szukaj
Polacy grillują
Świeżo upieczona demokracja
Co prawda zwyczaj grillowania dotarł do nas z Zachodu, ale przyjął się jak swój. Dziś w Polsce grillują wszyscy, niezależnie od pozycji społecznej.

Piknik z pieczeniem mięsa na ruszcie powszechnie uważa się za pomysł amerykański (choć podobno zrodził się w Niemczech). Słynne barbecue jest w USA, podobnie zresztą jak w Angli i w Australii, nieodłącznym elementem plenerowych bankietów. Wiemy o tym choćby z licznych hollywoodzkich produkcji filmowych. Obsługujący grill kucharz przygotowuje wielkie soczyste steki, z boku dobiega muzyka, gospodarze witają gości. Na początku ubiegłej dekady ten amerykański wzór najpierw przejęli nasi nuworysze z rodzącej się właśnie klasy średniej, niedługo później wszedł na salony wiosenno-letnich imprez korporacyjnych, a za pierwszej kadencji Aleksandra Kwaśniewskiego trafił nawet do ogrodów Pałacu Prezydenckiego. W potocznych skojarzeniach grillowanie lokuje się jednak poza sferą bankietowej wystawności i ostentacyjnej konsumpcji. Polacy bardzo szybko odkryli bowiem, iż jest to prosty i tani sposób na biesiadowanie w niewielkim gronie rodzinnym i przyjacielskim.

 

Profesor Krzysztof Podemski, socjolog z poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, autor znakomitego studium „Socjologia podróży”, uważa, że grillowanie to bardzo ciekawy przypadek dyfuzji kulturowej. Według profesora ten sposób biesiadowania przywieźli do kraju ci, którzy mieli w latach 70. kontakty ze światem, bywali w Anglii czy Holandii na garden party i uczestniczyli w barbecue. – Bardzo szybko ten zwyczaj się zdemokratyzował – mówi prof. Podemski. – Stał się nową narodową tradycją, bo wpisuje się wyśmienicie w naszą biesiadną obyczajowość.

Grillujemy powszechnie, od maja do września, na plażach, działkach, leśnych polanach, ogrodach, nawet na balkonach. Dosyć charakterystyczny obrazek znad polskiego jeziora to rodzina lub koledzy siedzący tuż obok zaparkowanego nad samym brzegiem samochodu, smażący kiełbaski, popijający piwo i słuchający na cały regulator muzyki z samochodowego radia. Umasowienie, jak to z reguły bywa, wpłynęło na standard. Polskie grillowanie to kiełbasa, kaszanka, keczup i piwo, raczej model niemiecki niż anglosaskie barbecue z wyszukanymi mięsami, przyprawami i sosami. Aczkolwiek obok glinianego grillowiska pojawiła się niedawno wędzarnia, ostatni krzyk mody w zakresie kulinarnego oprzyrządowania domostw letniskowych.

W specjalnych działach hipermarketów można już kupić fachowe, zamykane ruszta do pieczenia ryb, siatki do grillowania owoców morza, grillowe patelnie do befsztyków, a nawet rożna do drobiu czy dużych sztuk jagnięciny. Sklepy oferują też gotowe półprodukty (przyprawione mięsa, zestawy kiełbasek). Grilluje się zresztą nie tylko mięso, używając doń, a jakże, specjalnych marynat i sosów, ale też sery kozie, owcze, camemberty i halloumi, panierowane bakłażany, cukinie i banany. Szczytem wykwintu dla najbardziej majętnych może być grillowany świeży homar lub langusta.

Prywatne przyjęcie grillowe bywa też rytynowo okazją do popisania się kulinarnymi umiejętnościami. Do rytuału należy przecież komentowanie dań: miękkość karkówki, soczystość steka z długo marynowanego antrykotu wołowego lub choćby to, że gospodarz tak przyrządził skrzydełka kurczaka, że nie odeszła od nich skórka.

 

Co ciekawe, polski grill jest domeną zdecydowanie męską. Jak mówi psycholog prof. Zbigniew Nęcki, mamy tu do czynienia ze znamiennym odwróceniem tradycyjnych ról w przygotowywaniu jedzenia. Kobieta jest tu obserwatorem, osiągnięcia i działania należą do mężczyzny.

Warto zastanowić się, czy grill jest u nas zjawiskiem zupełnie nowym i całkowicie z importu. Prof. Roch Sulima, antropolog kultury, uważa, że grillowanie ma w Polsce korzenie. – W gruncie rzeczy grill jest mutacją ogniska. W czasach PRL ognisko było taką samą jak dziś plenerową biesiadą, miało ten sam wspólnotowy chartakter, było miejscem niereglamentowanej rozmowy, wspólnego śpiewu i śmiechu i tak jak dzisiaj grill ognisko, w przeciwieństwie do rodzinnego obiadu, było „dla wszystkich”, czyli dla znajomych i sąsiadów, obiad zaś jest „dla swoich”.

W harcerstwie w ogóle wyklucza się ewentualną funkcję kulinarną ogniska. – W harcerstwie ognisko jest elementem rygorystycznie przestrzeganego rytuału – mówi podharcmistrz Bartosz Bednarczyk, zastępca komendanta hufca ZHP w Radomiu. – Stanowi centrum kręgu, jest punktem organizującym przestrzeń spotkania i jako takie nie ma nic wspólnego z przyrządzaniem posiłków. No a grillowanie to już zupełnie nieharcerska sprawa. Po pierwsze dlatego, że uchodzi za coś spoza tradycji, a po drugie kojarzy się nie tylko z jedzeniem, ale i z piciem piwa.

Grillowanie to dziś jednak coś więcej niż posiłek. To spotkanie w dobranym gronie, które ma gwarantować niecodzienną atmosferę. Jest bardzo atrakcyjne przy atomizacji społeczeństwa i dominacji więzi formalnych. Dla ludzi z biurowców, jedzących na co dzień lunche i brunche, grillowanie stwarza niezwykłe okoliczności luzu, zabawy, weekendowego odreagowania. Być może jest coś atawistycznego w tym, że społeczeństwo fast foodów powraca do ogniska, na którym skwierczy kawałek karkówki.

Według prof. Sulimy grill zmienił nie tylko obyczaje mieszczuchów, ale też, może nawet bardziej, mieszkańców wsi. Jak ocenia profesor, jest to trwający od mniej więcej ośmiu lat charakterystyczny i narastający proces. Zmieniła się nawet koncepcja wiejskiego obejścia. Wyznacza się specjalną przestrzeń do grillowania, wykładaną kostką Bauma i okalaną donicami z kwiatami, co przypomina ogród z folderu. Nowe stajnie i obory zostają odsunięte od domu po to, by wyeksponować widoczne z drogi czy przystanku miejsce dla grillowego relaksu. Ta przyjemność to głównie niedzielna atrakcja, bo sobota, jak mówi profesor, należy jednak do dyskoteki.

Grill zmienia więc nawet społeczny pejzaż wiejski. Ciekawe, że niekiedy może zmienić także pejzaż wielkomiejski. Dwaj studenci, Benio Bielecki (University College London, geografia i ekonomia) i Witek Gotessman (ASP w Warszawie) co roku organizują letnie spotkania grillowe nieopodal placu Teatralnego w Warszawie. W tym roku czerwcowe otwarcie sezonu było już taką czwartą imprezą. – Jest ładna pogoda – mówią – a grille to świetne imprezy. Dlaczego nie w mieście? Nie trzeba daleko jeździć. O 21.00 rozpaliliśmy grilla i zabawa trwała do 3.30.

Można ten przypadek zaliczyć do sfery młodzieńczej fantazji, jednak świadczy on niechybnie o tym, że grillowanie funkcjonuje u nas już jako trwały element obyczaju. Socjologowie i kulturoznawcy są zgodni, że grill rozpowszechnił się u nas z powodu swojego demokratycznego charakteru, który wynika z prostoty i niewielkich kosztów, a jego atrakcyjność wzmaga dodatkowo archetypowa mitologia ognia. Tak było w Ameryce pół wieku temu, kiedy, jak opisywał to David Riesman w „Samotnym tłumie”, zapanowała wśród klasy średniej moda na kuchnię meksykańską i w efekcie barbecue zostało przyswojone nawet przez Afroamerykanów. Podobnie jest w dzisiejszej Polsce: grillowanie nie tylko swobodnie przekracza granice klas społecznych i środowisk, ale staje się wręcz zwyczajem narodowym z jednej strony modyfikującym dawne nawyki, z drugiej zaś mile korespondującym z kulinarną pierwotnością.
 
współpraca Aleksandra Godziejewska
 

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj