Choroby psychosomatyczne
Choroba z głowy
Co tak naprawdę wiadomo o związku zdrowia ze stanem naszej duszy?

Czytaj także

Medycyna psychosomatyczna – jak to się zaczęło

Pojęcie: choroby psychosomatyczne, wydaje się już przebrzmiałe. Kiedy w latach 40. XX w. węgierski lekarz Franz Alexander ogłosił swoją, klasyczną już dziś, listę siedmiu chorób psychosomatycznych – do których zaliczył nadciśnienie tętnicze, astmę, chorobę wrzodową, atopowe zapalenie skóry, wrzodziejące zapalenie jelit, nadczynność tarczycy i gościec – było to niewątpliwe wydarzenie. Oto wśród wymienianych dotąd typowych przyczyn chorób, jak drobnoustroje, urazy i niewłaściwe geny, znalazły się cechy osobowości, utrwalone sposoby zachowań oraz zepchnięta do podświadomości pamięć przebytych urazów. I choć od dawien dawna dostrzegano związki między stresem i przeżyciami człowieka (psyche), a stanem jego zdrowia (soma), to oficjalna nowożytna medycyna nie przywiązywała do nich znaczenia. Ówczesne nauki lekarskie były zainteresowane organizmem pojętym w sposób biologiczno-mechanistyczny; postępowała technicyzacja procesu leczenia, tworzyły się coraz węższe specjalności medyczne.

Tymczasem nurt psychosomatyczny domagał się „całości człowieka”, spojrzenia na zdrowie i chorobę w perspektywie jego problemów psychologicznych i warunków środowiska. Poza owym buntowniczym rysem postulatom psychosomatycznym zawsze towarzyszyła atmosfera pewnego wtajemniczenia i fascynacji ową całością, jaką stanowi człowiek i jego zdrowie. Przyczyną tej fascynacji było niedowierzanie, że ciało może łączyć się z duszą. Ponadto pierwsi lekarze interesujący się zaburzeniami psychosomatycznymi, jak Franz Aleksander czy Flanders Dunbar, byli psychoanalitykami. W pierwszym okresie rozwoju medycyny psychosomatycznej, za który przyjmuje się okres od 1935 do 1960 r., dziedzinę tę wręcz zdominowała psychoanaliza, ta szczególna teoria psychologiczno-filozoficzna, z którą można się zgadzać albo nie, ale trudno jej odmówić zdolności do frapującego opisu kondycji ludzkiej. Siła i urok psychoanalizy spowodowały także, że w owym okresie rozumienie chorób i zaburzeń psychosomatycznych było stosunkowo jednorodne. Kosztem tej jednorodności były jednak słabe związki z medycyną kliniczną. Szybko rozrastały się listy chorób psychosomatycznych, niektórzy autorzy twierdzili nawet, że każda choroba organiczna jest spowodowana przez podświadomy konflikt psychiczny i powinna być leczona psychoanalizą. Można powiedzieć, że w medycynie psychosomatycznej zatriumfowała psyche. Drugi okres rozwoju psychosomatyki, umownie po 1960 r. do chwili obecnej, jest okresem bardziej zróżnicowanych poglądów, wśród których pojawiły się także bardziej wyważone. Jest mniej spekulacji, a oparcia raczej szuka się w badaniach naukowych i faktach klinicznych. Nic nie wskazuje jednak na to, aby teren medycyny psychosomatycznej przestał być terenem kontrowersji.

Podstawową trudnością jest określenie, czym jest, w kontekście etiologii zaburzeń, psyche. Choć wszyscy wypowiadają się o ludzkiej psychice, to próby określenia tego, czym ona jest, wprowadzają w konfuzję. Niech zilustrują to choćby dwa przykłady. W klasycznym już podręczniku psychiatrii Tadeusz Bilikiewicz pisze: „do zjawisk, czyli faktów psychicznych, zaliczamy wrażenia zmysłowe, czyli czucia, wyobrażenia, uczucia, pragnienia, myśli i inne tego rodzaju przeżycia. Ale do dziedziny psychiki należą też... wrażliwość, słuch muzyczny, skłonność do gniewu lub usposobienie pogodne, inteligencja, wyobraźnia, uwaga, pamięć, właściwości charakteru i woli, zdolności i zainteresowania”. Definicja budzi zdziwienie, dlaczego niektóre z wymienionych „faktów” zostały zaliczone do dziedziny psyche, a nie soma. Mniejszą wątpliwość budzi określenie psyche jako „aparatu umysłowego”, choć chyba trudno byłoby wyjaśnić, czym jest ów aparat. Wiele szkół psychologicznych formułuje odmienne koncepcje psychiki. Przykładowo w psychoanalizie psyche, która będzie źródłem objawów psychosomatycznych, to siły formującej się od dzieciństwa podświadomości. Inaczej w psychologii humanistycznej – przyczynami zaburzeń somatycznych będą raczej niedostatki w osobistym rozwoju i bieżące, zasadniczo świadome, zwłaszcza tłumione, emocje. Jeszcze innego rodzaju problemy powstają w przypadku tych szkół psychologicznych, których większość pochodzi w taki czy inny sposób od Carla Junga, a w których mowa o tajemniczej, czy wręcz mitycznej, „podświadomości ponadindywidualnej”. Owa „ponadindywidualna” czy „transpersonalna” psychika nazywana jest podświadomością zbiorową (Carl Jung), procesem, śniącym ciałem (Arnold Mindell), świadomością bezgraniczną, antypodami umysłu (Stanislav Grof) czy kolektywną podświadomością (Hellinger). Można w istnienie owych „rozszerzonych” psyche wierzyć albo nie, ale nie sposób zaprzeczyć, że są obecne jako konkretna propozycja teoretyczna (a także psychoterapeutyczna!) i w obrębie wszystkich tych teorii jest nieuchronnie obecne coś, co można nazwać tematyką psychosomatyczną. Takie szkoły jak analityczna, transpersonalna, zorientowana na proces czy hellingerowska w sobie właściwy sposób opisują związki między psyche somą, wyjaśniają źródła objawów somatycznych lub etiologię (pochodzenie) całych zaburzeń. Nietrudno zauważyć, że te ostatnie bywają przy tym fundamentalnie przeformułowywane, np. gdy wbrew tradycji kultury europejskiej nadaje im się mediumiczne sensy albo czyni z „wydarzenia psychosomatycznego” niezwykle ważny punkt na drodze człowieka do szczęścia czy wręcz zbawienia.

Spektrum poglądów na psychesomę jest więc olbrzymie. Na listach chorób psychosomatycznych niektórzy umieszczają dziś około stu jednostek chorobowych. A przecież to, co się określa jako choroby psychosomatyczne, to nie jedyny teren, gdzie występuje problem zależności między psychiką a dolegliwościami cielesnymi. Możliwe, że czynniki psychiczne rozumiane jako wpływy środowiska, stres i cechy osobowości odgrywają na tyle istotną rolę w większości chorób, które zna medycyna, że wyodrębnianie chorób psychosomatycznych jako osobnej grupy zaburzeń nie jest uzasadnione. Zauważmy też, że choroby psychiczne, jak schizofrenia czy depresja, choć nie są w tradycyjnym sensie tego słowa chorobami psychosomatycznymi, to problem więzi między psyche somą występuje przy ich okazji z całą ostrością zarówno na poziomie teorii etiologicznych (np. geny i zaburzenia biochemiczne czy „schizofrenna matka”), jak i sposobów proponowanej pomocy (np. farmakoterapia czy oddziaływania psychoterapeutyczne).

Co jest ważniejsze – psyche czy soma?

Rozważania o psychosomatyce są miejscem swoistej rywalizacji między psyche i somą. Co jest ważniejsze, co z punktu widzenia przyczyn zaburzeń i proponowanych sposobów pomocy bardziej pierwotne, co rozkazuje, a co słucha? Ten ważny nerw problemu psychosomatycznego jest łatwo dostrzegalny. Dla jednych choroby psychosomatyczne były tymi, w których wszystkie dolegliwości cielesne są wtórne do czynników psychologicznych. Dla innych czynniki psychiczne mają mieć tylko istotny udział. Niektórzy uważali, że warunkiem uznania choroby za psychosomatyczną było to, żeby nie występowały żadne uchwytne zmiany w narządach ciała, dla innych nawet poważne zmiany organiczne mogły występować, ale być „wtórne” do sił psychicznych.

Oczywiście, byli też zawsze lekarze dostrzegający czynniki psychologiczne w etiologii szeregu chorób, nie lekceważący ich, ale przypisujący im mniejsze znaczenie. Jednak zazwyczaj na terenie psychosomatyki wygrywała psyche.

Owo zwycięstwo psyche widać wszędzie tam, gdzie przyczyn zaburzeń poszukiwano wyłącznie w doświadczeniach dzieciństwa, cechach osobowości, problemach w osobistym rozwoju, sposobie zachowania i komunikacji w rodzinie, niedostatkach odwagi, woli, miłości i odpowiedzialności, sposobie myślenia i stresie. Nie chodzi oczywiście w tym miejscu o kwestionowanie wagi wspomnianych czynników, ale o zwrócenie uwagi na to, że etiologię wielu zaburzeń próbowano i nadal próbuje się wyjaśniać odwołując się jedynie do nich.

Wspomnianą tendencję można też odkryć wszędzie tam, gdzie jakaś etiologiczna koncepcja psychologiczna czy socjologiczna podejmuje temat przyczyn zaburzeń i terapii w oderwaniu od spraw ciała albo ciało jest obecne jedynie jako rodzaj ekranu, na którym pojawiają się oznaki tego, co dzieje się w psyche. Zjawisko marginalizowania ciała dotyczy właściwie (kryje się w) większości głównych kierunków współczesnej psychologii, zaczynając od psychoanalizy, a kończąc na koncepcjach poznawczo-behawioralnych. Natomiast przykładami szczegółowych koncepcji patogenetycznych pomijających ciało, z których większość należy szczęśliwie do historii, są koncepcje „schizofrennej matki”, wewnętrznych konfliktów jako jedynej przyczyny chorób, tłumionej autoagresji jako wiodącej przyczyny nowotworów („osobowość przednowotworowa”), zaburzeń układów rodzinnych jako środowiska powodującego u członka rodziny jadłowstręt psychiczny albo schizofrenię i inne.

Owa jednostronność i zakwestionowanie ciała jako miejsca, w którym mogą rozgrywać się fakty o niepomijalnym znaczeniu, wyraża się także w języku. Można przytoczyć takie określenia jak: „ciało mówi o duszy”, „psychika wyraża się w dolegliwościach ciała”, „mądrość ciała”, „depresja maskowana”, a nawet tak potoczne określenie jak „weź się w garść”. Szczególny język przyniosła antypsychiatria, która zakwestionowała sam fakt istnienia choroby psychicznej. To, co było dotąd ciężką chorobą, stało się tylko słowem-etykietą, które wynalazło represyjne społeczeństwo. Jeszcze raz zatriumfowała psyche. A przecież nawet wpadający w opisywaną jednostronność myślenia człowiek w naturalny sposób przeżywa siebie jako całość i za nią tęskni. Sama idea „medycyny psychosomatycznej” i aktywny udział psychologii w poszukiwaniu przyczyn chorób i nowych sposobów leczenia miały służyć odnalezieniu tej jedności. Jednak stało się coś dziwnego. Mimo szczerego wołania o całość i integralność człowieka wciąż mamy rywalizację, a nawet ostrą walkę między psyche somą.

Wygląda na to, że odwoływanie się dziś do jakiejś jednej „naukowej psychologii” nie ma sensu, bo taka nie istnieje. Wielość szkół, prądów, tendencji i koncepcji psychologicznych może być uważana wręcz za istotę współczesnej psychologii. Można nad tym ubolewać, lepiej jednak zrozumieć. Ważne, by zdawać sobie sprawę, że różnice poglądów nie są małe. Wynikają one bowiem z fundamentalnych różnic metodologicznych, światopoglądowych, filozoficznych – zwłaszcza dotyczących natury człowieka. Poglądy na istotę zaburzeń psychicznych, somatycznych czy tzw. psychosomatycznych są jedynie odbiciem owych głębszych rozstrzygnięć filozoficznych.

Dwie podstawowe koncepcje filozoficzne dotyczące związku duszy i ciała

Problem, w jaki sposób dusza łączy się z ciałem, jest centralnym zagadnieniem dla zrozumienia natury człowieka. Ogólnie rzecz biorąc, w historii filozofii istniały dwa odrębne spojrzenia na tę sprawę.

Koncepcja pierwsza to homo platonicus. Człowiek to spotkanie odrębnych i osobno ukształtowanych substancji: duszy i ciała. Dusza jest od ciała czymś niezależnym i tak ze swej istoty różnym, że z ciałem może kontaktować się tylko luźno; mieszka w ciele jak w jakimś mieszkaniu, porusza nim. Dusza niezmiernie przewyższa ciało, nie jest jej ono zasadniczo potrzebne. Jest nawet jej ograniczeniem lub wręcz więzieniem. Dusza zyskuje nie przez zwrócenie się ku ciału, ale przez uwolnienie się od niego. Inne ciała i byty duchowe poznaje wprost, a to, co przynoszą doznania zmysłowe, nie jest szczególnie istotne. W myśl tej koncepcji tylko z duszą związane są prawdziwie ludzkie właściwości, stąd to dusza jest osobą i całym człowiekiem. Dusza nieskończenie przewyższa ciało, rządzi nim, posługuje jak narzędziem, a po wykorzystaniu porzuca, aby odejść w świat pozamaterialnych idei. Koncepcja ta, przypominająca religię (nawet chrześcijaństwo), w rzeczywistości całkowicie od niej niezależna, dominuje w naszej kulturze. To ona wywiera przemożny wpływ na myślenie tak osób wierzących, jak i religijnie obojętnych. Jest ona podłożem różnego rodzaju spirytyzmów i związanej z nimi deprecjacji, a nawet pogardy ciała i jego naturalnych możliwości.

Koncepcja druga, homo arystotelicus, widzi duszę jako jeden z dwóch, obok materii (mamy tu inne znaczenie słowa materia niż w użyciu potocznym) formujących człowieka substancji. Są to substancje niepełne, materia nie istnieje samodzielnie, jest możliwością, która może zaistnieć tylko przez połączenie z formą-duszą. Dusza jest nie tylko podstawą szeregu właściwości, które przekraczają to, co jest materialne, ale jest warunkiem samego zaistnienia tego, co spostrzegamy jako cielesne. Dusza nie dołącza się do cielesności, ale potencjalną materialność wykańcza, formuje we wszystkich jej szczegółach. Dusza i materia są, co prawda, co do istoty różne, ale obydwie są konieczne, aby zaistniał człowiek. Ich połączenie ma więc charakter najściślejszy. Dzięki duszy człowiek istnieje, odżywia się, rozmnaża, ma poznanie zmysłowe i duchowe, pragnie. Są to stwierdzenia o kapitalnym znaczeniu. Oznaczają, że nie tylko myślenie czy ludzkie wybory, ale i odżywianie, poznanie zmysłowe i wzrost organizmu są uwarunkowane funkcjami duszy. Jeszcze inaczej: w każdym tym przejawie „bytowania” jest obecne i niezbędne (!) ciało i dusza. I choć w konkretnych przejawach tego, co określa się jako bycie człowiekiem, może być łatwiej dostrzec coś, co łączymy z tzw. cielesnością, albo przeciwnie – z tym, co tę cielesność przekracza, to w rzeczywistości w każdym takim przejawie człowieczeństwa zaznacza się obecność zarówno materii, jak i kształtującej ją formy. Połączenie duszy i ciała zwiększa możliwości człowieka i dopiero w nim przejawia się całe bogactwo jego natury. Arystoteles mówi, że połączenie to „wychodzi duszy na dobre”. Dlatego ciało i jego materialność są niepomijalne, nie da się bez nich zrozumieć człowieka. Jest to niewątpliwie koncepcja wielka.

Homo platonicus vs homo aristotelicus

Platońska koncepcja człowieka i związany z nią dualizm, czyli ostre przeciwstawienie ciała i duszy, dominuje w naszej kulturze i można ją odnaleźć w większości spotykanych szkół psychologicznych i trendów kulturowych. Druga koncepcja, arystotelesowski hylemorfizm, jest obecna słabiej – choć to właśnie ona daje szansę na zrozumienie człowieka, tak w zdrowiu, jak i w chorobie, jako niepodzielnej całości.

Wybór pomiędzy homo platonicus homo arystotelicus ma charakter fundamentalnego filozoficznego wyboru. Słowo „wybór” może być jednak mylące. Nie chodzi bowiem o dowolność, ale przekonanie co do prawdziwości jednej z tych dwóch wielkich wizji człowieka; są one bowiem ze sobą sprzeczne.

A może wchodzimy na teren problemów myślicieli, filozofów i to może nawet o znaczeniu tylko historycznym? Nie, bo owe fundamentalne idee antropologiczne są w różnych formach wciąż mocno obecne w kulturze i wpływają na praktykę wielu zawodów. Jest zresztą rzeczą zdumiewającą, że ten zaczyn greckiej myśli filozoficznej w różnych formach trwa aż do chwili obecnej, zachowując w różnych intelektualnych „przebraniach” swoje najistotniejsze zręby. Jest niewątpliwie obecny także na terenie medycyny i psychologii.

Jest rzeczą najwyższej wagi dla niniejszych rozważań, że w historii, przez średniowiecze, oświecenie, aż do czasów współczesnych, w kulturze europejskiej dominuje nurt platoński, ostro przeciwstawiający duszę (psychikę) ciału i ciało deprecjonujący. To dopiero pozwala zrozumieć, dlaczego w tak różnych szkołach myśli, przez psychologiczne, jak i różnego rodzaju szkoły duchowe, zwracające się ku nadświadomości, specyficznie pojmowanej ascezie czy „kosmosowi”, wciąż spotykamy wrogość do ciała. Ciało jest gorsze, służebne, nie niesie istotnych sensów, a w kontekście problemu psychosomatycznego jest niegodne tego, aby było miejscem istotnych mechanizmów chorobowych, czyli niegodne tego, aby być człowiekiem.

Z arystotelesowskiej koncepcji człowieka-całości nie można oczywiście wywodzić szczegółowej wiedzy o mechanizmach chorób. Jest ona jednak podstawową bazą i drogowskazem myśli. Na pewno patronuje pokorze, z jaką trzeba przyjąć fakt, że nie znamy na razie przyczyn większości chorób psychicznych i psychosomatycznych. Ostrzega przed nadmierną spekulacją, sekundując raczej wszelkim poszukiwaniom interdyscyplinarnym, badającym najróżniejsze czynniki chorób, nie zakładając przy tym arbitralnie, jakie jest znaczenie każdego z nich. Nie zadowoli się platońskim olśnieniem, ale będzie wołać o medycynę opartą na faktach.

Zobaczmy, jak wygląda ta sprawa na przykładzie depresji (czytaj także s. 40), choć z konieczności dopuścimy się tu dużych uproszczeń, które nie powinny jednak zakłócić podstawowego wywodu. Depresja jest dobrym przykładem tego, jak fundamentalne założenia filozoficzne zmieniają sposób rozumienia choroby i leczenia.

Platonizująca myśl religijna ma tendencję do przypisywania chorobom przyczyn „duchowych”. W książce „Jak zwyciężyć depresję” włoski duchowny Serafino Falvo przedstawia swoistą wizję depresji. Jej przyczynami mają być przede wszystkim grzech, nienawiść, egocentryzm, złe nawyki, brak obecności Boga w życiu człowieka. Znika więc choroba, znika poważna sprawa ludzkiej cielesności, pozostaje problem duchowego zagubienia i grzechu, a osobie z depresją ma być potrzebne nawrócenie i otwarcie serca na potrzeby innych ludzi.

Obecności „świeckiego” homo platonicus można z powodzeniem szukać, o czym już wspomniano, w wielu koncepcjach psychologicznych i szkołach psychoterapii. Człowieka podzielonego, albo raczej człowieka-duszę, znajdziemy tam, gdzie przyczyn depresji upatruje się jedynie w dziedzinie ludzkich doświadczeń, świadomości i pamięci, cechach osobowości czy niewłaściwym sposobie myślenia. W praktyce leczniczej ujawnia się to w absolutyzowaniu roli psychoterapii, niechęci do współpracy psychologa z lekarzem psychiatrą, a nawet w odstręczaniu pacjentów w nasilonych stanach depresyjnych od korzystania z leczenia farmakologicznego.

Można wreszcie mówić o jakimś potocznym nieprofesjonalnym homo platonicus. Dochodzi do głosu np. tam, gdzie słychać skierowane do chorego na depresję rady typu: „weź się w garść”, „zacznij myśleć optymistycznie”, „zmień swoje życie”, „rzuć psychotropy i uwierz w siebie” itd.

Czy depresja jest chorobą psychiczną?

Tymczasem przyczyny depresji jawią się ostatnio zupełnie inaczej. Wiele wskazuje na to, że w spotkaniu czynników psychologicznych, środowiskowych i biologicznych te ostatnie absolutnie nie mogą być pomijane, chyba tylko kosztem głębokiego niezrozumienia chorego. Tak w etiologii, jak w obrazie klinicznym depresji widać ścisłe połączenie cielesności i psychiki. Najbardziej pouczające jest może to, że niektórych „psychicznych” i „biologicznych” czynników nie da się w ogóle od siebie oddzielić. Znaczenie traum wieku dziecięcego, takich jak rozłąka z rodzicem, zaniedbanie emocjonalne i przemoc, jest niewątpliwe i słusznie tematy te bywają w jakimś momencie przedmiotem psychoterapii. Ciekawe jednak, że organizm osób z doświadczeniem silnej traumy rozwija się w odmienny biologicznie sposób. Układ nerwowy wegetatywny, hormonalny, a prawdopodobnie i immunologiczny tych osób jest rozchwiany i w sytuacji stresu reaguje nadmiernym wzbudzeniem. U części z tych osób występują już w młodości epizodyczne zaburzenia lękowe i somatyczne, zaburzenia snu o podobnym obrazie w EEG jak u osób chorych na depresję. Istnienie takiego odmiennego rozwoju ośrodkowego układu nerwowego i hormonalnego udowodniono niezbicie w wypadku wykorzystania seksualnego i przemocy, podobne jednak mają miejsce prawdopodobnie u pacjentów z depresją, mających za sobą mniej dramatyczne doświadczenia. Jednocześnie, począwszy od dzieciństwa, przyszli chorzy na depresję z racji swoich doświadczeń ujawniają, co jest zrozumiałe, cechy lękliwości, braku poczucia bezpieczeństwa, obniżonej samooceny i gorzej funkcjonują społecznie, czyli, jak to mówimy, są neurotyczne. Innymi słowy to, co z psychologicznego punktu widzenia jest neurotyzmem, z innego punktu widzenia jest nadpobudliwością układu stresu, rozchwianymi mechanizmami regulacji nastroju, napędu snu i innymi bardzo konkretnymi zaburzeniami homeostazy organizmu.

Organizm w taki sposób powoli traci swoją równowagę stając na progu rozregulowania depresyjnego. Stany depresyjne zazwyczaj ujawniają się w sytuacji poważnego, a zwłaszcza dłużej trwającego stresu. Są jednak czymś więcej niż reakcją, co wie każdy wnikliwy klinicysta. Dochodzi do nich tylko u osób, których odporność na stres jest wyraźnie zmniejszona, a wyczerpany organizm utracił zdolność biologicznych regulacji.

Istnieją też inne czynniki ryzyka rozwinięcia depresji, jak np. obecność niektórych genów albo szczególna wrażliwość na zmiany oświetlenia słonecznego. Nie jest jednak możliwe przedstawienie tu współczesnej wieloczynnikowej teorii powstania depresji. Powiedzmy jednak choćby tyle, że dzisiejsza wiedza, choć obszerna, nie pozwala jednak na jakąkolwiek rzetelną próbę hierarchizacji czynników chorobowych (podobnie jak objawów!) czy ułożenie ich w klarowny łańcuch etiologiczny. Dlatego np. mówienie o „właściwych przyczynach choroby” albo o „przyczynowym” albo „objawowym” działaniu (czy to psychoterapii czy farmakoterapii) nie ma żadnego poważnego uzasadnienia. Jednak na podstawie tego, co wiemy, możemy powiedzieć, że depresja nie jest chorobą psychiczną, choć nie jest także chorobą somatyczną.

Wspomnijmy jeszcze krótko o pomocy osobom z depresją, w której jest miejsce na rzetelne leczenie farmakologiczne, które wywiera też oczywisty wpływ na to, co określamy jako funkcje psychiczne, np. na sposób myślenia i siłę woli. Ogromnie cenna, a czasem niezbędna, może być też psychoterapia, co do której istnieją dane, że drogą oddziaływania „przez psychikę” może powodować trwałe korzystne zmiany morfologii i czynności mózgu. Nie mamy jednak podstaw sądzić, żeby psychoterapia całkowicie mogła odwrócić, ciągle zresztą słabo poznane, biologiczne zmiany w depresji.

W jakim punkcie jesteśmy?

Dostrzega się ostatnio nowe ciekawe zjawisko. Istnieją choroby znajdujące się w szczególny sposób na granicy zainteresowania różnych specjalności, które niezależnie od siebie wypracowały dla nich kryteria rozpoznawania, sposoby leczenia i nadały swoje własne nazwy. Przykładem fibromialgia (choroba, która objawia się m.in. bólami w układzie kostnym i uczuciem przewlekłego zmęczenia), która w wielu przypadkach jest depresją, a zespół kardiologiczny X formą zaburzeń depresyjno-lękowych. Jest zrozumiałe, że w tych zaburzeniach także znaczenie diagnozy psychologicznej i ewentualnej psychoterapii może być ogromne.

Lepiej dziś rozumiemy, jak długa jest droga do zrozumienia przyczyn większości chorób i zaburzeń. Jednocześnie wiemy wystarczająco wiele, żeby leczyć i pomagać. Niewątpliwie zestarzało się samo pojęcie chorób psychosomatycznych. W wypadku bowiem każdej choroby powinno być badane znaczenie rozmaitych czynników chorobowych. Dziś szuka się prawdy o każdym schorzeniu osobno, używając różnych metod badawczych i odwołując do wielu teorii, starając się w jak największym stopniu opierać na faktach. Zapewne psyche wciąż będzie chciała być czymś odrębnym od somy i nad nim niepodzielnie górować. Soma będzie jeszcze nieraz odpłacać się „biologizmem”. Wydaje się jednak, że postąpiliśmy do przodu. Szuka się syntez. Coraz częściej można spotkać zrozumienie, że w diagnozowaniu i leczeniu wielu schorzeń potrzebna jest współpraca lekarza i psychologa, choć na tym terenie jest jeszcze wiele do zrobienia.

 

 

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij