O dialogu wierzących z niewierzącymi
Czas Zacheuszy
Wbrew pozorom, dialog wierzących z niewierzącymi ma wielką przyszłość. Bo dla obu stron największym zagrożeniem jest stan wojny ideologicznej między nimi, na którym zyskują religijni i antyreligijni fundamentaliści.
Richard Dawkins podczas wykładu na temat swojej książki 'Bóg urojony'
Matti Á./Flickr CC by SA

Richard Dawkins podczas wykładu na temat swojej książki "Bóg urojony"

Dysputa trwała wszystkiego 18 minut. W irlandzkim radiu publicznym RTE znany publicysta katolicki David Quinn przyparł do muru najsłynniejszego wojującego ateistę świata Richarda Dawkinsa. Pretekstem do dyskusji była świeżo wydana książka Dawkinsa „The God Delusion”. Takich jak Dawkins nazywa się czasem antyteistami. Antyteiści nie tylko nie wierzą, że Bóg istnieje, ale starają się odwieść od tej wiary wierzących. Uważają, że ludzi trzeba uwolnić od religii.

Szczególnie aktywni antyteiści są lustrzanym odbiciem religijnych fundamentalistów. Jedni i drudzy gotowi są nawracać ludzkość na jedną jedyną prawdę, za której posiadaczy się uważają. W porządku, jeśli ten spór toczy się na argumenty. Nieszczęście zaczyna się wtedy, kiedy jedna lub druga strona sięga po przemoc. Tak było przez wieki teokracji chrześcijańskiej w Europie. Symboliczny jest tu przykład XVII-wiecznego polskiego szlachcica Kazimierza Łyszczyńskiego, uwięzionego i skazanego na śmierć z oskarżenia o ateizm. Powodem oskarżenia był traktat Łyszczyńskiego „O nieistnieniu Boga”. Wyrok wykonano na rynku Starego Miasta w Warszawie przez ścięcie, zwłoki spalono. Spalono też rękopis dzieła; zarys treści znamy z drugiej ręki.

Od rewolucji francuskiej wahadło przemocy przesuwało się w drugą stronę. Apogeum rugowania religii przypadło na XX w. W hitlerowskich Niemczech, leninowskiej i stalinowskiej Rosji, w Albanii i Korei Północnej, w Kambodży Pol Pota, w Chinach czasów rewolucji kulturalnej i w całym bloku radzieckim od początku do końca jego istnienia prowadzono – z różnym co prawda natężeniem – politykę odgórnego tępienia religijnego „zabobonu i ciemnoty”.

Brunatnymi i czerwonymi totalitarystami kierował misjonarski zapał budowy nowego społeczeństwa. By przełom przyspieszyć, mordowano opornych duchownych i wiernych, a Kościołom odbierano majątki i szkoły. O zbrodniach, jakich dopuszczali się w imię religii wierzący, wciąż się przypomina – i takie memento jest potrzebne – ale rzadziej przypomina się o równie przerażającej liście zbrodni przeciwko wierzącym.

 

Czarna lista Dawkinsa

Właśnie w tym punkcie mocno zaiskrzyło w debacie Quinn-Dawkins.

„Richard, jakoś tak się składa, że zawsze przedstawiasz listę nikczemników, którzy byli jednocześnie wierzącymi – mówił Quinn – a ateizm zawsze starasz się rozgrzeszyć z jakiejkolwiek odpowiedzialności za konflikty między ludźmi”.

„Zaprzeczam – replikował Dawkins, by za chwilę dodać: – Rzeczywiście uważam, że w wierze jest coś złego w tym sensie, że wierzy się w coś, na co nie ma żadnych dowodów”.

„Ależ to jest karykatura wiary, Richard! – odpowiedział Quinn. – Ja uważam, że samo istnienie materii jest dowodem, iż Bóg istnieje, a ty masz problem z wiarą w istnienie wolnej woli, który starasz się pomniejszyć, bo tak ci wygodniej”.

„Nie interesuje mnie problem wolnej woli” – uciął Dawkins.

„I tu jest pies pogrzebany – naciskał Quinn – bo jeśli nie mamy wolnej woli, to nie ma sensu pojęcie moralnej odpowiedzialności człowieka za jego czyny. Wtedy winne wszystkiemu są geny i środowisko”.

Bardzo często spór wierzących z niewierzącymi sprowadza się w istocie do polityki lub moralności. Teiści czują się w obowiązku bronić Kościoła i Dekalogu, ich niewierzący adwersarze zasypują ich przykładami błędów i grzechów ludzi wiary. Taka dyskusja zwykle nie prowadzi do niczego.

Dużo ciekawsze jest postawienie pytań o to, co może wierzących z niewierzącymi łączyć. Dla chrześcijanina fakt, że świat zna wiele religii, a człowiek może zaprzeczyć istnieniu Boga, jest niesamowitym wyzwaniem. Czemu Bóg dopuszcza taką możliwość? Czemu zaledwie jedna piąta ludzkości wyznaje chrześcijaństwo? Do czego Bogu potrzebni są muzułmanie czy taoiści? A do czego – agnostycy i ateiści?

Teologowie unikają odpowiadania za Boga. Ale wielu z nich zgodziłoby się chyba z żydowskim myślicielem religijnym Abrahamem Heschelem, że „Bóg potrzebuje człowieka”, a więc także różnych religii, a nawet ateistów. Naturalnie nie do tego, by się wzajemnie eksterminowali, lecz by się wzajemnie mobilizowali do szukania prawdy.

 

Obirek do wolnomyślicieli

Tak rozumianą ideą dialogu zajmuje się nadal po wystąpieniu z zakonu jezuitów Stanisław Obirek. Niedawno na I Ogólnopolskim Zjeździe Racjonalistów i Wolnomyślicieli (październik 2006 r., Radzików) powiedział: „Jestem agnostykiem religijnym. Nie jestem w stanie poznać przedmiotu moich religijnych przeświadczeń i z ogromną nieufnością, powiedziałbym nawet – z rosnącym sceptycyzmem, przyglądam się wszystkim, którzy utrzymują, iż są w stanie to zrobić. Nawet więcej. Jestem przekonany, iż takie uproszczenie jest wysoce podejrzane poznawczo, a społecznie wręcz szkodliwe. Innymi słowy, to właśnie ludzie przekonani o celności i trafności własnych formuł religijnych, a poza tym usiłujący je narzucić innym, zwykle nie podzielającym ich poznawczego optymizmu, byli i są źródłem nieszczęść dotykających ludzkość”.

Brzmi to prawie jak cytat z Dawkinsa, ale Obirek nie należy, sądzę, do jego obozu. Wojujący antyteista nie widzi sensu w spekulacjach teologów i doświadczeniach mistyków, a Obirek wciąż uważa mówienie o Bogu i transcendencji za uprawnione. Przyznaje, że język religijny nadal go fascynuje. Obirek mógłby tu przywołać niejedną książkę współczesnych wybitnych autorów, którzy bez żadnego kompleksu niższości wobec współczesnej nauki podejmują temat istnienia Boga z punktu widzenia ludzi wierzących. Dwa znakomite przykłady to „Spójność teizmu” Brytyjczyka Richarda Swinburne’a i „Bóg, wolność i zło” Amerykanina Alvina Plantingi. Obaj ci filozofowie religii, doskonale zorientowani w myśli ateistycznej, wykazują, że wiara w istnienie Boga jest absolutnie racjonalna. Na poziomie bardziej masowym karierę zrobiły dialogi światowej sławy pisarza i semiotyka Umberto Eco z kardynałem Carlo Martinim, u nas mieliśmy wymianę listów Gustawa Herlinga-Grudzińskiego z arcybiskupem Józefem Życińskim.

Nikt nikogo tu na siłę do niczego nie przekonuje. Ważniejsze jest przeświadczenie, że ponieważ zło jest w ofensywie, lewica i prawica, wierzący i niewierzący powinni temu wspólnie przeciwdziałać na gruncie etyki, bo w praktyce etyka laicka i religijna to zbiory wartości i zasad o wyraŸnej części wspólnej. „Znam ludzi, którzy określają się jako niewierzący – pisał religijny publicysta paryskiej „Kultury” Antoni Pospieszalski, a jednak obecność Boga w ich życiu bije w oczy jasnym płomieniem. Test jest prosty – bo Bóg jest miłością – i to taką, jaka objawia się nieomylnie w stosunku do innych ludzi (...) granica między »wierzącymi« a »niewierzącymi« niekoniecznie przebiega zgodnie z ich deklaracjami”. W liberalnym klimacie Anglii, gdzie Pospieszalski żył i pisał, niejeden duchowny i wierny anglikanin czy katolik powiedziałby, że Bóg to dla niego symbol najwyższych aspiracji i wartości, którym stara się służyć, a nie jakiś byt zewnętrzny. Nie jest to naturalnie zgodne z doktryną Kościołów chrześcijańskich; wspomniany Swinburne broni na przykład klasycznej idei Boga jako Osoby-ducha. Na co dzień wszakże obie postawy są w tamtejszym chrześcijaństwie tolerowane, co ułatwia dialog z niewierzącymi i poszukującymi.

Wszyscy oni są jakoś podobni do biblijnego celnika Zacheusza. Ewangelia według św. Łukasza opowiada, że tego bogacza fascynował Jezus. Chciał go zobaczyć na własne oczy, a że był niski, wdrapał się na sykomorę. Mijając drzewo, Jezus podniósł wzrok i odezwał się do celnika po imieniu: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. I tak się też stało. Uradowany Zacheusz przyjął Jezusa u siebie; powiedział, że oddaje połowę majątku ubogim i naprawia wyrządzone przez siebie krzywdy z nawiązką. Jezus odpowiedział: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”.

Dziś Zacheusze nie oczekują może takiej wizyty, chcą zostać przy swoim światopoglądzie i nie byliby chyba zachwyceni, gdyby dowiedzieli się, że są potrzebni Bogu tylko jako nawróceni. Z kolei katolicy muszą pamiętać, że Kościół wciąż uznaje ateizm i niewiarę za ciężkie grzechy i wzywa do głoszenia światu Ewangelii. Dotykamy tu spraw niezwykle delikatnych dla obu stron, zwłaszcza w Polsce, gdzie niewierzący czują się niechętnie widziani, a nawet dyskryminowani. Tym bardziej jednak widzę przyszłość przed dialogiem ciekawych siebie nawzajem ludzi religijnych i niereligijnych, wierzących i agnostyków czy ateistów. Zwłaszcza że szlak został przetarty.

 

W co wierzą niewierzący

Stanisław Obirek jeszcze jako ksiądz i redaktor czasopisma „Życie Duchowe” otwarł łamy przed niewierzącymi, którym zadał pytanie: W co wierzą niewierzący? Nie chodziło o branie ateistów na kościelny dywanik. Chodziło właśnie o szukanie tego, co może łączyć. Cztery lata temu jezuicka oficyna krakowska WAM wydała owoc tego dość niezwykłego w Polsce dialogu wiary z niewiarą, ze wstępem Leszka Kołakowskiego.

Jakie to były dobre czasy dla spraw ducha w naszym kraju! Z zaproszenia Obirka skorzystali m.in. profesorowie Hanna Świda-Ziemba, Ewa Łętowska, Maria Orwid, Elżbieta Wolicka, Zygmunt Bauman, Janusz Danecki, Michał Głowiński, Ireneusz Krzemiński, a także Jan Nowak-Jeziorański, Marek Edelman, Stanisław Lem, Adam Michnik oraz naturalnie sam Obirek (w listownym dialogu z Lemem) i jego ówcześni współbracia jezuici Jacek Bolewski, Dariusz Kowalczyk, Krzysztof Mądel, Henryk Pietras, teolog ekumenizmu ks. Wacław Hryniewicz oraz publicyści Jan Turnau i Bronisław Wildstein.

Kołakowski przypomniał, jak w latach opozycji demokratycznej, Solidarności i stanu wojennego rozwijało się w Polsce coś niezwykłego: „Poczucie zaufania i przyjaźni między Kościołem katolickim i inteligencją laicką”. Istotnie, ten sojusz musiał być trudny do pojęcia dla inteligencji w Europie Zachodniej, ale i dla szerszego ogółu, który dawno już przestał nie tylko praktykować chrześcijaństwo, ale i zadawać sobie Obirkowe pytania.

Inaczej niż na Zachodzie, w Polsce Kościół postrzegany był wtedy przez antyreżimowych niewierzących bardzo pozytywnie, jako miejsce azylu i swobody duchowej. Wielu z nich powiedziałoby wówczas: Kościół – tak, Bóg – nie wiem. Na Zachodzie dominuje od lat postawa dokładnie odwrotna: Jezus – tak, Kościół – nie, ale jeszcze częściej: Bóg – nie, Kościół – nie. Ta ostatnia oczywiście dialogiem nie jest zainteresowana.

W Polsce jakąś kulminacją było spotkanie w maju 1988 r. nie gdzie indziej, lecz w sekretariacie Episkopatu Polski. Sympozjum „Niewierzący a Kościół” zagaili ksiądz Józef Tischner i Adam Michnik, a gościem specjalnym był ówczesny szef watykańskiego sekretariatu do dialogu z niewierzącymi kard. Paul Poupard. Hierarcha intelektualista przypomniał wtedy, że Jan Paweł II już na początku pontyfikatu mówił w ONZ, że możliwa i potrzebna jest konfrontacja między wierzącymi a niewierzącymi – ale pokojowa, bez przemocy. Dobrze przeczytać tę dyskusję po latach (miesięcznik „Znak” nr 405-406), by samemu się przekonać, że to się już ne vrati, niestety.

 

Jak Halik z Havlem

Podobne próby rozmowy zdarzyły się też w Czechach – jednym z najbardziej zlaicyzowanych społeczeństw nowoczesnej Europy. Do legendy przeszła tam przyjaźń księdza katolickiego Tomasza Halika z agnostykiem Vaclavem Havlem. Trzydziestoletni Halik został księdzem w 1978 r. w ponurej epoce Husakowskiej, kiedy opozycję i niepokornych wierzących ostro prześladowano. Święcenia (na terenie NRD) były potajemne, Halik pracował jako terapeuta narkomanów i alkoholików, a jednocześnie był bliskim współpracownikiem kardynała Franciszka Tomaszka, Wyszyńskiego czeskiego Kościoła. Chodził na słynne seminaria w prywatnym mieszkaniu państwa Havlów, gdzie ludzie różnych orientacji politycznych i filozoficznych dyskutowali na równych prawach.

Jako tajny ksiądz przez 11 lat w prywatnych mieszkaniach odprawiał „bardzo po cywilnemu” mszę w wąskim gronie przyjaciół. To uczyło nie tylko prostoty stylu – Halik jest lubianym kaznodzieją i autorem wielu ciekawych książek, także w polskich przekładach – ale i pewnej pokory wobec wątpliwości wierzących i niewierzących. Po aksamitnej rewolucji Halik został rektorem kościoła Najświętszego Salwatora w Pradze i społecznym doradcą prezydenta Havla. Kościół przy moście Karola to miejsce kultowe. Ciągną tu inteligenci różnych generacji: konwertyci i sympatycy katoliccy, ale też studenci teologii ewangelickiej i husyckiej, a czasem sympatycy judaizmu, buddyzmu, jogi. Przychodzą zwolennicy różnych nurtów w Kościele katolickim, z których żaden nie jest faworyzowany ani dyskryminowany, a także osoby nie czujące się chrześcijanami i wierzącymi i może w ogóle nie chcące zostać religijnymi. Dla rektora Halika ważne jest, by wszyscy czuli się u Salwatora bezpiecznie: „Nie musieli udawać i nakładać masek i byli przyjmowani takimi, jakimi są”. Jednej ze swych książek ks. Halik dał tytuł: „Przemówić do Zacheusza”.

Prócz Polski i Czech podobne zbliżenie inteligencji laickiej i ludzi religijnych nastąpiło na Słowacji, Litwie, w Rosji, ale nie na taką skalę. Sprowadzać to zdarzenie do politycznego taktycznego koniunkturalizmu – wspólny front w walce z komunizmem – oczywiście można, ale po co? Mądrzejsze dla ludzi wiary i dla ludzi niewiary wydaje mi się wzięcie tego dialogu na serio, ponad doraźną polityką. Zadano wtedy ważne pytania, które są aktualne i dziś.

Za sto lat, a może nawet już za pięć, mało kto będzie jeszcze chciał się zajmować lustracją Kościoła. Nie tylko dlatego, że ona już się dokona i zbierze żniwo, ale też dlatego, że dla przyszłości Polski pytanie o możliwość współpracy i porozumienia między wierzącymi a niewierzącymi będzie z biegiem lat coraz ważniejsze – w miarę, jak będzie ewoluował polski model katolicyzmu.

Dziś niektórzy katolicy zachodni przyjeżdżają do Polski jako do skansenu religijnego. Z łezką w oku słuchają bicia dzwonów i sygnaturek, patrzą na siostry i księży chodzących w habitach po ulicach. U was jest tak, jak u nas 50 lat temu – kiwają z nostalgią głowami. Nie każdego polskiego katolika te komplementy muszą zachwycać – są to zresztą obserwacje tyle warte, co, powiedzmy, obserwacje polskiego turysty na temat religijności muzułmanów w Ziemi Świętej – ale warto przez chwilę spojrzeć na siebie oczami innych; to może pomóc zrozumieć siebie, utwierdzić swoją tożsamość. I temu właśnie może służyć dialog wierzących z niewierzącymi.

W Polsce kulturowy katolicyzm jest tak silny, że powstaje wrażenie, iż nie ma co się zajmować dialogiem z tymi kilkoma procentami innowierców i niewierzących. Kościół powszechny patrzy jednak na sprawę inaczej, ponieważ w skali globu układ sił jest inny, a w Europie, nie licząc polskiego wyjątku, wręcz odwrotny: to wierzący są mniejszością. Dlatego w dokumentach Drugiego Soboru Watykańskiego (połowa lat 60. XX w.) napisano bez ogródek, że „ateizm należy zaliczyć do najpoważniejszych spraw doby obecnej”.

 

Kościół wobec niewierzących

Współczesny Kościół dopuszcza krytyczny dialog z niewierzącymi. Jeszcze przed soborem Jan XXIII pisał w encyklice „Pacem in terris”, by odróżniać błędy od osób wyznających błędne poglądy i dodawał, że choć akceptacja ideologii ateistycznej jest dla teisty niemożliwa, to jednak należy wykazywać wobec ateistów zrozumienie i życzliwość, bo ich niewiara nie pozbawia ich człowieczeństwa ani godności osoby ludzkiej. Po Dobrym Papieżu Janie powtórzył tę wskazówkę Paweł VI. Chrześcijanin musi odrzucić doktryny zwalczające religię, wolność i godność osoby ludzkiej; jeśli te wartości nie są zagrożone, może współpracować ze wszystkimi ludźmi dobrej woli, byle nie działali oni świadomie i umyślnie przeciwko wierze i Kościołom. Polem takiej współpracy mogą być na przykład ruchy zawodowe.

Jan Paweł II poprosił swą papieską radę do spraw kultury, by badała systematycznie problem współczesnego ateizmu, a w 1991 r. zebrał się pod jego przewodnictwem synod biskupów, by przedyskutować problem Europy po raz pierwszy po upadku muru berlińskiego. Czas był gorący i dla Kościoła w krajach wychodzących z komunizmu trudny.

Jan Paweł II przekonał się o tym w samej Polsce podczas wcześniejszej pielgrzymki, dość powszechnie przyjętej jako niezbyt udana. W ogniu debaty o kształcie ustawy o ochronie życia papież groził narodowi palcem i sprawiał wrażenie, jakby tracił pewność, czy nowa Polska przetrwa eksplozję wolności, nie osłabiając więzi z Kościołem i wiarą katolicką.

Ateizm państwowy rugujący religię z życia publicznego w imię ideologii postępowego społeczeństwa socjalistycznego trafił wprawdzie na śmietnik historii, ale ateistą praktycznym rzadziej zostaje się na podstawie lektur i przemyśleń, a częściej ze zwykłej utraty zainteresowania światem wiary i Kościoła oraz pod presją środowiska, w jakim się żyje, lub wskutek negatywnych doświadczeń osobistych. W społeczeństwie masowym od tego, co króluje w domu, szkole, na ulicy, w mediach i parlamencie, zależy socjologicznie miejsce religii. Im mniej słychać tam o religii, tym szybciej wiara obojętnieje.

Eurosynod pokazał, jak trudne będzie zrastanie narodów obu części Europy. Nawet w Kościele pół wieku żelaznej kurtyny zrobiło swoje. Do czego może się nam przydać wasze doświadczenie, drodzy bracia, pytali się nawzajem zaniepokojeni biskupi katoliccy. Co może przekazać Kościół z krajów pokomunistycznych do duszpasterskiego wykorzystania Kościołowi z dostatnich liberalnych demokracji? Biskupi z Europy Wschodniej mówili: Nasz Kościół przeszedł prześladowania, o których niewiele wiecie wy z Zachodu, tak jak nie bardzo rozumiecie, czym był realny komunizm.

„Zachodnim biskupom trudno było tego słuchać – powiedział George’owi Weiglowi, biografowi Jana Pawła II, kardynał Jean Marie Lustiger, który akurat doskonale orientował się w realiach komunizmu wschodnioeuropejskiego. – Ludzie Zachodu stawali w obliczu problemów, które biskupom w nowych demokracjach trudno było sobie wyobrazić – wobec pokus materialnego dostatku, co oznacza kuszenie przez rzeczy dobre, a nie po prostu przez rzeczy złe”. Na początku lat 90. świeżo urynkowionym społeczeństwom pokomunistycznym prawienie kazań o praktycznym materializmie prowadzącym do praktycznego ateizmu nie mogło być skutecznym programem duszpasterskim na czas wolności, tak samo jak celebrowanie martyrologii i lekceważenie doświadczeń zachodnich. Dopiero kiedy minęła pierwsza fala fascynacji rynkiem, swobodą i popkulturą, mogła nadejść pora refleksji – w Polsce jej wyrazem był papieski kwiecień 2005 r. Polacy nie chcą wyrzekać się ani rynku, ani religii – jak Amerykanie.

I tym większa w takim pejzażu jest rola niewierzących. Mogą oni być testem sumienia dla wierzących, a dialog z nimi może wiarę wzbogacić przez oczyszczenie z zadufania, że na wszystko mamy gotową odpowiedź. Doświadczeni duchowni, tacy jak ks. Halik, uważają wręcz, że ateizm jest rodzajem doświadczenia religijnego, który w języku mistyków nazywano „milczeniem Boga” lub „ciemną nocą duszy”. Ks. Tischner powiedział, że nie spotkał nikogo, kto by utracił wiarę pod wpływem marksizmu, ale spotkał wielu, których zraził do wiary ksiądz proboszcz. Naturalnie przesadził, i to podwójnie, a jednak utrafił w sedno.

Dla wiary największym zagrożeniem nie jest ateizm, lecz religijna obojętność i ignorancja ludzi deklarujących się jako wierzący. Wiara nie poparta świadectwem życia nie zainteresuje współczesnych pokoleń. A szczególne wrażenie może na nich robić ktoś taki jak ksiądz Halik – kto z jednej strony nie kryje swych kłopotów z wiarą, wątpliwości, rozterek, a z drugiej trwa w Kościele jako wspólnocie wierzących, bo kapłaństwo nie jest tylko jeszcze jednym zawodem. „Tak, nieraz musiałem się przed sobą przyznać, że moja wiara się chwieje – pisał Halik w „Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe” – aby zaraz potem uświadomić sobie i doświadczyć, że w tym zachwianiu był Bóg. Nie nazwałbym tego, jak to dzisiaj jest w modzie, kryzysem. To, że nasze serce nie jest niezachwiane, znaczy również, że nie jest z kamienia; to, że nasza wiara (w najszerszym możliwym sensie tego słowa) nie jest niezachwiana, może znaczyć po prostu, że jest żywa” (przeł. Juliusz Zychowicz).

Dla niewiary największym zagrożeniem jest dominacja wierzącej większości, zwłaszcza gdy państwo wysyła sygnały, że nie będzie neutralnym arbitrem w ewentualnych sporach światopoglądowych. A dla nich obu zarazem – wiary i niewiary – największym zagrożeniem jest stan wojny ideologicznej między nimi, na którym zyskują tylko religijni i antyreligijni fundamentaliści.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj