Życie liliputa
Mały szuka nieba
Większość szuka kogoś na stałe. Liliputy też. Pobierają się wśród swoich z miłości albo rozsądku, bo samotność liliputa w świecie longersów to podwójna samotność. Jest ich w Polsce ok. 1400, zawstydzonych wzrostem, stąd podwójnie trudno się spotkać.

Tekst Edyty Gietki "Mały szuka nieba" został uznany za najlepszy reportaż prasowy roku 2007 w konkursie Grand Press organizowanym przez branżowy magazyn Press.


Romantyczność, czyli Arleta i Piotr

W Dąbrówce pod Stalową Wolą nie ma nic. Są tylko ludzie, ich domy i ich pola. Piotrek z przyklejonym papierosem Mocnym w ustach siedział w kucki na ganku i zajmował się patrzeniem. Co miał w Dąbrówce do roboty 135-centymetrowy syn rolnika? Latem przydawał się do fasoli. Mama i tato zbierali fasolę z góry 2-metrowej tyczki, on zbierał na dole. Statystycznie rzecz biorąc, trudno spotkać w Dąbrówce swojego, bo achondroplazja pojawia się raz na 25 tys. urodzeń. W Stalowej Woli mijał starego zegarmistrza, który dźwigając dużą głowę, osadzoną nisko na puklerzowatym korpusie z wysuniętym zadem, człapał do zakładu. Piotrek myślał: czy ma żonę, dzieci, kota? W celach matrymonialnych jeździło się z Dąbrówki po wiejskich zabawach, wypiło się, poznawało. Raz taka jedna rozkochała w sobie Piotrka. Założyła się o miłość karła. Tak ot, dla jaj.

Więc trwał jeszcze w Dąbrówce fasolowy sezon, gdy dwa lata temu, po pracach polowych, 30-letni Piotr wysłał esemesa do kącika w telegazecie: niski szuka kobiety do stałego związku, wiek 25–28 lat, uroda bez znaczenia.

800 km od Dąbrówki, w Kołobrzegu, Arleta, pomoc kuchenna, popijając piwo z kufla, szukała w ofertach czegoś od życia. Każdy szuka, gdy ma 27 lat. Szuka długo, gdy ma 145 cm wzrostu, niedorozwój kończyn, dłonie jak u niemowlaka, rozszczep wargi i nos rzeźbiony od 16 lat przez lekarzy z rozmaitych chrząstek w ciele – z żebra, z ucha, bo Arleta urodziła się praktycznie bez nosa. W liceum mówili, że wygląda jak świnia.

O północy kliknęło w Dąbrówce: Mam na imię Arleta... W świecie nieładnych samotnych wszystko dzieje się szybko, jakby przesuwać do przodu film na podglądzie. Więc ona kładła na kuchni telefon, on nosił swój w koszyku na kupce fasoli. Co robisz, gdzie mieszkasz, wiek, wzrost, jaka u was pogoda? Dwa miesiące wystarczyły, żeby w esemesach opowiedzieć nudnawe życie. Ona wzięła tydzień urlopu i pojechała do Dąbrówki skonfrontować wirtual z realem. On bał się 800 km odległości; 16 godzin w pociągu to dla karła nie to samo, co zmierzyć się z 2-metrową tyczką fasoli, w dodatku w Warszawie trzeba się przesiąść.

Boże, nie! – powiedziała ona w realu, czyli w Dąbrówce, gdy Piotrek podszedł i pocałował ją w usta. To miał być znak rozpoznawczy. Potem leżeli obok siebie na łóżku we wsi Dąbrówka i streszczali życie, dopowiadając esemesy. Ona, oceniwszy, że on jest uczciwy, zainicjowała pocałunek – intymny, gorący, ale z lekkim dystansem. Zasnęli niepewnie, ale w objęciach.

Po trzech dniach uciekła z realu do pociągu. Od tego, jak on człapie, jak wkłada spodnie na pieluchę, bo od czasu, gdy spadł z rusztowania, poszły zwieracze dróg moczowych. On robił to wszystko przy niej z premedytacją, żeby zobaczyć, ile wytrzyma.

Jak na przyspieszonym filmie – ona już po pierwszej drzemce w pociągu zaczęła tęsknić za jego oddechem na szyi. Po dwóch tygodniach pojechała zabrać go z Dąbrówki na zawsze. Jego matka, jak matki na wsi, zapłakała, że syn idzie z domu. Jej ojciec wyjął z barku coś mocnego i klepnął go po ramieniu na znak, żeby mówił do niego tato, bo tak się mówi w polskiej rodzinie.

Więc dziś u Arlety i Piotrka jest jak u longersów. Ona go szturcha w nocy: nie chrap i upomina, że naczynia stoją nieumyte, że telewizor, gazety, piwo...

Czasem, jak u longersów, gdy ona wraca ze stołówki, on rozpala świece na brzegu wanny i wlewa płyn lawendowy, żeby było nastrojowo. Mali kąpią się razem. Albo sączą wino w restauracji Romantica, obejmując kieliszki krótkimi paluszkami, a longersi ze zdziwienia zatrzymują widelce w pół drogi do ust.

Rok temu jemu wycięli nerkę, którą zaatakował rak, a ona myślała, że serce jej pęknie. Nie poszła nawet na festyn, akurat był we wsi Podczele, tylko poszła do pokoju płakać. On w Dąbrówce miał 135 cm, ale u niej w Podczelach ma 138. Jakby urósł z miłości. Ona poprawia dla niego nos w Polanicy, bo jedna strona znów się zatyka i mówi brzydko, jakby wydmuchując słowa przez dziurki w nosie.

Codzienność, czyli Magda i Włodek

– Mały człowiek powinien żyć w małym mieście. Tam lepiej widać nawet niebo – Włodek wchodzi na drugie piętro wysokiej warszawskiej kamienicy, gdzie jest niebieskie mieszkanko z mebelkami sięgającymi kolan przeciętnego longersa, z wanienką z podestem, łuczkiem w drzwiach, łóżeczkiem, garniturkiem ślubnym w szafie. (Uszyła go krawcowa w Łukowie za 90 zł. Głupio było za malutki nie wziąć malutko). Ze ślubnymi zdjęciami w albumach, na których ich rodzice – longersi, zgięci w pół całują w czoło swoje dzieci na znak błogosławieństwa.

U Włodka i Magdy nie trzepie się dywanów i nie myje okien. To znaczy robią to studenci, bo ona ma lęk wysokości, żeby tak się odważyć wejść na drabinę i zobaczyć z góry podłogę. U Magdy i Włodka nie ma dużych siat, jakie duzi trzymają w przedpokojach na wyjazdy do hipermarketów. 6-kilowe proszki, zgrzewki soków kupują w Internecie – 16 zł za dostawę z przytarganiem na drugie piętro.

Na klatce schodowej mijają się z dużymi milcząco, tak jak ludzie mijają się w dużych miastach. Uzgodnili z dużymi, że będą stawiać śmieci pod kontenerem, a duzi wrzucą ze swoimi. Duzi są wyrozumiali, w końcu oglądają w telewizji reklamy społeczne o sprawnych inaczej. Sprawy z domofonem, wiszącym wysoko, nie omówili. Zresztą, od czego jest telefon komórkowy? Gdyby Włodek zapomniał klucza, zadzwoniłby do Magdy, żeby zeszła.

Duzi zatrudnili Włodka w firmie Hop jako informatyka, za co są dotacje. Tacy jak on nadają się do pracy w tzw. punktach niewidocznych, żeby nie narażać klientów na kontakt.

Za to mali dobrze wychodzą na filmach. On w reklamach jest czasem misiem, potworkiem, krasnoludkiem albo skacze po stole przebrany za pomidora reklamującego ketchup. Był też diabełkiem kuszącym Kasię Figurę w sesji fotograficznej magazynu „Max”. Takie coś ściąga wzrok. Włodek zauważył, że na każdym zdjęciu z wakacji jacyś nieruchomi ludzie mają wzrok wbity gdzieś w jego plecy. Dlatego Włodek nie pracuje w reklamie za mikroskopijne pieniądze, ale za dużą forsę.

Więc u małych jest jak u dużych. On po pracy wraca do żony. Dobrze jest po całym dniu z dużymi czuć się przy 117 centymetrach Magdy 112-centymetrowym, prawdziwym facetem. Jest zmęczony, więc robi susa na kanapę, stawia piwo na ławie. Jest jak jest, jakoś, przeciętnie, ale jest. Trudno było wtedy, gdy w umyśle karła budził się mężczyzna. Nawet na diabelski młyn wpuszczają od 140 cm. Rano ona mówi do niego: Robaczku, otwiera balkon, żeby wyprowadzić na spacer kota. Potem idzie po chleb. Razem ważą 67 kilo. To dużo. Dzieci o tym wzroście są lżejsze, ale tułów karła waży. Żołądek karła zmieści nawet 5 sztuk pierogów ruskich. Więc ona – jak duże żony – lepi pierogi, on kupuje jej czarną bieliznę (miseczka 70 C), albo kupuje „Sztukę kochania” pani Wisłockiej, patrząc wprost w rozszerzone oczy kasjerki.

Zdarza się w zoo, że mali z papierosem w ustach są dla dzieci atrakcją. Ale zaraz dzieci widzą żyrafę, słonia i zapominają o Magdzie i Włodku.

Dziś późnym wieczorem pójdą zobaczyć salon piękności, który urządzała jego siostra. O tej porze pięknych już nie będzie.

Osobliwość, czyli Agnieszka i Łukasz

On, poznając dziewczynę, zawsze robi duży wstęp o dziecku. Bo Łukasz nie chce mieć dziecka-karła. Jeśli ona chce mieć dziecko, to on zrozumie i wybaczy, gdy ona odejdzie. Niedawno powiedział to Agnieszce.

    

W czasie, gdy pojechał do Ameryki w celu wydłużenia się, Agnieszka wieszała na ścianach plakaty z amerykańskimi idolami. To było 17 lat temu. 4 lata wydłużano Łukasza w chrystusowych męczarniach, żeby odbić się od 125 cm, z którymi wyjechał z Poznania. Rozcinali kości, zakładali na nie obręcze, robiąc coś, co przypominało rusztowanie. Codziennie Łukasz podkręcał kluczem rusztowanie: jeden dzień – jeden milimetr. W Chicago są duszne noce. W nocy budziło pieczenie. To do ran spływał słony pot.

Łukasz to obiekt niedokończony. Chciałby jeszcze wydłużyć ręce, żeby móc tak objąć Agnieszkę caluteńką. Tylko trochę mu szkoda życia na dokańczanie się w męczarniach.

Półtora roku temu w wirtualnym świecie, na Sympatii, skrzyżowały się dwa anonse. On, nick Szczun, co po Śląsku znaczy chłopak, na Sympatii mieszkał już kilka lat. Łukasz jest wymagający: szuka kobiety do 160 cm wzrostu i 30 lat życia. Pierwszą, tę 170-centymetrową, zostawił, bo do niego nie dorosła. Powiedziała, że rzuci się pod autobus, to zapytał, jaki numer. Drugą – karlicę – zostawił, bo sama siebie się wstydziła. Trzecia zostawiła jego. Była internistką z Poznania, blondynką, bardzo otwartą na seks. Może eksperymentowała, jak to jest z karłem? Kiedyś pewna telewizja wzięła od Łukasza telefony do wszystkich jego kobiet. Mówili, że będą rozmawiać o miłości. Zapytali jego kobiety, jak karzeł to robi.

Więc jego anons krzyżuje się z Agnes. Skończyła pedagogikę specjalną, lubi spacery wzdłuż brzegu Malty, ale nie ma z kim pochodzić, nie ma nawet psa ani kota. Ceni u mężczyzn szczerość, uczciwość, humor, cierpliwość.

Beczała. Każda by beczała, gdyby dostała taką ofertę z karłem na zdjęciu z amerykańskimi drapaczami chmur w tle. Na całym świecie zainteresowała tylko karła...

On nie płacze. Wsiada na rolki i smaruje przed siebie. Na rolkach jest wyższy o 8 cm. Na rolkach można podjechać do dziewczyny i poprosić o pomoc, udając, że się jedzie pierwszy raz. Ona podaje rękę, a dotyk zbliża.

Nie pamiętają, kiedy obeszli Maltę. Jej 160 cm robiło krok, jego 144 cm dwa kroki. Ona nie patrzyła w jego oczy – twarz miała za daleko. Mały z małym szybciej zawiera kontakty ze względu na bliskość twarzy. Ona mówiła, że przyjechała tramwajem nr 4, on, że wierzy w czwórkę: 4 lata wydłużał się w Ameryce, 4 lata temu był na 46 zlocie Little People, spał na 4 piętrze w pokoju numer 421, są 4 pory roku, 4 strony świata, 4 kończyny, ma uszkodzony 4 chromosom i może Agnieszka będzie jego 4 dziewczyną.

Bała się, uciekała, gdy siedzieli na łóżku, a on wyciągał szyję w kierunku jej ust.

Obecnie jest tuzinkowo. Rano ona budzi się z brzegu łóżka, on czasem w poprzek, wsunięty lekko pod poduszkę. Ona zestawia z szafki kubki na kawę, on kartkuje „Głos Wielkopolski”. Mały musi wiedzieć więcej, żeby go zauważono. Więc lubi wiedzieć wszystko, na przykład, ile w Chicago jest zabójstw rocznie, ile samochodów jeździ w Poznaniu, ile w Anglii nastolatek rodzi dzieci.

Po śniadaniu on odpowiednio podsuwa siedzenie w Oplu i jedzie do firmy. Ze wzrostem przywiózł z Ameryki styl amerykański, włącza w aucie Elvisa i wystukuje rytm rękoma na kierownicy. Gdy on, facet od wszystkiego w firmie projektującej opakowania, dociera do pracy, ona już tęskni, wyciągając w tramwaju jego zdjęcie sprzed 30 lat: Łukasz ma 4 lata i jeszcze nie widać, tego, tego..., czego ona przecież nie widzi.

Ale jej matka widzi. Matka myślała, że scenariusz będzie taki jak u innych dziewczyn z wioski Pojezierze: córka jedzie studiować do Poznania, poznaje prawnika albo dentystę, przywozi go na święta, wszyscy pękają z zazdrości, jak idą przez wieś. Matka powiedziała jej tak jak mówią matki: zastanów się. Ona powiedziawszy: aż do śmierci, wyrzuciła wszystkie buty na obcasach.

Coś za coś. Mogłaby teraz obchodzić Maltę sama i czekać sobie na dużego, a w życiu nie działoby się nic, oprócz czekania. Pewnie mówiłaby, że nauka biologii w szkole specjalnej to powołanie, że się spełnia i tak dalej. Zamiast, tak jak wczoraj, dostać 30 bordowych róż, które do szkoły przywiózł posłaniec na motorze ubrany w czarną skórę. Wszyscy słyszeli, jak pytał: czy to pani Agnieszka? Woźne poleciały po wiadro z wodą, nawet zamknęły się w klasie, żeby przeczytać liścik, ale on – żeby nikt nie przeczytał – przepisał coś o miłości po francusku. Zamiast, jak tydzień temu, gdy wróciła do domu i zastała 200 świec rozpalonych wzdłuż łóżka. Dla rozważnych prawie pożar, dla romantycznych – prawie jak w niebie.

Więc wieczorem on ściąga buty i zgina stopy w pół. Niektóre karły tak potrafią. Ona się śmieje z tej sztuczki. Przygotowują sushi.

Starość, czyli Ewa i Rafał

Na ślubnych zdjęciach on ma jeszcze włosy, a ona, ubrana w komunijną sukienkę, nie ma jeszcze drugiego podbródka. Ale to było 27 lat temu. Na zdjęciach z tego lata mali emeryci, właściciele starutkiego jamnika, mają twarze 60-letnich dzieci. Nie, że się chwalą młodością. To ani wina, ani zasługa. Tak liliput ma: wieczną starość–młodość na twarzy.
 
    

Ale 27 lat temu ona, jeszcze 125-centymetrowa panienka bez drugiego podbródka, marzyła nie o kimś na stałe, lecz o medycynie. Ale marzenia skracali ojciec i matka: że za wysokie stoły w prosektoriach, że lepiej jakieś laboratorium, mikrobiologia, szkiełka, mikroskop, tu kropelka, tam kropelka. Została chemikiem na Politechnice Warszawskiej. W tym czasie on, karzeł poznański, traci ojca i matkę, czego ponoć nie da się opisać – karzeł traci jedyne osoby na świecie, które na niego nie patrzą obojętnie, tylko jakoś. Wtedy samotny karzeł staje się podwójnie samotny. Rafał, księgowy, chodził do pracy, dłubał w papierach, wracał z pracy, kroił chleb, ścielił łóżko, modlił się przed snem, zasypiał, szedł do pracy, dłubał, modlił się... Mijał rok, drugi, szósty. Ktoś przypomniał sobie, że w Warszawie zna małą chemiczkę. Je obiady na stołówce.

Dworzec Centralny. Jest 20 października 1979 r. Kiedy duzi spieszą we wszystkich kierunkach, w kawiarni popija kawę dwójka małych, zdeformowanych, niemodnych. On ma rękawy w koszuli odprasowane na kant, ona jedwabną bluzkę z wiązaną u szyi kokardą. Ona wybrała dworzec, żeby mały z małą zginęli w dżungli nóg.

Obecnie jest zwyczajnie. On rano kroi pomidory, ona wsypuje mu dwie łyżeczki kawy do kubka. Jedna wystarczyłaby. Nadciśnienie zdarza się im tak samo, jak longersom. On zamyka się w gabinecie, ona zjeżdża windą do sklepu U Dorotki. Dla dużych to sklep osiedlowy, bo mają 20 kroków do sklepu, ona ma 60, więc rzepki w kolanach ścierają się 3 razy szybciej. To choroba karlic – krzątających się domowych gospodyń. Ona zadziera głowę, prosząc dużych o ściągnięcie kawy, mąki i paczkowanych słodyczy. Dlatego jutro swoją wiecznie starą dziewczynkę on odwiezie do szpitala z powodu zwyrodnienia kręgów szyjnych. To choroba wiecznie zadartej głowy. Na karku robi się gula, gula nie przepuszcza płynów mózgowo-rdzeniowych, więc Ewuni zrobiło się wodogłowie.

Rozdzielą się tylko na trzy dni. Potem znów rano ona zaparzy kawę, wieczorem wezmą jamnika i pójdą rozprostować stare kości wzdłuż kanałku na Żeraniu. Po spacerze wjadą na 9 piętro, a stare panny, wdowy i rozwódki z Gwiaździstej 27 jak co dzień wyjdą z windy z tym piskliwym zachwytem, że mały z małym się spotkał, a duży z dużym nie potrafi.

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj