Gospodarka doznań i przeżyć
Zęby w bawełnie
Wstaję rano, myję zęby, zakładam bawełniany podkoszulek... Stop. Już w tym momencie bezwiednie podłączyłem się do światowej sieci powiązań i przepływów zwanych globalizacją. W mojej szczotce do zębów i koszulce zakodowane są wielkie pytania współczesnej cywilizacji.
tehbieber/Flickr CC by SA

Mycie zębów to zapewne jedna z najbanalniejszych codziennych czynności. Od pokoleń starsi myją zęby większymi szczoteczkami, a dzieci mniejszymi. Ale dziś mycie zębów należy do globalnego rynku higieny jamy ustnej, który w samych Stanach Zjednoczonych wart jest 3,2 mld dol. (kwota ta nie uwzględnia szczoteczek, past do zębów, płukanek, nici i podobnych akcesoriów sprzedawanych w sklepach Wal-Mart, największej sieci supermarketów). O udział w tym rynku walczą wielkie międzynarodowe marki i tanie firmy lokalne. Kto wygra?

Ten, kto najlepiej zrozumie klienta. Oto przykład. Dla dzieci mycie zębów to nudna rutyna, nie wiedzą jeszcze, że służy ona zarówno ich zdrowiu, jak i światowej gospodarce. Tom Kelley, szef amerykańskiej firmy projektowej Ideo, dostał zadanie opracowania nowej szczoteczki dla Oral-B. – Zastosowaliśmy metodę antropologiczną – opowiadał Kelley w Warszawie. – Obserwowaliśmy dzieci podczas mycia i odkryliśmy, że – inaczej niż dorośli – trzymają one szczoteczkę całą dłonią, a nie palcami. Jaki stąd wniosek? Szczoteczka dziecięca powinna mieć duży i gruby uchwyt, a nie mały, jak myśleliśmy przez dziesięciolecia. Na rynek trafiły więc nowe szczoteczki, przypominające przyjemne w dotyku zabawki.

 

Kelley wyjaśnia, że współczesna globalna gospodarka coraz mniej polega na zaspokajaniu codziennych realnych potrzeb. To gospodarka doznań i przeżyć (experience economy), w której każda banalna czynność wspomagana odpowiednimi zachowaniami konsumenckimi tworzyć ma fascynujący projekt życiowy. Czy nowa, myjąca na sucho szczoteczka do zębów lepiej spełnia swoje zadanie? Źle postawione pytanie – ona spełnia oczekiwania zapracowanego, żyjącego w pośpiechu profesjonalisty, który wybiegając z domu ze szczoteczką w ustach wysyła ważny komunikat o swojej pozycji społecznej i zawodowej. Przy okazji na globalnym rynku higieny ustnej powstaje nisza, z której można wycisnąć kolejne kilkadziesiąt milionów dolarów.

 

Globalny łańcuch

Prawdziwa jednak walka trwa na najbardziej technologicznie zaawansowanym froncie tego rynku. Dopiero nieco ponad 300 mln osób na świecie używa szczoteczek elektrycznych, liczba ta ma szansę wzrosnąć do 900 mln w najbliższej dekadzie. Zapotrzebowanie na high-tech w dziedzinie higieny jamy ustnej rośnie wraz ze wzrostem świadomości zdrowotnej ludzi nowoczesnych. O ileż pełniejsze i głębsze jest doświadczenie mycia zębów, gdy wspiera je elektroniczne urządzenie kosztujące ponad sto euro, powstające wspólnym wysiłkiem zespołów badawczych, projektowych i produkcyjnych na całym świecie!

Najnowsza elektroniczna szczoteczka do zębów Sonicare Philipsa powstaje, jak wytropili reporterzy niemieckiego tygodnika „Spiegel”, w wyniku kooperacji dwunastu zespołów pracujących w pięciu strefach czasowych. Chińczycy przygotowują cewki z drutu miedzianego oraz płytki drukowane do elektronicznych układów sterujących. Na Tajwanie i w Malezji powstają elektroniczne podzespoły, które przesyłane są do Manili na Filipinach. Tam czekają już nadesłane z Chin płytki drukowane. Po zmontowaniu elektronika trafia do samolotu i leci do Seattle w Stanach Zjednoczonych. W tym samym czasie w Szwecji wytapiana jest specjalnej jakości stal na elementy metalowe szczoteczki.

Cięciem stali zajmują się już jednak Austriacy w Klagenfurcie, którzy także przygotowują plastikowe elementy urządzenia. Te podzespoły dotrą najpierw do Bremerhaven w Niemczech, skąd popłyną do Port Elizabeth w New Jersey i dalej pociągiem do Snoqualmie nieopodal Seattle. Powinna tam już czekać elektronika z Filipin oraz akumulatory wytwarzane w Japonii, Francji i na Tajwanie. Po montażu wszystkich elementów (zdążyły one już pokonać 27 880 km, jak policzyli skrupulatni Niemcy) w sprawnie funkcjonującą całość szczoteczki pakowane są w Seattle i czekają na dystrybucję.

Globalna skala integracji łańcucha produkcyjnego oszałamia, jest jednak jedynie skutkiem realizacji teorii ekonomicznej sformułowanej w XIX w. przez brytyjskiego ekonomistę Dawida Ricardo. Stwierdził on wówczas, że podstawą handlu jest tzw. przewaga komparatywna (oznacza ona zdolność kraju do wytwarzania pewnych dóbr po kosztach relatywnie niższych niż innych dóbr w stosunku do innych krajów, co gwarantuje realizację korzyści produkcyjnych i konsumpcyjnych). Szwedzi wyspecjalizowali się w produkcji najszlachetniejszych gatunków stali, zamiast więc ścigać się z nimi w opanowaniu tej sztuki, lepiej od nich kupić wysokiej jakości produkt. Przewaga komparatywna Chińczyków polega w tej chwili na zdyscyplinowanej i taniej sile roboczej. Chinka nawijająca cewki do szczoteczek pracuje za 25 centów za godzinę, za podobną pracę w Stanach Zjednoczonych trzeba by zapłacić ok. 10 dol., a ciągłości produkcji zagrażałoby widmo strajku. Z kolei Tajwan i Malezja wyspecjalizowały się w wytwarzaniu komponentów elektronicznych.

 

Wszyscy mogą zyskać

Istnienie przewagi komparatywnej powoduje, że handel nie jest grą o sumie zerowej – wszyscy jego uczestnicy mogą się wzbogacić. Innymi słowy, globalizacja polegająca na stopniowej integracji globalnego rynku i liberalizacji międzynarodowego handlu jest zjawiskiem pozytywnym i korzystnym dla wszystkich, czego dowodem bezprecedensowy rozwój światowej gospodarki w ciągu ostatnich dwóch dekad, w średnim tempie ok. 3 proc. PKB rocznie. Tak przynajmniej przekonują apologeci, a jednym z najbardziej prominentnych jest Thomas L. Friedman, publicysta „The New York Timesa”, autor licznych bestsellerów opiewających zalety globalizacji.

Friedmanowi nie wystarcza jednak przekonanie, że globalizacja sprzyja wzrostowi dobrobytu na całym świecie. Amerykański publicysta przeanalizował w najnowszej swej książce, „Świat jest płaski” (Rebis, 2006) łańcuch produkcyjny potrzebny do wyprodukowania używanego przezeń komputera przenośnego firmy Dell. Olśniony stopniem złożoności wzajemnych relacji łączących podwykonawców z kilkudziesięciu krajów stwierdził, że w takim świecie nie ma miejsca na wojny. A dokładniej, zgodnie z zaproponowaną przez siebie „Della teorią zapobiegania konfliktom”, kraje wchodzące w skład globalnego łańcucha logistyczno-produkcyjnego nie prowadzą ze sobą wojen. Dlatego, mimo napięć między Chinami i Tajwanem, zbrojna konfrontacja między tymi krajami jest nieprawdopodobna, bo wypadłyby one z łańcuchów wytwarzających szczoteczki, komputery i setki innych produktów. To się po prostu nie opłaca. Dlaczego więc globalizacja napotyka taki opór, a kolejne konferencje na szczycie poświęcone liberalizacji handlu kończą się fiaskiem?

 

Owijanie w bawełnę

Pietra Rivoli, amerykańska ekonomistka z Georgetown University, postanowiła znaleźć odpowiedź na to pytanie, koncentrując uwagę na bardziej prozaicznym niż elektryczna szczoteczka i komputer obiekcie globalnego handlu. Ruszyła tropem bawełnianego podkoszulka, który kupiła za kilka dolarów na wyprzedaży w supermarkecie (swoją podróż opisała w książce „The Travels of a T-Shirt in the Global Economy”, niebawem ukaże się jej polski przekład). Koszulkę tę, jak łatwo się domyślić, wytworzyli Chińczycy. Ich tania produkcja tekstylna przeraża cały świat. Chiny uzyskały w handlu tekstyliami przewagę komparatywną, bo produkują tanio i dużo. Produkują tanio, bo system chińskiego autorytarnego kapitalizmu państwowego zapewnia tanią i zdyscyplinowaną siłę roboczą, ponadto państwo zapewnia sprzyjający eksportowi kurs waluty, a kontrolowane przez państwo banki oferują tanie kredyty dla przedsiębiorców. Innym krajom nie pozostaje nic innego, jak kupować od Chińczyków i jednocześnie się przed nimi chronić, stosując ilościowe ograniczenia importowe (zniesione dla członków Światowej Organizacji Handlu 1 stycznia 2005 r., z wyjątkiem Chin).

Limity importowe, określające precyzyjnie liczbę różnych produktów tekstylnych, jakie można sprowadzić, są dla ortodoksyjnych zwolenników wolnego handlu przykładem niedopuszczalnej ingerencji polityków w sprawy, które powinien załatwiać sam rynek. W demokratycznym państwie, jakim są Stany Zjednoczone, politycy nie mogą sobie jednak pozwolić na głuchotę wobec głosów dobrze zorganizowanych lobbystów, oferujących w zamian za ochronę miejsc pracy w amerykańskim przemyśle poparcie w wyborach. Sprawa jest o tyle drażliwa, że mimo barier importowych przemysł tekstylny w USA stracił od 2000 r. ponad 300 tys. miejsc pracy.

Najbardziej jednak zagrożone pełną liberalizacją handlu są kraje rozwijające się. Wystawione na nieskrępowaną konkurencję ze strony Chin mogą stracić nawet 30 mln miejsc pracy. 10 mln z nich wyparowałoby w krajach muzułmańskich, przytomnie dostrzegają amerykańskie agencje wywiadowcze CIA i NSA. Jeśli więc Friedman ma rację, przekonując, że udział w globalnych łańcuchach produkcyjnych sprzyja pokojowi, to prawdziwa musi być też teza odwrotna. Wyłączenie z łańcucha prowadzić może do niepokojów.

 

Prorozwojowa protekcja

Pietra Rivoli dowodzi, że, paradoksalnie, amerykański (jak również stosowane w innych krajach) system kwot importowych sprzyjał bardziej równomiernemu rozwojowi gospodarki na świecie. Mechanizm jest bardzo prosty. Chińczycy, jeśli chcieli sprzedawać na rynkach rozwiniętych więcej, niż umożliwiały bariery importowe, musieli inwestować w produkcję w krajach, które miały przydzielone odpowiednie kwoty, ale nie dysponowały na tyle wydajnym przemysłem. W ten sposób rozwinęły się przemysły tekstylne, jedno z najważniejszych źródeł zatrudnienia w takich krajach jak Bangladesz, Sri Lanka, Honduras, Mauritius. Oczywiście, nic za darmo – system kwotowy przy okazji stymuluje rozwój biurokracji i korupcji. Kwoty importowe same stają się obiektem handlu – wartość limitu udzielonego Chinom przez Stany Zjednoczone w 2004 r. wyniosła na tekstylnej giełdzie 905 mln dol., czyli tyle w istocie amerykański podatnik dopłacił do chińskiego importu.

Czy nie prościej byłoby więc mimo wszystko otworzyć rynek? Teoria podsuwa pozytywną odpowiedź, a limity importowe dla Chin znikną z końcem 2008 r. Problem jednak w tym, że nie sposób w tym zakresie odwołać się do żadnych doświadczeń praktycznych. Rewolucję przemysłową w Wielkiej Brytanii w XVIII w. zainicjowało pojawienie się przemysłu tekstylnego. Przemysł ten pojawił się jako odpowiedź na bariery nałożone na import tanich produktów bawełnianych z Indii, które zagroziły interesom branży wełnianej. Parlament brytyjski uginał się pod presją wełnianego lobby, wprowadzając w 1700 r. ustawę nakazującą, by podczas pogrzebów ciała zmarłych przyodziane były wyłącznie w wełnianą odzież. Rok później wprowadzono zakaz importu z Indii kolorowych wyrobów bawełnianych. Przedsiębiorcy szybko obeszli tę restrykcję, barwiąc sprowadzane tkaniny na miejscu. Protekcjonistom nie pozostało nic innego, niż wprowadzić w 1722 r. zakaz ubierania się w odzież z bawełny. Ale raz wyzwolony popyt na tanie i wygodne tkaniny nie dał się zatrzymać.

 

Głód surowca

Pod koniec XVIII w. fabryki tekstylne Manchesteru pracowały już pełną parą, ledwo nadążając z produkcją. By zaspokoić rosnący popyt, potrzebny był surowiec – bawełna. Początkowo jego głównym źródłem były Indie, Chiny, kraje afrykańskie. Już jednak w 1821 r. największym producentem bawełny stały się Stany Zjednoczone, które w ciągu 10 lat zwiększyły produkcję 25 razy i dalej ją systematycznie zwiększały. W latach 1815–1860 ponad 70 proc. wytwarzanej w USA bawełny szło na eksport do Wielkiej Brytanii. Dowód na sprawnie działający rynek? I tak, i nie. Owszem, amerykańscy farmerzy jako jedyni potrafili szybko odpowiedzieć na napływające z globalnego rynku sygnały o rosnącym popycie na surowiec. Nie sprostaliby jednak temu zadaniu, gdyby zawierzyli rynkowi do końca. Walny udział w ich sukcesie miało i do dziś ma (Stany Zjednoczone od 200 lat są czołowym eksporterem bawełny) amerykańskie państwo.

Uprawy bawełny wymagały olbrzymich nakładów pracy fizycznej. Potrzebna była siła robocza łatwa do szybkiej mobilizacji, tania i zdyscyplinowana. Innymi słowy – niewolnicy. Amerykański system niewolniczy był integralną częścią polityki proeksportowej – bawełna zapewniała Stanom Zjednoczonym do 1860 r. blisko połowę wpływów z handlu zagranicznego. Nawet jednak później, po wojnie secesyjnej, która zniosła niewolnictwo, państwo nie przestało ściśle regulować bawełnianego rynku pracy, ułatwiając życie farmerom, a pozostałości tego systemu istniały jeszcze w latach 60. XX stulecia. Do dziś natomiast uprawa bawełny jest najbardziej subsydiowaną częścią amerykańskiego rolnictwa, na którą rząd wydaje rocznie ok. 4 mld dol. Subwencje te doprowadzają do rozpaczy plantatorów w innych krajach. Dlaczego?

Wspomagani przez państwo amerykańscy farmerzy mogą zaniżać ceny swojego surowca na globalnym rynku, ciągle zachowując rentowność i wysoki standard życia. W efekcie od połowy lat 90. XX w. na skutek amerykańskich subsydiów ceny bawełny na rynkach zmalały dwukrotnie. Z tego też właśnie względu, jak odkryła Rivoli badając losy swojego podkoszulka, choć wyprodukowali go Chińczycy, to jednak z surowca, który dotarł do Szanghaju z Teksasu (Chiny, największy producent bawełny na świecie, są też największym importerem). Wspomniane 4 mld dol. rocznej subwencji to więcej niż PKB niejednego biednego kraju afrykańskiego, którego gospodarka w całości zależy od eksportu bawełny. Pieniądze te idą, by wspomóc nieliczną grupę 25 tys. amerykańskich farmerów. W tym czasie w samej tylko Zachodniej Afryce uprawiając bawełnę próbuje przeżyć ponad 10 mln rolników.

 

Dwie globalizacje?

Globalizacja opowiedziana przez historię bawełnianego podkoszulka i elektrycznej szczoteczki do zębów to dwie twarze tego samego procesu. Podstawą przewagi komparatywnej krajów rozwiniętych są sektory gospodarki oparte na zaawansowanych technologiach i wiedzy. W tej dziedzinie większość krajów biedniejszych nie ma co nawet marzyć o konkurencji. Sensowniejsza jest próba włączenia się do globalnego łańcucha produkcyjnego, np. poprzez ofertę tańszej, ale dobrej pracy. Nawet jednak taki udział w kapitalistycznej globalnej symbiozie możliwy jest tylko dla stosunkowo nielicznej grupy krajów. Potrzebna jest nie tylko tania siła robocza, ale i odpowiednia minimalna infrastruktura, którą dysponują Chiny, Indie lub Wietnam, ale o której nie może marzyć większość mieszkańców Afryki. Jedynym źródłem ich przewagi komparatywnej jest rolnictwo – znajdujące się jednak na skraju bankructwa na skutek nieuczciwej konkurencji ze strony rolników amerykańskich, europejskich i japońskich, szczodrze subsydiowanych przez podatników.

Jesienią 2003 r. w Cancun w Meksyku zwołano szczyt Światowej Organizacji Handlu w ramach tzw. dohijskiej rundy rozwoju. Spotkanie miało przynieść kolejne porozumienia obniżające bariery w handlu międzynarodowym. Sytuacja szybko jednak wymknęła się spod kontroli. Cień na obrady rzuciło samobójstwo koreańskiego rolnika, który odebrał sobie życie przed kamerami, protestując przeciwko niesprawiedliwym regułom globalnego handlu. Po raz pierwszy też kraje biedne wystąpiły w zgodnej koalicji, domagając się od bogatych zniesienia subsydiów dla rolnictwa. Zabrakło miejsca na kompromis, szczyt w Cancun zakończył się fiaskiem. Podobnie jak tegoroczny szczyt w Genewie. Przyszłość globalizacji jako procesu polegającego na liberalizacji globalnego handlu stanęła pod znakiem zapytania.

Fair trade

Roszczenia krajów biednych, domagających się przecież tylko uczciwych reguł gry, wydają się uzasadnione. Tyle tylko, że likwidacja subsydiów przez bogatych, przy jednoczesnym otwarciu rynków dla produkcji rolnej, wcale nie oznacza poprawy sytuacji biednych. Znowu najlepiej widać to na przykładzie bawełny i przemysłu bawełnianego. Pietra Rivoli pokazuje, że amerykańscy farmerzy doskonale potrafią wykorzystać pomoc państwa, ale na niej nie poprzestają. Dwustuletnie dzieje dominacji Amerykanów na bawełnianym rynku to także okres nieustannych innowacji, usprawniania metod produkcji, wdrażania nowych technologii zbioru i uprawy.

Amerykańska bawełna to gigantyczny system angażujący samych farmerów, uczonych, przedsiębiorców, prywatne fundusze ryzyka i państwowe subsydia po to, by nieustannie zwiększać jakość i wydajność produkcji. W tej chwili działający w imieniu farmerów lobbyści walczą do upadłego o utrzymanie subsydiów, ale trwają już prace badawcze nad wykorzystaniem w przyszłości oleju bawełnianego jako paliwa do silników. Już dzisiaj każda kropla tego oleju wykorzystywana jest w przemyśle spożywczym. To system łączący protekcjonizm z innowacyjnością, najnowsze technologie i osiągnięcia nauki, w tym chemii i biologii molekularnej, z duchem przedsiębiorczości.

Podobny system nie istnieje w żadnym z innych krajów uprawiających bawełnę. Ilustruje to doskonale książka Erica Orsenny „Voyage aux pays du coton” (Wyprawa do krajów bawełny). Francuski pisarz i podróżnik wybrał się w podróż do miejsc, gdzie rządzi bawełna. Co zobaczył? W Uzbekistanie, który walczy ze Stanami Zjednoczonymi o palmę pierwszeństwa w eksporcie białego surowca, system uprawy i handlu bawełną jest praktycznie upaństwowiony. Gdy jesienią nadchodzi czas zbiorów, na pola rusza, obok kołchoźników, młodzież ze szkół i uczelni, by spełnić patriotyczny obowiązek – zebrać wszystko z pól. Nikt nie zna prawdziwych kosztów, nikt nie ma też interesu w poszukiwaniu innowacji, które zwiększyłyby wydajność.

W Egipcie w wyniku reform rolnych przeprowadzonych przez Nassera ziemia jest rozdrobniona. Małe farmy są zbyt biedne, by intensyfikować produkcję – rolników nie stać, ani też nie mają odpowiednich kompetencji, by inwestować w nowe technologie i metody uprawy. W wielu krajach Afryki Zachodniej obrót bawełną kontrolowany jest przez państwowe przedsiębiorstwa, w których ciągle, jako pozostałość po czasach kolonialnych, udział ma rząd francuski. W żadnym z krajów, który odwiedził Orsenna, oprócz Ameryki, nie ma warunków do tego, żeby zadziałała synergia wyzwalająca energię innowacyjności i przedsiębiorczości. Dlatego sama likwidacja subsydiów niewiele zmieni. Owszem, Stany Zjednoczone stracą dominującą pozycję, ale czy to, że zajmie ją np. Uzbekistan, zmieni zasadniczo sytuację rolników afrykańskich?

Pietra Rivoli nie ma wątpliwości, że obecny system jest niesprawiedliwy, ale zupełna liberalizacja międzynarodowego handlu byłaby jeszcze gorsza. Czy jest więc jakaś droga pośrednia, pozwalająca kontrolować przebieg globalizacji i handlowej integracji świata tak, żeby rzeczywiście była ona grą o sumie dodatniej, czyli przynosiła korzyści wszystkim graczom? Propozycję taką formułują Joseph Stiglitz i Andrew Charlton w książce „Fair trade. Szansa dla wszystkich”, wydanej właśnie nakładem PWN.

Stiglitz, amerykański ekonomista, laureat Nagrody Nobla z ekonomii, jest od lat krytycznym obserwatorem globalizacji. Swoje przemyślenia, oparte zarówno na wiedzy akademickiej, jak i doświadczeniu – uczony kierował zespołem doradców ekonomicznych prezydenta Billa Clintona oraz pełnił funkcję głównego ekonomisty w Banku Światowym – opisał w książkach bestsellerach „Globalizacja” i „Szalone lata dziewięćdziesiąte” (obie wydane przez PWN). Przekonuje w nich, że ekonomia nie jest nauką ścisłą, nie ma uniwersalnych recept na reformy, które działałyby z jednakową skutecznością wszędzie na świecie. Metody dobre dla wychodzącej z komunizmu Polski nie muszą być dobre dla głodującej Etiopii, w której brakuje elementarnej infrastruktury instytucjonalnej i fizycznej.

Książka „Fair trade” powstała po fiasku szczytu w Cancun, zamówiona przez wspólnotę złożoną z 52 krajów, zarówno bogatych, jak i rozwijających się. Stiglitz z Charltonem dostali zadanie, by zaproponować zrównoważony model międzynarodowej współpracy handlowej, który chroniłby przed pułapkami pełnej liberalizacji, ale jednocześnie skłaniałby kraje biedniejsze do niezbędnych reform, wspomagających utrwalanie przewagi komparatywnej. Ekonomiści pokazują, że przynajmniej teoretycznie system taki, polegający m.in. na kaskadowym otwieraniu rynków, w którym kraje biedniejsze otwierają się przed jeszcze biedniejszymi, ale w zamian dostają dostęp do rynków bogatszych, mógłby istnieć. Niestety, lipcowy szczyt WTO w Genewie pokazał, że nie sposób zrealizować go praktycznie. Dlaczego?

Stiglitz odpowiada, że po prostu za globalizacją ekonomiczną nie nadąża globalizacja polityczna. Politycy bowiem negocjujący o światowym handlu muszą rozliczać się przed wyborcami w swoich krajach. Ci zaś w pierwszej kolejności myślą o swoich biedach, troskę o jeszcze biedniejszych gdzieś w Afryce zostawiając na później.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj