szukaj
Przyroda bez ludzi
Po nas choćby fale radiowe
Jak wyglądałaby Ziemia, gdyby człowiek nagle zniknął? Co pozostałoby z naszych świątyń i drapaczy chmur? Kiedy lasy znów pokryłyby Europę? I kto zawładnąłby Błękitną Planetą? Te pytania zadał sobie Alan Weisman, reporter naukowy „New York Timesa”. I w odpowiedzi napisał bestseller „Świat bez nas”.
Materiały prasowe

 

Mniej więcej wiemy, jak to było. Bóg znudzony tworzeniem Wszechświata ulepił mężczyznę i – by temu też się nie nudziło – dokleił mu kobietę. Adam i Ewa żyli w raju natury i byli nieśmiertelni. Tyle że nie wolno im było zrywać owoców z drzewa poznania. Jednak podstępny wąż skusił ich do złamania zakazu. Za karę Szef wygnał oboje z raju. Kobietę skazał na rodzenie w bólach, a mężczyznę na trudy pracy. I odebrał nieśmiertelność. Wygnani mieli dwóch synów, Abla i Kaina; jeden był pasterzem, a drugi rolnikiem. Kain z zawiści zamordował brata, ale też zbudował pierwsze miasto. To od niego pochodzą muzycy i rzemieślnicy, a więc i etos kultury i pracy. Po wygnaniu z raju i przeklęciu Kaina Bóg wielokrotnie karał śmiertelników, zsyłając na ziemię m.in. potop.

Immanuel Kant napisał w 1786 r., że człowiek, sięgając po zakazany owoc, stał się istotą wolną. Dzięki wyrządzonemu Złu, uzyskał świadomość Dobra. Dla Kanta Bóg był tylko synonimem instynktu, który dyktuje, a nie argumentuje. Wąż-szatan natomiast to głos rozumu: poznawszy Dobro i Zło, staniecie się równi Bogu. Co zresztą Bóg sam potwierdza, mieczem ognistym broniąc ludziom powrotu do naiwnych instynktów. No i dobrze, odpowiadał cezar Julian Apostata, wąż wyrządził ludziom przysługę... Ale czy naturze?

Bez mała pięć tysięcy lat później – według kalendarza biblijnego – człowiek wzniósł gigantyczne miasta. Zawładnął energią atomową. Postawił stopę na Księżycu i wysłał swe wizytówki poza Układ Słoneczny. Stworzył nową materię – tworzywa sztuczne. I majstruje przy kodzie genetycznym – tajemnicy życia. Ale nadal jest śmiertelny. Każdy z osobna i jako gatunek. Nie trzeba sięgać do Apokalipsy, by wciąż powtarzać: memento mori, vanitas vanitatis...

Jeśli nie wymaże nas z tej planety taki meteoryt jak ten, który położył ponoć kres dinozaurom, to sami – jako najżarłoczniejsi szkodnicy – możemy w ciągu najbliższych stuleci zmienić Błękitną Planetę w ogołocony z naturalnych zasobów kawał pumeksu, krążący wokół Słońca. Wyposażeni w wolną wolę i władzę poznania Złego i Dobrego jesteśmy biczem Bożym dla natury. A co stałoby się z Ziemią, gdyby Szef znudził się nami i z dnia na dzień usunął ludzkość z jej powierzchni, nie wygubił, lecz – na przykład – rozrzucił poprzez telekinezę po podobnych planetach w najróżniejszych galaktykach?

Takie pytanie zadał sobie Alan Weisman, reporter naukowy „New York Timesa” i „The Atlantic Monthly”. Zbierając materiały do swego bestsellera „Świat bez nas” (The World Without Us, 2007) zjeździł cały glob. Był w ostatnim w Europie mateczniku nietkniętej przyrody – Puszczy Białowieskiej, w afrykańskim mateczniku rodzaju ludzkiego – tych rozpadlinach i płaskowyżach kenijskich, z których małpa człekokształtna wyszła na dwóch nogach w niebezpieczne sawanny. I na Jukatanie, gdzie zwiedził ślady po cywilizacji Majów – upadłej kilkaset lat przed Kolumbem. Był też na rafach koralowych na Pacyfiku. Rozmawiał z inżynierami, archeologami, biologami, paleontologami, geologami, fizykami i chemikami.

Nie jest to kolejna książka katastroficzna, jakie były modne w XX w.; żaden opis sądnego dnia ludzkości po wybuchu wojny jądrowej, jak w głośnym filmie „Nazajutrz” (The Day After, 1983), czy spowodowanych przez człowieka zmian klimatycznych, jak w filmie „Pojutrze” (The Day After Tomorrow, 2004). Weisman nie opisuje zagłady ludzkości i rozkładających się 6 mld ciał. Usuwając nas z powierzchni ziemi bez śladu, czyni bohaterem swej książki przyrodę, która jednak jest niezniszczalna, podczas gdy nasz cały dorobek nie jest dla niej wart funta kłaków.

Zdumiewająco prędko natura powaliłaby na kolana jeden z największych molochów stworzonych przez człowieka: Nowy Jork. Już w dwa dni po naszym zniknięciu woda zalałaby metro pod Manhattanem, ponieważ stanęłyby pompy usuwające co dzień 50 mln l wody deszczowej i morskiej przenikającej do katakumb kolei podziemnej. Kilka miesięcy później w szczelinach chodników i załomkach murów pojawiłaby się trawa. Następnej wiosny – kiełki drzew. Po 20 latach niektóre nowojorskie ulice znów stałyby się rwącymi potokami, a inne pokryłby leśny młodnik wysiany z Parku Centralnego. Mieszkałyby w nim kojoty. Prawdziwy dramat przeżywałyby szczury. Pozbawione odpadów, wymierałyby masowo stając się pokarmem dla chmar sokołów. Również karaluchy nie przetrwałyby odejścia nowojorczyków, ponieważ mieszkając w ogrzewanych domach mają wrażenie, że nadal są w tropikach, z których pochodzą.

Po kilkudziesięciu latach obrazy mistrzów światowego malarstwa przechowywane w Metropolitan Museum będą przeżarte przez bakterie i czarnego chrząszcza szubaka (attagenus unicolor). Natomiast w skarbcach pokryte pleśnią banknoty wciąż jeszcze będą istniały – choć pozbawione wszelkiej wartości, jak z jadowitą satysfakcją wtrąca Weisman. W ciągu stu lat skoncentrowany atak rdzy, wody, ognia oraz zwykłej siły ciążenia zacząłby powalać te wieżowce, które są oparte na słabych fundamentach, wypłukiwanych przez wodę. Przewracając się niczym kręgle, pociągałyby za sobą następne. Miasta portowe, jak Hamburg, położone u ujścia wielkich rzek, po 300 latach zostałyby spłukane do morza. A po 500 latach Puszcza Białowieska wżarłaby się w Warszawę.

Mimo że naturze istnienie człowieka jest obojętne, to jednak nazbyt gwałtowne wycofanie się ludzkości z ziemskiego ekosystemu spowodowałoby w niej poważne szkody, zwłaszcza gdyby człowiek nie zdążył gruntownie po sobie posprzątać. W Teksasie Weisman zwiedził kilka potężnych zakładów chemicznych, połączonych ze sobą rurociągami w jeden gigantyczny splot przemysłowy. Gdyby jego użytkownicy nagle porzucili dozór, to prędzej czy później zakłady te po kolei zaczęłyby wylatywać w powietrze, zatruwając atmosferę na ogromnym terenie.

Nie byłyby natomiast groźne bezpańskie głowice nuklearne, ponieważ ich samozapłon jest fizycznie niemożliwy. Jednak 441 czynnych na całej kuli ziemskiej elektrowni jądrowych spowodowałoby gigantyczną katastrofę. Połowa z nich eksplodowałaby w wyniku reakcji łańcuchowej w niechłodzonym rdzeniu, a pozostałe uległyby zniszczeniu w wyniku pożarów reaktora. Uran 235 promieniuje 704 mln lat, pozostałe przy życiu rośliny i zwierzęta nie miałyby wyboru – musiałyby się dostosować. Fakt, że zaledwie dwadzieścia lat po katastrofie w Czarnobylu natura się dostosowała, napawa optymizmem. Tyle tylko, że napromieniowane i nakrapiane na biało jaskółki, wyklute w okolicy zony, co prawda odlatują do Afryki, ale nigdy z niej nie wracają.

Znikając bez pożegnania pozostawilibyśmy po sobie gigantyczną wirówkę plastikowych śmieci. Już dziś można ją obejrzeć w pasie ciszy na wschodnim Pacyfiku. Między Kalifornią i Hawajami, na terenie wielkości Niemiec, Polski i Danii, powierzchnia oceanu wiruje powoli zgodnie z ruchem wskazówek zegara. A z nią krąży już teraz 3 mln ton plastikowych kubków, kapsli, sieci rybackich, prezerwatyw, folii i toreb reklamowych. To wszystko nie ulega gniciu, jest odporne na wiatr, promienie słoneczne oraz słoną wodę i spływa amerykańskimi rzekami do oceanu, jest wyrzucane za burtę statków pasażerskich i okrętów wojennych, przywiewane z plaż. Ten wir, którego pełen obrót trwa 16 lat, składa się także z drobin tworzyw sztucznych połykanych i niestrawionych przez ryby i ptaki. Oceanograf Curtis C. Ebbesmeyer znalazł w żołądku zdechłego albatrosa 100 plastikowych grudek, w tym kawałek bakelitu z amerykańskiego okrętu z czasów II wojny światowej. Polimery są nie do zdarcia. A wir na Pacyfiku jest tylko jednym z siedmiu oceanicznych śmietnisk.

Miną setki tysięcy lat, nim ewolucja wytworzy bakterie, które będą potrafiły rozłożyć plastikowe odpady. Jeszcze więcej czasu trzeba na rozłożenie tych substancji, które człowiek wyprodukował, by utrzymać w ruchu swe maszyny, nie dopuścić komarów do swych domów i zapobiec niepożądanej eksplozji paliw: a więc te wszystkie polichlorowane bifenyle (PCB) w rozpuszczalnikach i płynach hydraulicznych, środki owadobójcze, jak DDT. Nie wiadomo, po jakim czasie znikną materiały żaroodporne z chlorowanych węglowodorów, takie jak śmiercionośne dioksyny. Niektóre z nich będą istniały do końca świata – tego ziemskiego.

"Świat bez nas” jest – wbrew pozorom – bardzo płodną grą myślową. Lub, jak we „Frankfurter Allgemeine” napisał Andreas Kilb, zabawą z Apokalipsą. Ponieważ Weisman nie opisuje ludzkiej tragedii, nie użala się nad zagładą naszego gatunku, więc jego książka jest zaskakująco spokojna, wręcz elegijna. Zakłada, że katastrofa już się dokonała czy raczej dokonuje się od tysiącleci, od kiedy na ziemi pojawił się homo sapiens, co też dowodnie pokazuje na przykładzie swej amerykańskiej ojczyzny.

Trzynaście tysięcy lat temu Ameryka była rajem wielkich ssaków. Roiło się w niej od wielkich bobrów, długowłosych mamutów, lwów, koni i potężnych niedźwiedzi. Zaledwie tysiąc lat po sforsowaniu cieśniny Beringa przez człowieka wszystkie one wymarły. Paleoekolog Paul Martin jest przekonany, że to dwunodzy myśliwi, dysponujący bronią masowego rażenia – włóczniami z krzemiennymi ostrzami – wytępili wielkie ssaki. Weisman mu wierzy, bo ta teoria znakomicie pasuje do jego własnego wizerunku człowieka jako wroga natury.

A więc musimy zniknąć, by natura mogła odetchnąć. Z ulgą pożegnają nas rekiny wśród koralowych raf Pacyfiku, ostatnie tygrysy w syberyjskiej tajdze, wymierające w Afryce goryle i nosorożce, a zwłaszcza ptaki dziesiątkowane przez oswojone przez nas koty i rozwieszone kable elektryczne. Gdy znikniemy, wróci też dżungla w dorzeczu Amazonki i Konga, wróci panda, delfin rzeczny, koralowce, wieloryb, wilk i cedr libański.

Bestseller Weismana to nie epitafium dla ludzkości wygnanej z raju, to raczej dytyramb na cześć przyrody, który się czyta z narastającą fascynacją. Weisman napisał pasjonujący reportaż z konkretnych miejsc na kuli ziemskiej. Przyjrzał się nie tylko śladom po wymarłych cywilizacjach – jak Majów na Jukatanie – ale i śladom ewolucji małpy człekokształtnej, od jej zejścia z drzewa, aż po jej dzisiejsze wychodzenie falami radiowymi i telewizyjnymi poza Układ Słoneczny. Swą książką trafia w czuły punkt naszej postindustrialnej świadomości, w nasze marzenie, by świat przyrody jakoś doprowadzić do porządku. A równocześnie dobrze wie, że tego akurat człowiek żadnym sposobem nie jest w stanie zapewnić.

Ale przyroda jest silniejsza niż wszelkie dokonania człowiecze, konkluduje Weisman; przetrwała już bardziej frontalne uderzenia. Ewolucja traktuje katastrofy wręcz jako bodziec do twórczego działania. W wiecznej cyrkulacji pochłonie i zmieni w coś nowego wszystko, co stworzyliśmy. Weisman powtarza za brytyjskim chemikiem i badaczem ewolucji Jamesem Lovelockiem, że nasza planeta to system samonaprawiający. Mówiąc brutalnie: przyrodzie jest kompletnie obojętne, do kiedy ludzkość się utrzyma. Działa zgodnie z fizycznymi zasadami Wszechświata, a nie według woli siedmiu miliardów człekokształtnych.

Czy zatem da się ze „Świata bez nas” wyczytać jakiś morał? Jeśli po naszym zniknięciu oceany znów wypełniłyby się rybami, a w Afryce ponownie królowałyby słonie, to czyżby Weisman chciał nas przekonać do zbiorowego samobójstwa, pytają – zresztą życzliwi książce – recenzenci? I dlaczego mielibyśmy marzyć o lepszym świecie, którego nie byłoby nam dane doświadczać?

Odpowiedź jest prosta – ludzi wierzących musi napawać smutkiem, że świat nie potrzebuje człowieka. Ekolodzy musieliby wpaść w rozpacz w obliczu faktu, że przyrody nie da się chronić, ponieważ jest niezależna. To, co my nazywamy ochroną środowiska, jest w istocie naszą samoobroną.

Takie jest właściwe, głęboko moralne przesłanie autora. I pojawia się ono w krótkim epilogu, jakby mimochodem: powinniśmy się na całym świecie nastawić na to, że kobiety będą rodziły tylko po jednym dziecku, wówczas rodzina człowiecza do końca XXI w. skurczy się do 1,6 mld ludzi i oszczędzi zasoby. To dość naiwne, nawet jak na niedzielne kazanie, zżyma się recenzent „Die Zeit” i pyta: a jeśli to nam się nie uda, to kto w łańcuchu ewolucji będzie naszym dziedzicem? Pewnie pawiany, bo w odróżnieniu od naszych kuzynów z ewolucji – szympansów i goryli – nie są zagrożone wymarciem. Rozprzestrzeniły się w Afryce we wszystkich biotopach. Zasiedlają zarówno miasta, jak i stepy. Są gwałtowne, bezwzględne i bezczelne, przez całe życie chętnie kradną i biją się. Jak żadna inna małpa mają dane, by stać się drugim homo sapiens.

Ale i naszych długowłosych i zniekształconych przez pozostawione przez nas radioaktywne promieniowanie następców poirytowany Szef wygna kiedyś z raju. Za miliard lat Słońce zacznie się rozszerzać, średnia temperatura atmosfery przekroczy 30 stopni, oceany wyschną, a wraz z nimi zanikną wyższe formy życia na ziemi. I nawet jeśli za 2 mld lat głęboko w glebie ukryją się jeszcze jakieś mikroby, to i one zginą za 5 mld lat, gdy Słońce stopi na lawę powierzchnię Ziemi. Najpóźniej wówczas zaniknie na tej planecie wszelkie życie. A za 6,5 mld lat i ona sama – pochłonięta przez rozszerzające się w ostatnim wybuchu Słońce. Potem w Układzie Słonecznym zapadnie mrok.

A jednak non omnis moriar. Śladem po nas będą fragmenty fal radiowych i telewizyjnych wysłanych przez ludzi dzisiaj w kosmos. A może także nasi potomkowie znowu zostaną z nudów rozrzuceni przez Szefa po życiodajnych planetach niezliczonych galaktyk, po to, by ponownie dobrze przemyśleli, czy warto sięgać po zakazany owoc.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj