Spór o teorię
Znikąd donikąd
Do Polski dotarł spór o teorię ewolucji. Przy okazji wyszło na jaw, że mało kto wie, o czym mowa. Bo prostota teorii ewolucji jest pozorna. Teoria ta zresztą ewoluowała i wypączkowała w wiele odnóg.

„Darwinizm można opisać jako pasmo przypadków. I jako takie wydaje się prosty, bo w pierwszej chwili nie dostrzegasz, z czym się wiąże. Ale kiedy już dotrze do ciebie jego znaczenie, twoje serce zmieni się w kupkę piasku. Tkwi w nim obrzydliwy fatalizm, upiorna i godna potępienia degradacja piękna i inteligencji, siły i celowości, honoru i ambicji. Nazwać go mianem Naturalnego Doboru to bluźnierstwo, do przyjęcia przez tych, którzy postrzegają Naturę jako przypadkowe nagromadzenie bezwładnej i martwej materii, ale do odrzucenia na wieki przez dusze ludzi prawych” – pisał George Bernard Shaw w „Back to Methuselah”. I miał rację (to znaczy częściowo), drugie imię Przyrody to Przypadek. Jest nawet gorzej. Dużo gorzej. Nie ma Celu, nie ma też Przyczyny. Jak to celnie ujął wybitny polski mikrobiolog i genetyk Władysław Kunicki-Goldfinger – przychodzimy znikąd i zmierzamy donikąd.

Kilkanaście miliardów lat temu z nieznanego (i najpewniej nie do poznania) powodu, w nieopisywanym przez znane nam prawa fizyki Niczym, pojawiło się Coś, nieskończenie mała skaza, osobliwość, która w równie nieskończenie krótką chwilę potem wybuchła. Mgławice, galaktyki, gwiazdy, planety, a na planetach – życie, a więc i my – wciąż niesieni jesteśmy podmuchem tej największej z eksplozji. Właśnie – gwiazdy. To wokół jednej z nich, niczym niewyróżniającej się spośród innych, z dysku otaczającej ją materii zaczęły się formować planety, a wśród nich ta trzecia, wtedy jeszcze nie błękitna, Ziemia. Pół miliarda lat później zagościły na niej zdolne do samodzielnego powielania się pierwotne komórki. A kiedy już się pojawiły, zaczęły przybierać coraz bardziej złożone formy. Jak to się konkretnie działo, pojęcia nie mamy. Nie znamy też szczegółów procesu, który prowadzi do powstania zadziwiającego możliwościami organu złożonego z miliardów komórek nerwowych – mózgu istoty ludzkiej, który historię życia na Ziemi jest w stanie, a przynajmniej próbuje, ogarnąć.

Wiemy jedno: z punktu widzenia nauki, dotychczasowe dzieje życia, gatunków i człowieka to bezcelowy ciąg przypadków – zaskakujących postępów i nagłych katastrof, szybkich awansów na wyższe stanowiska hierarchii złożoności i ślepych uliczek rozwoju albo wręcz – regresów ewolucji. Ewolucji – zjawiska opisywanego przez jedną zaledwie teorię, której autorstwo zwykliśmy przypisywać Charlesowi Robertowi Darwinowi (1809–1882). Teorię, która sprowadza człowieka z wyżyn stworzenia, degraduje do roli nośnika genów, a zarazem – stanowi dla niego jedyny ratunek.

 

Bóg niemiłosierny

Dla porządku przypomnijmy pokrótce najważniejsze tezy Darwina (w wersji uzupełnionej przez kontynuatorów jego myśli). Po pierwsze, przypadkowe mutacje genów oraz wymiana tych genów w procesie rozmnażania sprawiają, że organizmy potomne różnią się między sobą (z małym uzupełnieniem – bakterie i wirusy są w stanie dokonać bezpośredniej wymiany genów z komórkami innych organizmów, omijając szlak reprodukcyjny); po drugie, organizmy najlepiej przystosowane do warunków, w których przyszło im bytować, przeżywają i przekazują geny organizmom potomnym; po trzecie, zmiany będące wynikiem wspomnianych zjawisk zachodzą powoli i stopniowo.

Tezy nie robią wrażenia? A powinny, bo aby je spisać i poprzeć dowodami, Darwin musiał wykonać poznawcze salto, a następnie wykazać się niezwykłą odwagą, by je zaprezentować. Uczynił to na stronach „O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego” (1859), najważniejszego dzieła XIX w., a może i w ogóle najważniejszej, zaraz po Biblii, księgi świata zachodniego.

Charles Darwin przeżył olśnienie bogactwem form życia oraz dokonał kluczowych odkryć na archipelagu Galapagos. Zauważył tam zięby, które wyglądały zupełne inaczej na każdej z wysp. Dlaczego Bóg miałby tworzyć różne gatunki, skoro warunki życia na każdej z wysp były podobne – zapytał. Czy to tylko boska ekstrawagancja, a może dowód, że gatunki nie są zdefiniowane raz na zawsze, jak wcześniej sądzono? Czyżby zatem rewolucja w postrzeganiu praw przyrody zaczynała się od zięby? I tak, i nie.

Tak – ponieważ każdy przewrót zaczyna się od pierwszego wystrzału. Nie – ponieważ nie byłoby Charlesa, gdyby nie było jego dziadka – dosłownie i w przenośni. Już w tomach uczonego Erasmusa Darwina (1731–1802) pojawia się myśl, że „sam wielki glob i wszystko, co na nim mieszka, zdaje się znajdować w stanie wiecznej zmiany i rozwoju”. Być może enigmatyczny styl pism dziadka sprawił, że czcimy nie jego pamięć, ale wnuka.

Swemu pochodzeniu zawdzięczał coś jeszcze: fascynację pismami Adama Smitha (1723–1790), szkockiego myśliciela, który głosił m.in., iż współzawodnictwo i jego rezultat – naturalna selekcja – są siłą napędową postępu ekonomicznego. Jak widać Darwin nie był sam, Darwin działał w sieci: w połowie XIX w. myśl ewolucyjna wisiała w powietrzu. Rozwój geologii, odkrycia śladów przeszłych katastrof i skamieniałych szczątków olbrzymich wymarłych zwierząt, które angielski biolog Richard Owen (1804–1892) w 1841 r. nazwał mianem Dinosauria (straszne jaszczury), pobudzały wyobraźnię, sygnalizując, że być może historia Ziemi jest dłuższa, niż to można wyczytać z Biblii i stanowi zaledwie etap procesu dużo potężniejszego, ewolucji Układu Słonecznego, o którym ponad sto lat wcześniej wspominał Georges-Louis Leclerc, comte de Buffon (1707–1788), francuski filozof przyrody. Buffon twierdził, że wszelkie żywe organizmy pojawiły się samorzutnie na powierzchni Ziemi – kuli, która powstała z pacyny gorącej materii wybitej z powierzchni Słońca przez kometę. Przekonywał ponadto, że wszystkie stworzenia pochodzą od wspólnych przodków. Ich liczbę zdefiniował jako 38, twierdząc, że w warunkach podobnych do ziemskich także na innych planetach byłoby ich tyle samo.

Po Europie wieku Oświecenia krążyła zatem myśl, że życie nie jest, być może, klejnotem w koronie jednej tylko planety. Ale w jakich okolicznościach powstało? Chyba najbardziej frapującą, bo zadziwiająco bliską poglądom współczesnych uczonych, teorię biogenezy zaproponował Paul Henry Thiry, baron d’Holbach (1723–1789), który stwierdził, że materia nieożywiona może spontanicznie przybierać coraz to bardziej złożone formy, a kiedy już osiągnie dostateczny stopień złożoności – ożywa. Thiry sądził co prawda, że gatunki nie ewoluują stopniowo, jeden w drugi (a tak właśnie jest), ale przypuszczał (i to już było wizjonerstwo), że organy podlegają skorelowanej ewolucji – że „żadna z części organizmu nie może się zmienić, jeśli nie zmienią się też inne części”. Było to, jak pisze amerykański znawca tematu Edward J. Larson w książce „Evolution. The remarkable History of a Scientific Theory”, preludium do teorii ewolucji.

Rzecz jasna nie byłoby Teorii Nieustannej Zmiany, gdyby nie znaczący wkład jej adwersarzy, a przede wszystkim Georgesa Cuviera (1769–1832). Ten francuski biolog i paleontolog, uznawany za współtwórcę nowoczesnej systematyki i anatomii porównawczej, zbudował (i za to mu chwała) oddzielne pasy ruchu dla odrębnych gatunków. Wcześniej przyjmowano, że wszelkie stworzenia układają się w jeden szereg, którego człowiek był doskonałym zwieńczeniem. Badając układy nerwowe zwierząt Cuvier dowiódł (tak mu się zdawało), że gatunki mają własne ścieżki rozwoju, a ten z kolei opisywany jest przez prawa zdefiniowane przez Jeana Baptiste de Lamarcka (1744–1829), najgroźniejszego konkurenta Charlesa Darwina w wyścigu o to, co się zwie prawdą ewolucji.

Kiedy o Lamarcku mowa, znak to, że czas cofnąć się do wieków poprzedzających myśl naukową, bo tam bije źródełko, z którego czerpał ten myśliciel. Milczeniem pomińmy prastare teorie o tym, jakoby to człowiek pochodzi z błota, gliny czy gnijącego mięsa, skupiając się na Arystotelesie, który badając budowę zwierząt stwierdził, że gatunki są absolutnie niezmienne w czasie i że są wieczne. Teorię tę podchwycił Kościół, rolę twórcy gatunków przypisując Bogu, dopuszczając jednak pewną ich zmienność. Mechanizm transmutacji ilustruje biblijna scena, w której Jakub sprytnie uzyskał z owiec ubarwionych jednolicie owce nakrapiane. Ułożył przy wodopoju gałęzie topoli i „stało się w onym zagrzaniu złączenia, że owce patrzały na pręty i rodziły blachowane i pstre, i różną farbą nakrapiane” (Gen. 30, 39, Biblia Wujka). Owce dziedziczyły więc cechy nabyte siłą woli przez ich rodziców, czyli dokładnie tak, jak chciał Lamarck. W jego wyobrażeniu podobne do żelu lub gumy „fluidy nerwowe” sprawiać miały, że organy lub też części ciała używane częściej wzmacniają się i rozwijają, jak szyja żyrafy, natomiast nieużywane – zanikają, a wszystko to dzieje się w „nieskończonym czasie” i pod czujnym okiem Stwórcy.

Lamarkizm miał ponieść ostatecznie klęskę, ale zainspirował zarówno Erasmusa, jak i Charlesa Darwina (który niektóre z twierdzeń Lamarcka zawarł nawet we własnej teorii), przy okazji zasilając też arsenał argumentów kreacjonistów. (Kreacjonizm, od łac. creatio – stwarzanie, to pogląd filozoficzno-religijny głoszący, że istnienie i obecny kształt życia na Ziemi jest wynikiem działania ponadnaturalnych sił wyższych, bóstw lub kosmitów).

Teoria ewolucji czekała zatem na uczonego, który dostrzeże regułę w chaosie rozproszonych i często sprzecznych wątków; czekała na śmiałka, który podpisze ją własnym imieniem dla dobra idei nadrzędnej – nauki – ryzykując przyrównanie człowieka (siebie również) do małpy.

A tak po prawdzie to Charles Darwin zapewne nie wyłączyłby Boga ze swojej teorii, nie zdjąłby człowieka z piedestału najdoskonalszej ze wszystkich istot i nie umieścił go na Drzewie Życia obok gza i pantofelka, gdyby nie śmierć jego dwunastoletniej córki Annie. Nocą 23 kwietnia 1851 r. Darwin – wadzący się dotąd z Bogiem chrześcijanin – stał się agnostykiem.

 

Walka o przetrwanie

Od 1859 r., czyli od daty publikacji „O powstawaniu gatunków”, ludzie nigdy już nie patrzyli na siebie jak wcześniej. Szczególnie zaś nieufnie spoglądali na Darwina. Z jak ogromną krytyką się spotkał – patrz wstęp. Dość wspomnieć, że krążąca w powszechnym obiegu karykatura przedstawiała Charlesa Roberta jako małpę. Natomiast bastion Lamarcka trzymał się mocno. Jego teoria i darwinizm szły łeb w łeb. Pałeczkę po schorowanym Darwinie, który umęczony atakami przeciwników swej teorii stopniowo wycofywał się z życia publicznego, przejęli dziarscy uczeni – angielski przyrodnik Thomas Henry Huxley (1825–1895) i niemiecki zoolog August Weismann (1834–1914), ale mimo ich wysiłków pod koniec XIX w. przewagę zdawała się uzyskiwać teoria dziedziczenia cech nabytych. W 1903 r. niemiecki botanik Eberhard Dennert (1861–1942) stwierdził wręcz, że „stoimy przy łożu śmierci darwinizmu i zastanawiamy się, czy nie wysłać przyjaciołom pacjenta paru groszy, by zapewnił zmarłemu przyzwoity pochówek”.

 

Teoria Darwina zaczęła zatem nużyć uczonych i opinię publiczną. A kiedy już stawała się przedmiotem debaty – to w formie wykrzywionej przez wiktoriańską lub wręcz rasistowską wiarę w wyższość jednych narodów lub grup społecznych nad innymi. Wiara ta sprawiała niejednokrotnie, że ci sami przyrodnicy jednocześnie kładli fundamenty pod nowe dziedziny nauki i pseudonauki. Na przykład angielski przyrodnik Francis Galton (1822–1911) jest ojcem zadziwiających bliźniaków – genetyki oraz eugeniki, idei skądinąd słusznej (przewidującej, że w nowoczesnych społeczeństwach nastąpi pogorszenie jakości materiału genetycznego), ale praktykowanej w naganny moralnie sposób (arbitralnie uznawano niektórych ludzi za rasowo gorszych i eliminowano ich lub przymusowo sterylizowano).

Z pnia darwinizmu odbił też silny konar darwinizmu społecznego, który zakłada, że nie pojedyncze osobniki, ale rasy i narody prowadzą walkę o przetrwanie. Niemiecki zoolog Ernst Haeckel (1834–1919) pisał w „Natürliche Schöpfungsgeschichte”, że „cała historia narodów zostanie wyjaśniona za pomocą pojęcia doboru naturalnego. Pasja i egoizm – uświadamiane czy nieuświadamiane – są powszechną siłą napędową życia”. Późniejsza wynaturzona odmiana darwinizmu społecznego – nazizm – ostatecznie skompromitowały tę teorię.

Zainteresowanie darwinizmem opadało również dlatego, że dokładny mechanizm dziedziczenia wciąż pozostawał tajemnicą. Zakładano, że nośnikiem są bliżej nieokreślone geny; przypuszczano, jak sugerował Weismann, że są one przechowywane w chromosomach, ale pewności nie było. Uczeni znali co prawda wyniki badań austriackiego przyrodnika, brata Gregora Johanna Mendla (1822–1884), prekursora genetyki, który krzyżował groch jadalny i już w 1866 r. zdefiniował prawa dziedziczenia, ale było ich niewielu – Mendel był osobą skrajnie niepubliczną (mówił o sobie w trzeciej osobie) i takie też pozostawały wyniki jego badań. Był to, jak pisał Kunicki-Goldfinger, przedwczesny poród genetyki. Należny Mendlowi szacunek przywrócił dopiero na początku XX w. amerykański biolog Thomas Hunt Morgan (1866–1933). Dokonując licznych i niezwykle uciążliwych eksperymentów na muszkach owocowych Morgan udowodnił, że – rzeczywiście – nośnikami genów są chromosomy, a dziedziczenie opisać można za pomocą reguł brata Gregora.

Tymczasem wróg nie spał. Wykorzystał fakt, że darwinizm miał „jedną nóżkę bardziej”: była to już spójna teoria, były już pierwsze dowody na jej poparcie, wciąż jednak brakowało systematycznego, ścisłego – matematycznego – opisu procesów ewolucji. Darwiniści i kreacjoniści toczyli zażartą walkę, której pierwszą kulminacją był słynny „małpi proces” w Dayton w stanie Tennessee w 1925 r. Nauczyciela miejscowej szkoły oskarżono o propagowanie wiedzy na temat teorii Darwina. Kiedy w 1999 r. w stanie Kansas doszło do podobnego procesu, sam Stwórca przesłał w tej sprawie list do redakcji dziennika „The Washington Post”. Warto przytoczyć jego treść, bo jest ponadczasowa: „Dzięki za poparcie. Jestem wielce zobowiązany. Idźcie i rozmnażajcie się. Płódźcie dzieci. Wasze dzieci też spłodzą dzieci, a ich dzieci będą się dalej rozmnażały. I z czasem geny, które zrobiły z was takich tumanów, zostaną wyeliminowane przez dobór naturalny. Bo tak to właśnie działa”.

Pod koniec lat 20. ubiegłego wieku zaczęły nadchodzić posiłki darwinistów, wśród których był brytyjski genetyk John Burdon Sanderson Haldane (1892–1964). Przedstawił on kolejne dowody na słuszność teorii Darwina i Mendla. Wraz z genialnym statystykiem Ronaldem A. Fisherem (1890–1962) oraz amerykańskim genetykiem Sewallem G. Wrightem (1889–1988) stworzyli nową naukę – genetykę populacyjną. Zamiast przyglądać się pojedynczym organizmom, skupili się na całych populacjach i stosując wyrafinowane modele matematyczne otrzymali wyniki doskonale zbieżne z tezami Darwina. A kiedy w 1953 r. młodzi naukowcy – angielski biochemik i genetyk Francis Crick (1916–2004) oraz amerykański biochemik James D. Watson – ogłosili na łamach „Nature”, iż „odkryli tajemnicę życia”, czyli strukturę DNA, języka, w którym zapisane są geny, teoria ewolucji zyskała pełnię. No – prawie.

Wciąż trwają dyskusje chociażby na temat przyczyn zachowań altruistycznych, które zdają się przeczyć zasadzie bezwzględnej walki o przetrwanie. Brytyjski antropolog William D. Hamilton (1936–2000) wyjaśniał to spotykane nie tylko wśród ludzi zachowanie prostą kalkulacją całkowitych strat i zysków w obrębie populacji blisko spokrewnionych osobników (śmierć jednej istoty może ocalić całą grupę). To zrozumiałe intuicyjnie zjawisko udowodnił za pomocą modelu matematycznego. Richard Dawkins natomiast przekonuje od lat, że nie my – ludzie – jesteśmy podmiotem tej gry, ale nasze geny. Jesteśmy zrobotyzowanymi pojazdami, ślepo zaprogramowanymi do przechowywania egoistycznych molekuł zwanych genami, pisze w „Samolubnym genie”, a w „Ślepym zegarmistrzu” dodaje, że rzeczywistym celem DNA jest przetrwanie – tyle i nic ponadto. Dawkins jest propagatorem szerszej, kontrowersyjnej niegdyś teorii, aspirującej do miana dziedziny nauki – socjobiologii (dziś znanej pod nazwą psychologii ewolucyjnej). Jej ojciec, amerykański biolog Edward Osborne Wilson, od trzydziestu lat przekonuje, że normy etyczne oraz zachowanie wszystkich zwierząt, włącznie z ludźmi, nie są wynikiem działania wolnej woli, ale właśnie genów.

Uczeń czarnoksiężnika

Tak niewiele trzeba, by obalić teorię ewolucji. Wciąż aktualne pozostają słowa Darwina z „O powstawaniu gatunków”: „Gdyby można było wykazać, że istnieje jakikolwiek złożony narząd, który w żaden sposób nie mógł powstać wskutek następstwa wielu drobnych modyfikacji, moja teoria kompletnie by się załamała”. Darwinizm ległby w gruzach również wtedy, gdyby w skałach sprzed 500 mln lat zachowała się choćby jedna czaszka ssaka. Ale podobnych dowodów brak. Teoria ma się dobrze, zaprzeczając tezie francuskiego biologa Jeana Rostarda (1894–1977), że „teorie mijają, a żaba trwa”.

To potężne narzędzie współczesnej nauki, którego w całości zakwestionować nie sposób, nie wyjaśni niestety kwestii zasadniczych: Celu i Przyczyny. Można jednak oczekiwać od teorii odpowiedzi na pytania mniejszej wagi: o wyższość rozmnażania płciowego nad bezpłciowym (dlaczego są panowie i panie – nie ma pełnej zgody wśród uczonych), o konieczność starzenia się i śmierci, które to zjawiska z biologicznego i fizycznego punktu widzenia, teoretycznie rzecz biorąc, nie musiałyby zachodzić. Co prawda niemiecki genetyk August Weismann (1834–1914) uważał śmierć za objaw adaptacji, ponieważ nieskończenie długie trwanie jednostki stanowiłoby niepożądany luksus, ale pogląd ten bywa często kwestionowany. Z trzeciej jednak strony, tkwi w nim co najmniej jedno ziarno prawdy – przedłużające się życie i rozmnażanie metodą klonowania spowolniłoby tempo ewolucji biologicznej. Szybszy rozwój ludzkości możliwy jest jednak na innej platformie.

Na kondycję wyjątkowego zwierzęcia, jakim jest człowiek, wpływają nie tylko geny, ale również kultura, którą tworzy (choć przekaz pozagenetyczny to cecha nie tylko tego gatunku). Dawkins wprowadził nawet specjalne określenie na podstawową jednostkę transmisji kulturowej, nazywając ją memem. Inni uczeni zaproponowali własne definicje: brytyjski psycholog Henry Plotkin mówi o analogicznej do genu jednostce spuścizny kulturowej, natomiast amerykański filozof Daniel Dennet za mem uważa złożone pojęcie przybierające charakterystyczną, łatwą do zapamiętania postać. Od chwili poczęcia w latach 70. memetyka rozwinęła się w samodzielną gałąź wiedzy, próbując się zmierzyć z analizą ewolucyjną tak poważnych przejawów ludzkiej aktywności jak nauka czy religia. I nie jest przeszkodą dla uczonych fakt, że nikt z nich nie wie, czym w istocie są memy. Przekonują, że genetyka była uprawiana z powodzeniem przed odkryciem fizycznej struktury genów. A jest co uprawiać, bo niekontrolowana ewolucja może się nam wymknąć spod kontroli – jak w książce „Wokół ewolucji” pisał znakomity polski biolog Antoni Hoffman (1950–1992): „kultura, potrzeby estetyczne i metafizyczne człowieka to wytwór ewolucji biologicznej, co – jak uczeń czarnoksiężnika – wyzwoliła w społeczeństwach ludzkich siły, nad którymi nie potrafiły już zapanować”.

Nasz aparat poznawczy jest wynikiem przede wszystkim ewolucji biologicznej. Innymi słowy: jesteśmy uwięzieni w pułapce własnego umysłu. Być może rzeczywistość bardziej złożona niż ta, z którą mieliśmy do czynienia na sawannach Afryki, wymyka się naszym analizom. Musimy zatem spojrzeć szerzej. Już w latach 20. ubiegłego wieku austriacki filozof i biolog Ludwig von Bertalanffy (1901–1972) uznał, iż potrzebujemy teorii systemów, holistycznej teorii badawczej, która zajęłaby się nie elementami (genetyka, memetyka, ale i psychologia, socjologia czy historia), lecz siatką ich wzajemnych połączeń. Gdzieś muszą się kryć prawa jeszcze ogólniejsze od teorii ewolucji, a przynajmniej dobrze by było, gdyby gdzieś się kryły. Kto wie (to już spekulacje), może pojawienie się Charlesa Darwina i jego teorii ewolucji jest elementem jakiegoś bardziej ogólnego procesu ewolucyjnego – podobnie jak ewolucja samej teorii ewolucji? Uczeni, którzy poświęcają się poszukiwaniom podobnych praw, wspominają nawet czasem o potrzebie zadawania pytań (które dawno już uznano za pozbawione sensu), o sens i kierunek ewolucji. O etykę w świecie, który ewoluuje bez nadzoru.

Krytycy twierdzą jednak, że to wyjątkowo mętne pytania, przekonując, że teoria systemów jest przebrzmiałą modą, a etykę – funkcjonującą u wszystkich zwierząt społecznych (np. małp) – można wyprowadzić na gruncie psychologii ewolucyjnej z matematycznej teorii gier.

 

Wśród maszyn

Niezależnie od tego, jak historia zweryfikuje wartość teorii systemów, ma ona co najmniej jedną fascynującą cechę – obejmuje (a przynajmniej próbuje) zarówno organizmy żywe, jak i te, o których zwykliśmy sądzić, że żywe nie są. Na przykład te, które w nocy 3 stycznia 1990 r. zaprogramował amerykański biolog Thomas Ray. To miała być igraszka, wspominał w książce „How I Created Life in a Virtual Universe”, a tymczasem „rozpętało się istne piekło. Wewnątrz maszyny miałem ewolucję w całej jej okazałości, tyle że przyspieszoną do szybkości mierzonej w megahercach”. Ray stworzył organizmy numeryczne, cyfrowe istoty rozmnażające się, ginące, konkurujące o ograniczone zasoby energii, czyli mocy procesora komputera. Nie był pierwszy – choć jako pierwszy wygenerował świat łudząco podobny do biologicznego.

Podobne eksperymenty w latach 50. XX w. prowadził biolog matematyczny Nils Borricelli (inspirowany pracami geniusza brytyjskiego matematyki i cybernetyki Alana Turinga), który zaobserwował, że pozbawione przewagi szybkiego rozmnażania pasożyty z najwyższym trudem współzawodniczyły z bardziej rozwiniętymi i lepiej zorganizowanymi gatunkami. Granica między tym, co żywe, i tym, co nieżywe, została raz na zawsze zatarta, a definicja życia stanęła pod znakiem zapytania. Na stronach „Numerical Testing of Evolution Theories” Borricelli pytał: „Czy te stworzenia są początkiem albo rodzajem obcych form życia? Czy są tylko modelami? Nie są modelami w większym stopniu, niż modelami są żywe organizmy”.

A gdyby tak pozwolić podobnym istotom rozmnażać się i rozwijać bez przeszkód, dostarczając nieograniczonych mocy obliczeniowych komputerów, w których pędzą swój cyfrowy żywot – czy osiągnęłyby w końcu poziom złożoności, który doprowadziłby do powstania rozumnych istot? Teoretycznie jest to możliwe, choć na przeszkodzie staje człowiek. Na razie potrafimy tworzyć jedynie umiarkowanie inteligentne algorytmy genetyczne – programy, które uczą się na własnych błędach i są wykorzystywane w nauce i przemyśle. Kłopot polega na tym, że „układy na tyle proste, by je zrozumieć, nie są na tyle złożone, by się inteligentnie zachowywać, podczas gdy układy na tyle złożone, by się inteligentnie zachowywać, nie są na tyle proste, by udało się je zrozumieć” – pisze historyk techniki George B. Dyson w książce „Darwin wśród maszyn”. Zatem pat? Niekoniecznie – bo mamy Internet. Cyfrową gęstwinę, której kolektywny rozwój może zrodzić kiedyś mądrość większą od ludzkiej, przekonuje Dyson.

Równie wybitny co kontrowersyjny entomolog Edward O. Wilson pisze w „Konsyliencji”, że „z symulacji wyłonią się, być może, głębokie i uniwersalne prawa rządzące systemami złożonymi. Odsłonią się algorytmy działające na wielu poziomach organizacji materii, aż po najbardziej złożone systemy we Wszechświecie. Będą to systemy, które same podtrzymują swoje funkcje życiowe, skutecznie się reprodukują, podlegając jednocześnie zmianom. Innymi słowy – będą to organizmy żywe”. Zatem mamy szansę na dwie pieczenie: dzięki komputerom poznamy prawa systemów i zyskamy elokwentne towarzystwo. Byle nie za bardzo, rzecz jasna, bo przegramy tę grę w inteligencję.

Jeden z najwybitniejszych ewolucjonistów John Maynard Smith (1920–2004) i węgierski biochemik Eörs Szathmáry na stronach napisanej wspólnie książki „Tajemnice przełomów w ewolucji” przekonywali (choć zachowując ostrożność charakterystyczną dla dobrych uczonych), że skutki rewolucji cyfrowej będą równie głębokie jak konsekwencje powstania kodu genetycznego lub mowy. Pytali też: „Czy nasi potomkowie będą żyć głównie w rzeczywistości wirtualnej? Czy powstanie jakiś rodzaj symbiozy między genetycznymi a elektronicznymi sposobami gromadzenia zasobów informacji? Czy urządzenia nabędą zdolność samoodtwarzania się, ewolucji i zastąpią te prymitywne formy życia, które wydały je na świat? Nie wiemy”.

 

Idioci i łajdacy

Jak widać, prostota teorii ewolucji jest pozorna. To nie jest zwykła teoria, nie strzelisty świerk – Charles Robert Darwin rzucił na żyzną glebę nasionko, z którego wystrzelił baobab ludzkiej myśli, z korzeniami w czasach głębokiego antyku i rozłożystą koroną, na którą uczeni wdrapują się mozolnie, tocząc dyskusję lub wręcz spory, a jakby tego było mało – każdy z nich siedzi na innej gałęzi (wyżej opisano tylko nieliczne wybrane, pomijając na przykład rozdmuchany medialnie spór między tak zwanymi gradualistami i punktualistami). I tak się składa, że owa teoria rozwijana szczególnie intensywnie przez ostatnie pół wieku, której sedno stanowi ponoć „obrzydliwy fatalizm, upiorna degradacja piękna i inteligencji” (jak pisał Shaw), to nasz jedyny ratunek przed nieuchronną zagładą. Jeśli wiedzy na temat jej mechanizmów nie wykorzystamy z głową, to albo zadręczymy się sami doprowadzając ziemską biosferę do ruiny, albo zjedzą nas ewoluujące w straszliwym tempie wirusy i bakterie (wykorzystujące naszą spadającą odporność na rozmaite choroby), albo maszyny wezmą nas w jasyr, albo na pewno – raz na zawsze – pochłonie nas gasnące Słońce (to dopiero za czas jakiś).

Władysław Kunicki-Goldfinger (1916–1995) stawiał sprawę jasno: „Dla biosfery nie jesteśmy najważniejszym aktorem. Dramat czy tragifarsa życia rozgrywały się i mogą w przyszłości rozgrywać mniej więcej tak samo i bez nas. Ale jesteśmy chyba jedynymi aktorami na scenie, którzy o tym wiedzą i którzy mogą choćby częściowo pisać swoją rolę. Nie piszmy jej jak idioci i łajdacy. Stać nas bowiem na dobry i piękny scenariusz”.

Tekst powstał we współpracy z serwisem ewolucja.org.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj