Sunanta ****
Adres: Warszawa, ul. Krucza 16/22

Ulica Krucza pomiędzy Wilczą a Hożą to miejsce zarezerwowane wyłącznie dla smakoszy. Świadczą też o tym chodniki, na których nie można zaparkować ani w porze lunchu, ani w godzinach kolacyjnych. Staramy się odwiedzać wszystkie lokale po kolei. Ale opisujemy tylko te, które uznaliśmy za godne polecenia.

Tym razem zawędrowaliśmy do restauracji (a właściwie restauracyjki) Sunanta. To lokal tajski. I ma tę przewagę nad innymi warszawskimi knajpkami, dumnie wywieszającymi szyldy anonsujące kuchnię tajską, że tu gotuje autentyczna mistrzyni z Tajlandii. Każdy, kto spróbował czegokolwiek w Sunancie, wie to doskonale. Dopiero bowiem od niedawna szefom lokalu udało się nakłonić mistrzynię, by nieco zmniejszyła ostrość potraw, przystosowując je do delikatnych podniebień nadwiślańskich. Prawdę mówiąc, nas to nie dotyczy. Nawet trochę byliśmy rozczarowani brakiem kropelek potu na czole i pieczenia w ustach, co ujawniliśmy kelnerowi. I stąd nasze informacje o przymusowym złagodzeniu receptur.

Sunanta jest – jak wspomnieliśmy – niewielka. Trzeba więc rezerwować stoliki lub wpadać w godzinach zmniejszonego ruchu. Choć, prawdę mówiąc, nie wiemy, jakie to godziny.

Ale siądźmy wreszcie przy stole, zamówmy duży czajnik zielonej herbaty i zajmijmy się wyborem menu. Na pierwszy ogień poszły chrupkie naleśniki z warzywami ze słodko-pikantnym sosem (25 zł) oraz naleśniki z małżami – w tej samej cenie i z podobnym sosem. Później zupa kwaśno-ostra (15 zł) i jaja gotowane na parze z krewetką oraz orzeszkami (22 zł). Tu jedno zdanie o jajach. Danie to figuruje w rozdziale „zupy”. I ma to uzasadnienie. Na dnie miseczki jest bowiem odrobina rozkosznego delikatnego płynu. Całość jest jednak gęstej konsystencji i przypomina raczej rozdrobniony omlet, zawierający w środku wielką krewetkę i sporo pokruszonych orzeszków. Jest to jedno z najdelikatniejszych tajskich dań.

Mogliśmy wybierać spośród kilkunastu potraw z wieprzowiny, tyluż z wołowiny, kilku z kaczki, kilku z kurczaka, z ryb, wegetariańskich, ale zdecydowaliśmy się na krewetki w czosnku (50 zł) i owoce morza z ziołami i chili (52 zł). Wybór był trafny, dania przyrządzone perfekcyjnie, a czosnek do krewetek tak podpieczony, że po wyjściu z Sunanty nie raziliśmy spotykanych ludzi charakterystycznym odorem.

Jedyne nasze narzekanie wzbudziła nadmiernie złagodzona, a tak charakterystyczna dla tego regionu świata, pikantność. No i nieszczęśliwe sąsiedztwo. Siedzieliśmy obok dwóch urzędników resortu obrony, którzy tubalnymi głosami dzielili się z resztą gości komentarzami na temat poruczników, kapitanów i majorów oraz planami (zapewne tajnymi) przygotowań do uroczystości ku czci generała Andersa. (Miłośnikom historii wojska służymy dodatkowymi informacjami).

Wśród deserów, które nie są chyba namiętnością Tajów, królowały banany smażone i przyrządzane w inny sposób, owocowe sałatki i lody w gorącym cieście. Czyli południowo-wschodni azjatycki banał.

Całość, mimo dość wysokich cen, zasługuje na równie wysokie oceny, co też zrobiliśmy, przyznając restauracji cztery gwiazdki.
 
 

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj