzorami. Jego stosunek do świata jest powierzchowny, nie stać go na żaden odpowiedzialny wybór. Jeśli zakończenie można w końcu uznać za szczęśliwe, dzieje się tak dzięki sile łagodnej i mądrej kobiecości.

Ogromna kariera tego mitu każe jednak stawiać dalsze pytania. „Czy Piotruś Pan jest pedofilskim koszmarem, czy niewinną opowiastką?” – pytał Richard Morrison na łamach „The Times”. Historia wokół posiadłości Michaela Jacksona, nazwanej na cześć Piotrusia Pana Never Never Land, sprawia, że pytanie to nie opiera się na czystej spekulacji. Wiele razy prześwietlano ten mit, który można podejrzewać i o szerzenie homoseksualnej fascynacji chłopięcością, i o pedofilię. Także historia rodziny Llewelyn Davies była przedmiotem szczególnej troski. Barrie był jednak aseksualny i żadne świadectwa nie potwierdzają możliwości nadużyć. Nicolas Trucker stwierdził: „Nie ma dowodów na to, że Barrie wykorzystał fizycznie dzieci. Oskarżenie o pedofilię mówi więcej o współczesnym nieporozumieniu wokół dzieciństwa niż o Barriem”. Współczesny świat ma problem z pedofilią, ale jest to problem dorosłych oszalałych na punkcie własnej niedojrzałej seksualności. Strach przed pedofilią opiera się na zbrodniczych faktach, ale paraliżuje do tego stopnia, że czyni podejrzaną każdą przyjaźń między dorosłym a dzieckiem.

Francesco M. Cataluccio w wydanej niedawno po polsku książce „Niedojrzałość. Choroba naszych czasów” także atakuje Piotrusia Pana, choć nie porusza przeklętego problemu pedofilii. Syndrom Piotrusia Pana – rozpoznany swego czasu przez amerykańskiego psychologa Dana Kiley – to według niego choroba, która trapi współczesny świat. Receptą na to może być tylko trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość, zerwanie z ułudą i bajkami.

Nowoczesny Zachód – zdaniem autora – ogarnęła epidemia niedojrzałości. „Nie ma już dorosłych, zniknęli jak przejściowe pory roku i świetliki nad polami”; współczesny świat składa się z ludzi niedojrzałych, którzy odmawiają wzięcia odpowiedzialności nawet za własne życie. Wystarczy im imitowanie wzorców niedojrzałej popkultury, są zadowoleni, jeśli mogą przeżyć jakąś przygodę czy gdzieś pojechać. Nie stawiają pytań, nie myślą, wolą wieczną zabawę i życie chwilą. Nie są może szczęśliwi, ale poddają się unoszącej ich fali. Współczesne społeczeństwo zapewnia im jakie takie bezpieczne dziś, a o przyszłość nie lubią się martwić. To wieczny homo ludens w popkulturowym wydaniu, który podporządkował się bez reszty niedojrzałym wzorcom amerykańskim. To Piotruś Pan, który nie liczy się z nikim i niczym. Nie żyje naprawdę, więc pławi się w wizji własnej wszechmocy.

Rozpoznanie nie jest nowe, ale opiera się na jednym zasadniczym nieporozumieniu, które w ferworze dyskusji może łatwo ujść uwagi. To nie dotyczy dzieci! Czym innym jest niedojrzałość człowieka, który wszedł już w wiek dorosły lub nawet zbliża się do starości, a czym innym – niedojrzałość dziecka, która powinna być chroniona. Czynić dziecku zarzut z powodu niedojrzałości? Nonsens. To nie dzieci przetaczają się po kolorowych ulicach współczesnych metropolii jako wielobarwny tłum, nieodpowiedzialny i wiecznie rozbawiony. Wręcz przeciwnie – dziecko stało się we współczesnych zachodnich społeczeństwach (co dotyczy także Polski) zjawiskiem w miarę rzadkim. Wiecznie młodzi nie chcą brać odpowiedzialności za dzieci, bo bycie matką lub ojcem ich przerasta. Młodość dzieli od dzieciństwa tylko kilka lat i nie ma między nimi wyraźnej granicy, więc błąd Cataluccia może wydać się drobny, ale kładzie on cień na całe rozumowanie.

Współczesny świat ani nie szanuje związanej ze starością godności, ani nie ceni wyobraźni i swobody dzieciństwa. Jest na nie ślepy. Rad by zlikwidować i jedno, i drugie, poddając dzieci przyspieszonej edukacji. Dziecko przeszkadza, jest istotą nieobliczalną i wciąż nie dość znaną. Wszelkie przewroty kopernikańskie pozostają w sferze dobrze brzmiących haseł, odkryć lokalnych, które przegrywają z ogromnym mechanizmem uniformizującym wszystkich.

Piotruś Pan to bajka, która może pomóc dziecku uporać się z własnymi zahamowaniami. Wszystkie dzieci żarliwie pragną dorastać, dopiero młodzi odmawiają przejścia w dojrzałość. Niekoniecznie z własnej woli i nie z powodu świadomego wyboru stają się kidults (od kid+adult, dziecko+dorosły).

Istnieje jeszcze skomplikowany problem dziecka, które wciąż tkwi w dorosłym, i o ile pragnie on być naprawdę twórczy, to nie może on się go bez reszty wyrzec. Gombrowicz – także przywołany w książce Cataluccia – był, jak wiadomo, piewcą młodości i niedojrzałości. Miała dla niego magiczny urok, fascynowała go niższością i przyciągała jego dojrzałość. Ale sam o swoich twórczych zdolnościach napisał w „Dzienniku” (w 1953 r.): „W gruncie rzeczy jestem przede wszystkim dziecinny...”. Protestował tu przeciw nazbyt wyspekulowanej wizji sztuki, którą sprowadza się do intelektualnych dogmatów, zapominając o potrzebie wyobraźni. Wiele złego dzieje się na świecie z powodu braku wyobraźni. Cataluccio zapędza się do tego stopnia, że gotów jest przypisać niedojrzałości winę za rozwój totalitaryzmów. Dyktatorzy XX w. jednak nie byli dziecinni, ale na pewno intelektualnie opętani.

Dorosłość powinna akceptować dzieci, także dziecko, które tkwi w nas.

Korzystałam między innymi z: „James M. Barrie” w tłumaczeniach Macieja Słomczyńskiego i Michała Rusinka; Francesco M. Cataluccio, „Niedojrzałość. Choroba naszych czasów”, przeł. Stanisław Kasprzysiak, Znak 2006; P. Holindale, „A Hundred Years of Peter Pan, Children’s Litterature in Education”, September 2005; A. Birkin, „J. M. Barrie and the Lost Boys”, London 1979.
 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj