Słowne uniwersum
Człowiek w klatce języka
Czy z rzeczywistości języka da się uciec? Rozmowa z językoznawcą prof. Tomaszem Pawłem Krzeszowskim.

Czytaj także

Sławomir Mizerski: – Panie profesorze, czy pasja językoznawcza ma coś wspólnego z chęcią mówienia wieloma językami?

Tomasz Paweł Krzeszowski: – W moim wypadku nie. Nie wiem, dlaczego zacząłem studiować anglistykę, bo szczerze mówiąc fascynowała mnie matematyka. Ale to była miłość nieodwzajemniona, niestety. Myślałem też przez chwilę o szkole teatralnej. Poszedłem zdawać na anglistykę z myślą: zobaczę, co to jest. Z czasem zaczęły mnie te studia wciągać.

Ale języków nie bardzo chciał się pan uczyć?

Nigdy nie miałem pasji do uczenia się języków. W tej pasji jest coś ze zbieractwa – kolekcjonowanie słówek, idiomów, które wyłapuje się, zapisuje w kajecie, zapamiętuje i stara się ich używać. Kilka języków znam, ale nigdy nie uczyłem się ich z wielkim zamiłowaniem.

Po prostu nasiąkał pan nimi?

Właśnie. Brakowało mi systematyczności niezbędnej np. do wkuwania słówek. Bardziej interesowała mnie historia języka, jego budowa, struktury. Tematy ocierające się o psychologię, filozofię. W końcu zająłem się poważnie językoznawstwem. To była druga połowa lat 50., czasy wielkiej popularności strukturalizmu, tuż przed rewolucją Chomsky’ego, związaną z publikacją jego „Syntactic Structures”. Ten strukturalizm mnie zafascynował.

Co właściwie pana pociągnęło?

Problematyka struktury języka. To, jak ta struktura ma się do rzeczywistości pozajęzykowej. Pytanie: czy język wpływa na nasze widzenie świata, albo odwrotnie: czy język jest kształtowany przez świat, w którym przyszło nam żyć? Jest na ten temat słynna hipoteza względności językowej. Mówi ona, że człowiek widzi świat poprzez język, tzn. język narzuca człowiekowi pewne widzenie świata. Słynny filozof Ludwig Wittgenstein do końca życia zmagał się z problemem: w jakim stopniu język stanowi klatkę i zmusza człowieka do określonego widzenia świata?

Iredyński powiedział, że człowiek jest zanurzony w języku jak ryba w wodzie.

Według Wittgensteina, z rzeczywistości języka w ogóle nie da się uciec. W filmie Dereka Jarmana o Wittgensteinie jest scena, jak on siedzi w klatce. Ta klatka to język właśnie.

 

Widzenie językiem

 

Czy są jakieś struktury właściwe dla każdego języka bez wyjątku?

Na pewnym poziomie ogólności owszem. W każdym języku można zadać pytanie, zaprzeczyć albo wygłosić sąd. Natomiast jeśli pan pyta o warstwę morfologiczną – strukturę wyrazu, składnię – to tu trudno jest mówić o cechach uniwersalnych. Podejrzewa się, że pewne części mowy są uniwersalne. Większość badaczy uważa na przykład, że w każdym języku są rzeczowniki i czasowniki. Ale tak naprawdę to, co uniwersalne, to gotowość umysłu, mózgu przede wszystkim, do przyswojenia sobie języka.

Coś, co można by nazwać instynktem mowy u człowieka?

Tak. Coś, co pozwala normalnie rozwijającemu się człowiekowi przyswoić sobie dowolny język w określonym czasie. Kontrowersje dotyczą tego, czy gdy dziecko uczy się języka, to wszystko zaczyna od nowa, czyli mamy do czynienia ze znaną w filozofii sytuacją tabula rasa w zakresie znajomości języka, czy też przychodzi ono na świat z pewnymi gotowymi i uniwersalnymi elementami gramatyki, a nie jedynie neurologicznym wyposażeniem niezbędnym do uczenia się języków i przyswojenia sobie gramatyki.

Jak tę kontrowersję rozstrzyga nauka?

Odpowiedź brzmi, że na pewno rodzimy się z taką predyspozycją i w zasadzie nie ma na ten temat sporu. To nawiązanie do tradycji kartezjańskiej i koncepcji Humboldta, dotyczącej zdolności językowej, z którą człowiek przychodzi na świat i która go odróżnia od innych istot.

Czy ludzie mówili na samym początku jednym językiem?

Na ten temat istnieją wyłącznie hipotezy i domniemania. W gruncie rzeczy jest to pytanie o pochodzenie człowieka, bo trzeba postawić znak równości między człowieczeństwem a zdolnością mówienia ludzkim językiem. No, może przesadziłem, w każdym razie istnieje tu daleko idąca zbieżność. Więc pytanie o to, czy był jeden wspólny język, to pytanie o to, czy człowiek pochodzi od takiego czy innego przodka. Ale jeśli wierzymy w ewolucyjny rozwój świata, to możemy przyjąć, że język jest po prostu jednym z produktów ewolucji i powstał wtedy, gdy mózg był gotowy do jego przyjęcia.

Ten język jest ściśle powiązany z procesami umysłu i procesami postrzegania świata. Czy oznacza to, że w zależności od tego, jakim językiem się posługujemy, mamy inne postrzeganie rzeczywistości?

Zdolność do poznawania języka może być wrodzona, natomiast to, jakim językiem się posługujemy, zależy wyłącznie od tego, w jakim środowisku się wychowujemy. Przychodzimy na świat z gotowością do uczenia się języków, ale nie przynosimy ze sobą żadnego konkretnego języka. Jeśli dziecko urodzone w środowisku anglojęzycznym umieścimy w środowisku języka chińskiego, ono nie będzie znało słowa po angielsku. Natomiast ten chiński, który jest przekazywany temu dziecku w drodze tzw. transmisji kulturowej, niesie ze sobą cały bagaż pojęciowy, który zmusza je do widzenia świata w określony sposób za pośrednictwem tego języka. Jak gdyby człowiek nałożył okulary, które każą mu widzieć wszystko tak, a nie inaczej.

Na czym te różnice w opisie świata polegają?

Odbieramy świat za pomocą zmysłów i wiemy, że te zmysły nas czasem zawodzą. Jeden obserwator niedowidzi, inny niedosłyszy, trzeci jest daltonistą, dlatego każdemu ten świat rysuje się inaczej. Coś podobnego dzieje się z językami. Jeśli mówię po polsku w czasie przeszłym o tym, że ktoś coś zrobił, muszę zwracać uwagę na to, czy zrobił to mężczyzna czy kobieta. Język mnie zmusza do tego seksistowskiego rozróżnienia. Ale jeśli mówię po angielsku, to mnie może w ogóle nie interesować. Mało tego, w niektórych językach w trzeciej osobie w ogóle nie ma rozróżnienia zaimków. Ten sam zaimek obowiązuje dla wszystkich trzech osób.

Jest jakieś „to”, czyli istota?

Właśnie. Tak jest w językach ugrofińskich, w języku chińskim, o ile wiem. Chiński nie zmusza także mówiącego, żeby odróżniał liczbę mnogą od pojedynczej, jeśli nie ma takiej potrzeby. Nie mówię już o językach mało znanych, np. indiańskich, gdzie człowiek musi wiedzieć naprawdę mnóstwo rzeczy, żeby powiedzieć cokolwiek sensownie. Są języki wymagające wybrania właściwej formy gramatycznej w zależności od tego, czy wypowiadający zdanie stoi akurat przodem czy tyłem do rzeki. Język zmusza, żeby to wiedzieć, bo inaczej w ogóle nie da się wypowiedzieć zdania.

Wiele języków zmusza mówiącego do zwracania uwagi na czas.

Czas to absolutnie nie jest kategoria uniwersalna. Są języki, w których czasowniki w ogóle nie wyrażają czasów. Klasycznym przykładem jest tu język starohebrajski, w którym nie istniało rozróżnienie czasów przeszłego, teraźniejszego i przyszłego, a jedynie postać, czyli aspekt dokonany i niedokonany. Nastręcza to wiele problemów, chociażby w tłumaczeniu Starego Testamentu na te języki, które zmuszają do dokonywania takich rozróżnień.

A więc w starohebrajskim wszystko jest poza czasem?

W wiecznym teraz. Oczywiście można powiedzieć „dzisiaj”, „wczoraj”, ale sama struktura czasownika nie wymaga odniesienia się do jakiegoś czasu. Językiem, który bardzo dużą uwagę przywiązuje do czasu, jest angielski. Mówiąc w tym języku, trzeba zwracać uwagę na czasowe subtelności i trzeba je potem wyrażać. To subtelności, na które Polak nie zwraca w ogóle uwagi, bo polski go do tego nie zmusza.

 

Skąd się wzięła wieża Babel

 

Wygląda na to, że nawet gdyby ludzie na początku mówili jednym językiem, to potem umieszczeni w różnych sytuacjach geograficznych, kulturowych i tak doprowadziliby do takich zmian w tym języku, że przestaliby się rozumieć.

Tu wchodzimy w sferę dywersyfikacji języków. Jak to się stało, że powstała językowa wieża Babel? To niesłychanie skomplikowany i uwarunkowany wieloma czynnikami proces. Nie ma jednej teorii uzasadniającej, dlaczego języki się różnicują. Każdorazowe różnicowanie to wypadkowa wielu różnych czynników wewnątrz i na zewnątrz języka – geograficznych, politycznych. Najbardziej oczywista przyczyna to oddalenie z jednej strony i izolacja z drugiej. To nie musi dotyczyć tylko narodów, plemion, ale np. także rozmaitych zawodów wykonywanych w pewnej izolacji społecznej. Jeśli jakieś grupy zawodowe czy społeczne są izolowane lub chcą się izolować, również wytwarzają własny wariant języka.

Czy dokonuje się to według jakiegoś językowego wzorca?

Są tu tendencje, które można poskładać w pewne prawa. Przede wszystkim pojawiają się nowe słowa. Ale zmiana dotyczy także wymowy, zwykle w kierunku pewnej nonszalancji, nawet niechlujności, która utrudnia zrozumienie przez obcych.

Dlaczego pewne języki w pewnych okresach historycznych zdobywały pozycję dominującą?

O tym decydują uwarunkowania historyczno-polityczne. Dane języki dominują, ponieważ dominują grupy społeczne mówiące nimi.

Może łacina zawdzięczała swoją popularność nie tylko Rzymianom, którzy podbili świat, ale i temu, że była w tamtym czasie językiem nowocześniejszym od innych?

Bałbym się snuć takie hipotezy. Sądzę, że to nie zależy od struktur samego języka. Łacina w porównaniu z angielskim jest nieporównanie bardziej skomplikowana, jeśli idzie o pewną sferę gramatyki. Ma przecież dużo bogatszą morfologię. Łacina jest językiem o niezwykle bogatej fleksji, podczas gdy angielski ma fleksję bardzo ubogą. Patrząc z tego punktu widzenia, łacina nie miałaby szans z angielskim w tamtym czasie, a mimo to stała się językiem powszechnie używanym.

Ale może za jej pomocą dawało się precyzyjniej, lepiej opisywać rzeczywistość?

W danym momencie historycznym zapewne tak. Jeśli osoby wykształcone używały łaciny, to tę łacinę wzbogacały o nowe wyrafinowane słowa, zwroty, przez co łacina doskonale opisywała zastaną i nowo odkrywaną rzeczywistość. Ten język do tej pory jest przecież kopalnią słów, z których tworzy się wciąż nowe słowa w innych językach. To samo dotyczy zresztą starożytnej greki.

Czy fleksyjność mogła dawać łacinie przewagę, powodować, że lepiej się nadawała do opisu rzeczywistości?

Są językoznawcy wierzący w to, że język jest taki, jakiego potrzebują mówiący nim. I że zawsze wiernie odzwierciedla ich stan umysłu.

Czyli że każdy język, którego jakaś grupa używa, jest dla niej wystarczająco dobry?

Tak. A jeśli ktoś nie potrafi czegoś wyrazić w danym języku, to znaczy, że nie jest mu to potrzebne. Język ludzi intelektualnie czy duchowo leniwych jest zawsze uboższy od języka ludzi dociekliwych. Bo język jest obrazem tego, jak człowiek myśli. Jeśli ktoś musi poszerzyć swój język, zasób pojęć, to się to po prostu dzieje. Język się do tych potrzeb dostosowuje. Jeśli w pewnych językach jest potrzeba mówienia o skomplikowanych operacjach na otwartym sercu, to tworzy się cały ogromny aparat pojęciowy po to, aby o tym precyzyjnie mówić.

Rozumiem, że w języku suahili nie ma potrzeby o tym rozmawiać. Dlatego brakuje w nim odpowiednich terminów.

A człowiek mówiący suahili, który zostanie kardiochirurgiem, przyswoi sobie odpowiedni język, prawdopodobnie angielski.

 

Puchatek mówi po łacinie

 

Czy zmierzch łaciny nie wiązał się z faktem, że stała się ona narzędziem zbyt archaicznym, nieodpowiednim do opisu zmieniającego się świata?

Po pierwsze łacina tak do końca nie umarła, bo ciągle służy jako źródło słownictwa dla współczesnych języków. W Watykanie nadal jest to język oficjalny. Po drugie ten język wciąż się zmienia, są tłumaczenia na łacinę współczesnych utworów, z udziałem zupełnie nowych wyrazów. Istnieje nawet łacińska wersja „Kubusia Puchatka” i nosi tytuł „Winnie ille Pu”.

Czyli że można dzisiejszy świat opisać po łacinie?

Jak najbardziej. Łacina jest ciągle produktywna pod tym względem. W rezultacie trwającego przez całe stulecia wpływu łaciny obecnie w zasobie słownikowym języka angielskiego, w końcu języka germańskiego, ok. 70 proc. wyrazów jest pochodzenia łacińskiego, chociaż niektóre z tych zapożyczeń weszły do angielszczyzny za pośrednictwem innych języków, najczęściej francuskiego.

Czy w ogóle istnieją języki lepsze i gorsze?

Nie. Język jest zawsze taki, jaki jest potrzebny tym, którzy się nim w danym czasie posługują.

Nie jest tak, że lepsze jest to, co prostsze, łatwiejsze do nauczenia?

Ale co to znaczy: prostsze czy łatwiejsze do nauczenia? Pan mi pewnie powie, że angielski jest prostszy niż łacina. Otóż w warstwie morfologicznej zdecydowanie tak. Jakieś 80 proc gramatyki łacińskiej to są kwestie morfologiczne – te wszystkie koniugacje, deklinacje, tryby itd. Setki końcówek w rozmaitych czasach i przypadkach. Składnia zajmuje zaledwie kilka stroniczek w podręczniku. W angielskiej gramatyce jest dokładnie odwrotnie – morfologię można spisać na jednej stroniczce, natomiast wszystkie zjawiska składniowe, czyli to, co się dzieje między wyrazami i jak się one łączą, stanowi nieprawdopodobnie trudny obszar. Nie mówię o trudnościach związanych z pisownią, bo o tym każdy wie. Ale to, co mało kto sobie uświadamia, to nieprawdopodobna precyzja, jeśli chodzi o związki międzywyrazowe. A więc cała sfera kolokacji między wyrazami – co z czym można połączyć, żeby to było poprawnie po angielsku. To jest ogromna sfera idiomatyki.

A więc łatwość angielskiego to iluzja?

Nie mówię już o skomplikowaniu angielskiego w takiej dziedzinie jak zadawanie pytań. Jeśli chodzi o strukturę zdania pytającego, gramatyka łacińska jest w porównaniu z angielską dziecinnie prosta. W angielskim nawet zaawansowani uczniowie mają problemy z budową zdań pytających z użyciem czasowników posiłkowych, służących jako operatory. Wiele trudności wiąże się też z prawidłowym szykiem wyrazów w zdaniach podrzędnych czy też z użyciem przedimków. Na ten ostatni temat napisano całe tomy, a trudności pozostają. Jak widać, tam gdzie w jednym języku jest łatwo, w innym jest bardzo trudno i na odwrót.

W sumie wychodzi remis?

Mniej więcej. Ale na czym polega pułapka w wypadku angielskiego? Otóż na dwóch rzeczach: po pierwsze na pozornej łatwości. Proste zdanie możemy wygłosić łatwo i szybko, jeśli znamy wyrazy. Nie trzeba się martwić o końcówki itd. I człowiek ani się obejrzy, jak zaczyna mówić, nie zdając sobie sprawy z tego, że już robi koszmarne błędy w dziedzinie kolokacji i tych wszystkich subtelności, na które od początku nie zwraca uwagi, zwiedziony łatwością mówienia. W efekcie zdobywa pewną płynność językową przy jednoczesnym zaniedbaniu poprawności.

Bo wydaje mu się, że dobrze mówi.

Dobrze mówi, bo go rozumieją, dlatego w ogóle nie zwraca uwagi na to, że źle mówi. Na to się nakłada druga pułapka – na skutek tego, że coraz więcej ludzi mówi po angielsku, ci, dla których jest to pierwszy język – Brytyjczycy, Amerykanie, Australijczycy – wytworzyli ogromną dozę tolerancji dla niepoprawności językowej w wykonaniu cudzoziemców. Na ogół są zachwyceni, że w ogóle ich rozumieją i są przyzwyczajeni do tego, że ten ich język straszliwie się kaleczy. Wiedzą, że angielski stał się językiem międzynarodowego porozumienia i nie przejmują się cudzoziemską angielszczyzną, podczas gdy na przykład my jesteśmy bardzo czuli na błędy w polszczyźnie. Jeszcze bardziej surowi są Francuzi, którzy potrafią odmówić konwersacji z kimś, kto kaleczy ich język. Jeśli nie powie się czegoś poprawnie, Francuz udaje, że nie rozumie.

 

Esperanto, język zbyt obcy

 

Czy ta początkowa łatwość w nauce nie stała się jedną z przyczyn tego, że angielski jest dziś nową lingua franca cywilizowanego świata?

To jakoś pomogło, ale on się stał lingua franca z powodów historyczno-politycznych. Najpierw w epoce elżbietańskiej Imperium Brytyjskie rozszerzyło się na cały świat, a potem powstały Stany Zjednoczone, co przypieczętowało dominację angielskiego. Ale warto pamiętać, że przez długi czas z Anglikami skutecznie konkurowali Holendrzy i wcale nie było pewne, która z tych nacji podbije świat i narzuci swój język. Gdyby historia potoczyła się inaczej, może dziś wszyscy uczylibyśmy się niderlandzkiego.

Strach pomyśleć, że jeśli imperialny rozwój stałby się udziałem na przykład Węgier czy Finlandii, dzisiaj uczylibyśmy się węgierskiego lub fińskiego. Myśli pan, że świat by to wytrzymał?

Myślę, że by się z tym oswoił, nawet gdyby chodziło o język polski.

W każdym razie świat nie zdołał oswoić się ze sztucznym językiem esperanto, który miał być nowoczesną lingua franca. Dlaczego projekt związany z wprowadzeniem esperanto skończył się porażką?

Zamenhof, twórca esperanto, myślał, że ponieważ zostało ono stworzone na bazie kilku innych popularnych języków, będzie łatwe do nauczenia się. Tylko nie wziął pod uwagę, że świat się zmienia i to, co on wziął za elementy międzynarodowe w esperanto, to były tylko elementy europejskie. I okazało się, że dla ludzi nieznających języków europejskich esperanto jest zbyt obce i trudne. No, a poza tym nikt nie przewidział tej nieprawdopodobnej ekspansji angielskiego.

Czy to w ogóle możliwe, aby taki sztuczny język mógł powszechnie funkcjonować?

Raczej nie. Do tego, żeby język naprawdę funkcjonował, potrzebna jest szeroka grupa społeczna zainteresowana posługiwaniem się nim. I nowe, rodzące się generacje, które mówiłyby tym językiem jako pierwszym. W przypadku esperanto podobno tacy ludzie byli, ale było ich za mało i nie stanowili wyrazistej grupy etnicznej i społecznej. W efekcie nikt temu językowi nie dostarczał szerokiego kontekstu kulturowego, w którym każdy normalny język funkcjonuje. Esperanto było całkowicie wyabstrahowane, o jego porażce zdecydowało to, że nie miało żadnego naturalnego zaplecza.

 

Ameryka skraca i upraszcza

 

Zastanawiam się, jak Amerykanie wpłynęli na język angielski? Czy okazali się w tej sprawie innowacyjni?

Był czas, gdy Ameryka stanowiła peryferie Europy, a jedna z teorii głosi, że zmiany językowe następują w centrum, a potem na zasadzie fali rozprzestrzeniają się dalej. Ale gdy USA wybiły się na niepodległość, a potem stały się dominującą siłą w świecie, przestały być obszarem peryferyjnym, także językowo.

Co wynika z porównania angielskiego w wersji brytyjskiej i amerykańskiej?

Najjaskrawsze różnice są w dziedzinie słownictwa, idiomatyki, związków frazeologicznych. Cała dziedzina związana z motoryzacją, budową samochodu, ruchem drogowym ma inne nazwy.

O czym świadczą te różnice?

Było takie mniemanie, że amerykański szybciej zmierza do uproszczenia, że Amerykanie mniej dbają o system czasów, że coraz rzadziej używają tego straszliwego present perfect na korzyść past simple. Tam, gdzie Anglik jeszcze powiedziałby: have you done it?, oni mówią: did you do it? Mają także większą skłonność do używania skrótów, mówią np. maths zamiast mathematics czy doc zamiast doctor. Przypisywano to tempu życia, potrzebie łatwiejszego nawiązywania kontaktów, większej bezpośredniości tych kontaktów. Co ciekawe, ten amerykański wpływa coraz bardziej na tradycyjny angielski. Na większą skalę to się prawdopodobnie zaczęło od amerykańskich wykonawców muzyki pop. Te zmiany najpierw wpłynęły na wymowę, a potem przeniknęły do innych dziedzin. Dziś już nie bardzo wiadomo, czy język niektórych młodych Brytyjczyków to efekt tego, że wychowali się w określonym rejonie Wysp Brytyjskich, czy efekt wpływu amerykańskiej popkultury.

Fascynujące jest to, że słysząc, jak ktoś mówi po angielsku, można dość precyzyjnie określić, skąd pochodzi i gdzie kończył szkołę.

Nie wiem, czy profesor Higgins z „Pigmaliona” potrafiłby dziś na podstawie języka czy wymowy odtworzyć historię człowieka i jego pochodzenie z dokładnością do konkretnej ulicy w Londynie. Nawet zakładając, że Shaw trochę przesadzał, można przyjąć, że sto lat temu ktoś jednak był w stanie dokonywać podobnych identyfikacji. Dziś, ze względu na to językowe wymieszanie, byłoby to dużo trudniejsze.

 

Pidgin nowej generacji

 

Zastanawiam się, czy wkrótce nie będzie tak, że ponad miliard ludzi będzie mówiło po angielsku, a mimo to nie będą oni mogli się ze sobą porozumieć.

Już teraz są problemy, wystarczy posłuchać, jak mówią po angielsku niektórzy Wietnamczycy. Niestety, ten proces może się nasilać. Grozi nam ekspansja zmutowanego międzynarodowego języka ze skrajnie zredukowaną strukturą morfologiczną. W wielu rejonach świata, zwłaszcza w wielkich aglomeracjach takich jak Nowy Jork, Los Angeles czy Londyn, tworzą się lokalne odmiany angielszczyzny, a nawet nowe języki na bazie angielskiego i innych języków właściwych różnym grupom etnicznym, trudno zrozumiałe, a nawet całkowicie niezrozumiałe dla osoby mówiącej normalnym angielskim. Jednym z licznych przykładów może być Chicano English, używany w Teksasie, a także w rejonie Los Angeles.

Przykładem mogą być także języki tzw. pidgin z wysp Oceanu Spokojnego czy też Karaibów?

Nie można wykluczyć, że takim pidginem staje się właśnie angielski międzynarodowy używany w kontaktach międzynarodowych, na forach organizacji światowych, konferencjach naukowych. Ponieważ posługują się nim osoby, które angielski opanowały w stopniu różnym, najczęściej jednak niewystarczającym, ulega on szybkiemu i dużemu uproszczeniu, zacierają się znaczenia, a błędy ulegają utrwaleniu.

Rozumiem, że nie bardzo wiadomo, jak ten proces zatrzymać.

Myśli się o tym w środowisku dydaktyków i językoznawców. Podkreśla się konieczność nabywania starannego wykształcenia językowego, w którym prosta komunikacja przestaje być celem nadrzędnym. W 1995 r. powstało nawet stowarzyszenie ochrony języka angielskiego i literatury w tym języku (Society for the Protection of English Language and Literature), którego celem jest propagowanie precyzyjnego posługiwania się językiem angielskim. Dlatego odchodzi się też od koncepcji uczenia jakichś uproszczonych czy ograniczonych leksykalnie wersji języka angielskiego, mających służyć jedynie do prostego porozumiewania się w jakimś bardzo ograniczonym zakresie.

Na szczęście ludzie tacy jak pan są jeszcze rozumiani i sami rozumieją, co się do nich mówi po angielsku?

Ale może to dlatego, że, jak mówią Anglicy: where there’s will there is a way, czyli przy dobrej woli zawsze się można jakoś porozumieć. Oscar Wilde utrzymywał, że jedyne, co odróżnia Anglików od Amerykanów, to język. (The Americans are identical to the British in all respects except, of course, language). A jednak jak chcą, to się dogadują.

rozmawiał Sławomir Mizerski

Wywiad pochodzi z wydania 12. NIEZBĘDNIKA INTELIGENTA, dodatku do nr 16. tygodnika POLITYKA.



Tomasz Paweł Krzeszowski (ur. 1939), profesor na Wydziale Lingwistyki Stosowanej i Filologii Wschodniosłowiańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Stypendysta m.in. uniwersytetów w Nowym Jorku, Albany i Oxfordzie, wykładowca na uniwersytetach amerykańskich i brytyjskich. Członek Komitetu Neofilologicznego PAN. Prowadził badania w zakresie semantyki oraz ustalenia i zdefiniowania podstawowych pojęć w studiach kontrastywnych. Opublikował ponad 70 prac oryginalnych zarówno w Polsce jak i za granicą. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim OOP i Medalem KEN.

 

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij