szukaj
Łatwo odebrać dziecko
Celem udzielenia pomocy
Do narodzin syna Paweł Solorz przygotowywał się dziewięć miesięcy. Odebrano mu go w dwadzieścia minut.

Tego dnia, kiedy Paweł Solorz usłyszał, że będzie ojcem, był najszczęśliwszym człowiekiem na Lipinach, najbiedniejszej dzielnicy śląskich Świętochłowic. A ponieważ jeszcze jako ministrant w kościele na Halembie złożył podpis w księdze trzeźwości, przysięgając przed Bogiem abstynencję, nie poszedł do baru, jakby poszli na Lipinach inni synowie bezrobotnych górników. Za to odmówił różaniec. Nieśmiały do przesady, osobę Agnieszki Jakubiec znalazł w wirtualu. 18 miesięcy temu na czaterii skrzyżowały się dwa nicki. Jego: Szukam kotki, i jej: Niebieskooka Agusia, lat 20. Mieli całe mnóstwo wspólnych tematów, gdyż on w przeszłości uczył się na kucharza, ona kończyła kucharską zawodówkę. Na kasecie jest nagrane wesele, skromne, bezalkoholowe.

Nie minął miesiąc od tamtego dnia, gdy usłyszał, że ojcem zostanie, a już mówił do brzucha żony. Jak Wojtuś kopnął w piątym miesiącu, to nawet muzykę spokojną puszczał mu z kaset i szukał pracy, żeby syna nie witać na bezrobociu. W sierpniu 2008 r. został magazynierem w hurtowni słodyczy Grześ. Po pierwszej wypłacie kupił w komisie za 200 zł niebieski wózek, gdyż to jest kolor chłopięcy, i nosidełko do kompletu, bo widział w markecie w Katowicach, że tak teraz ojcowie noszą dzieci. Za firanką postawił wanienkę, chodzik oraz łóżeczko. Za drugą wypłatę piękne drzwi wstawił w mieszkaniu – 700 zł plus montaż 250 zł. I pralkę automat, żeby Wojtuś miał czyste łaszki. I zamontował w łazience kinkiet na ścianie, dla nastrojowości, widział takie w gazecie „Poradnik Domowy”. Ojciec Pawła Solorza wziął 5 tys. zł kredytu i wymienili okna na plastiki,

żeby Wojtusiowi było ciepło.

17 października zwolnili Pawła Solorza z hurtowni słodyczy z powodu zbyt dużej ilości czasu, który zajmowało mu ich magazynowanie. Faktem jest, że robił wolno, ale to co w jego opinii było przedkładaniem nad szybkość dokładności, w opinii kierownika zmiany było marnowaniem osobogodzin. Znów szukał pracy, żeby nie witać Wojtusia bezrobotnym, akurat kompletowali załogę na okoliczność odśnieżania, ale śnieg nie spadł do 30 listopada. Tego dnia, o godzinie 13.51 urodził się syn, Wojciech Solorz. Malutki, 2600 gramów, a nic nie płakał. Za to jemu, Pawłowi Solorzowi, lat 23, zacisnęło się gardło. Przy porodzie był z żoną, jak mąż powinien być. Trzy razy okręciła szyję Wojtusia pępowina, a położna powiedziała, że są to korale na szczęście. Położyli Wojtusia obok matki i jakby nie było dziecka, tylko bawił się troczkami od jej piżamy. Drugi Paweł Solorz w rysach i w spokojności.

Jeszcze pachniało pastą do podłogi, kiedy przynieśli Wojtusia do domu na zawsze. Po trzech dniach na rutynowej kontroli zapisano, że ładnie podrósł, a ponieważ kleiły mu się oczka od ropy, kazali przemywać je naparem z rumianku. 16 dni był Wojtuś na świecie, gdy przyszła do Pawła Solorza Barbara K., pani z opieki społecznej. Też się jej pochwalił, że ojcem zostanie. To było wtedy, jak jeszcze dostawał z opieki 500 zł na kontynuację nauki w liceum wieczorowym, a Barbara K. sporządzała środowiskowe wywiady, czy podopieczny uczy się, nie pije, czy dba o przydzielony mu lokal.

Bo było tak: od dzieciństwa matce Pawła Solorza marzyło się, żeby syna zrobić na księdza, a powołanie wymuszała dyscypliną: przed szkołą obowiązkowa msza, w szkole na długiej przerwie obowiązkowy Anioł Pański, równo o godzinie 15 koronka do Miłosierdzia, różaniec przed snem. Miał 14 lat, jak znalazła list miłosny i z pomocą babci wybijała pasem miłość z głowy, że najpierw szkoła i kościół, potem reszta. Żeby uchować syna od tej reszty, posłała go do katolickiej szkoły z internatem w Wieliczce, mającej rozbudzić powołanie. Pierwszy rok uczył się dobrze, a ponieważ powołanie nie przychodziło do Pawła, matka kazała wybierać: kościół albo wynocha. Wybrał. Spał po piwnicach, chodząc do marketu za fizjologią, aż ze zdjęć, którymi matka okleiła Świętochłowice, rozpoznał go ochroniarz. Był miły, wziął Pawła do swojej kanciapy na rozmowę o życiu. Mówił: „Wracaj chłopie do domu, skoro matka cię szuka, znaczy, że opamiętała się”.

Felicja Elfryda Solorz dalej tapetowała ściany świętymi obrazkami, a Paweł rozpoczął naukę na kucharza. Jednak matka nie wytrzymała nerwowo tego poniżenia przed Chrystusem. Więc żeby skończyć w spokoju szkołę kucharską, poprosił OPS o rodzinę zastępczą. Przygarnęli go państwo, którzy prócz niego mieli czworo obcych dzieci, jeszcze malutkich. Kazali się nazywać ciocia i wujek. Ta ciocia musiała mieć do Pawła zaufanie, bo tylko z nim wysyłała dzieci na spacery po okolicy. Mieszkał tam 13 miesięcy, aż zrobił się pełnoletni i musiał opuścić zastępczy spokój. Dostał z przydziału pokój z kuchnią i wychodkiem na zewnątrz w najbiedniejszej dzielnicy Lipiny oraz 1600 zł na zagospodarowanie się plus 500 zł na kontynuowanie nauki, ponieważ właśnie robił liceum wieczorowe. Więc zakrył stary grzyb nową tapetą, zrobił wylewkę pod łazienkę, bo dom bez łazienki to jak dziecko bez matki, a Barbara K. przychodziła sprawdzić, czy nie marnują się pieniądze z przydziału na opiekuńczość. Ponieważ w czerwcu 2008 r. zaczęły się wakacje, został skreślony z pomocowej kartoteki.

16 dni był Wojtuś na świecie, gdy 16 grudnia

zapukała pani pomocowa.

Paweł Solorz kołysał syna na rękach i pierwsze co, to kazał Barbarze K. zdjąć buty, żeby błota nie wnosić, bo w domu jest dziecko, a na dworze chlapa. Agnieszka Solorz leżała na tapczanie, gdyż miała trudny poród, dopiero zdjęte szwy, więc – tłumaczył się pani z opieki z tego, że to on, nie matka, przejął obowiązki. Mówił, że wreszcie dobił do portu, stworzył swój dom, miłość, można powiedzieć nie zastępczą, bo nie trzeba za nią dopłacać, że sześć razy w nocy wstaje nakarmić Wojtusia, który śpi między nimi na wersalce, a tak się śmieje przez sen, jakby nie było mu źle, tylko dobrze. I regał pokazał z higieną dla Wojtusia, urządzony za becikowe pieniądze: maści, kropelki, kaszki, herbatki z kopru włoskiego, butelki, chusteczki z nawilżeniem. Są aż cztery półki z ubrankami, kombinezon na spacery, nawet becik na chrzest. Pani pomocowa nie kazała otwierać.

Tak, żona ma za mało pokarmu, a Wojtuś nie umie złapać odruchu ssania, więc karmią go mlekiem sztucznym. Żona wie, jak przygotować mleko, bo ile już dzieci sióstr wychowała? Na kopalnianych sennych osiedlach dziewczyny mają wcześnie dzieci. Ugotowała tym dzieciom, na plac wyszła, zabawiła, uśpiła. Fakt, wymiotował na początku, więc tamtą kaszkę zmienili na inną. Wojtuś urodził się chudziutki, nie można oczekiwać, że po 16 dniach będzie gruby.

Z wywiadu Barbary K., pracownika Opieki Społecznej w Świętochłowicach, która spędziwszy w mieszkaniu 20 minut, rozpoznała warunki jako tragiczne: „Bałagan, na łóżku i na ziemi leżą ubranka. Matka małoletniego jest osobą całkowicie niezaradną życiowo i wychowawczo, gdyż nie karmi piersią, twierdzi, że małoletni nie chce pić, wobec tego dziecko karmione jest mlekiem sztucznym. W takich warunkach małoletni mieszkać nie może. Zagrażają zdrowiu, a nawet życiu dziecka. Ojciec nosi syna na rękach, jest posikany”. Paweł Solorz spojrzawszy ukradkiem w notatki pani pomocnej upomniał się, że przecież Wojtusia nosi w tetrowej pieluszce, poprosiła, żeby tego nie zmieniać, nie przekreślać, bo będzie brzydko wyglądało w rubryce. Podpisał na swoje nieszczęście, niech tylko wyjdzie jak najszybciej i zostawi jego rodzinę w spokoju. Nie wyszła, tylko wezwała pogotowie oraz policję z posiłkami. Wtedy Pawłowi Solorz puściły nerwy jeszcze większe niż przy porodzie. Już ma dość tych wywiadów opiekuńczych, sporządzanych przez całe jego życie. Tego, że ich papier bardziej interesuje, niż jego los.

Lekarz stwierdził na miejscu zapalenie spojówek, wygłodzenie, zapalenie pępka i zabrali dziecko do szpitala.

Dwa dni po tej środowiskowej wizycie zadzwoniła Barbara K., że jest ważna sprawa, musi stawić się w ośrodku. Podała Pawłowi Solorzowi wyplute z faksu pismo: „Sąd Rejonowy w Chorzowie, Wydział III Rodzinny i Nieletnich po rozpoznaniu na posiedzeniu niejawnym sprawy z urzędu postanawia zarządzić natychmiastowe umieszczenie małoletniego w placówce opiekuńczo-wychowawczej. Uzasadnienie: Jak wynika z informacji OPS w dniu 16 grudnia w mieszkaniu panował bałagan, zarówno na ziemi jak i na łóżkach były porozrzucane ubrania, rodzina pozostaje bez środków do życia, matka małoletniego jest osobą niezaradną życiowo i wychowawczo, nie karmi dziecka piersią...”.

Paweł Solorz leci do szpitala,

który zabrał mu syna.

Co z Wojtusiem? Ordynator każe przyjść jutro, pojutrze, jest w kontakcie z opieką, niech tam pyta, bo wszystko przekazał.

Może był to świąteczny nastrój pomieszany z irytacją oraz tęsknotą, gdy 24 grudnia w Wigilię Paweł Solorz wpadł na durny pomysł, żeby ukraść swoje dziecko, skoro sprawy odbywają się niejawnie, zaocznie i poza nim. Akurat pielęgniarki, powsadzawszy noworodkom smoczki, piły kawę w swoim pokoiku, kiedy, niezauważony, odebrał Wojtusia na własną rękę i – uciekłszy – zabarykadował się w mieszkaniu u matki na siódmym piętrze wieżowca. Z tego zrobił się cyrk. Przyjechali strażacy z płachtą, gdyby chcieli skoczyć, i siedmiometrową drabiną, żeby obserwować w oknach, co porywacze robią z Wojtusiem, zakręcili dopływ gazu w bloku, gdyby chcieli się otruć albo wysadzić, psikali gazem łzawiącym przez drzwi otworzone na łańcuch, sprowadzili proboszcza, wezwali antyterrorystów i policyjnych negocjatorów.

Cztery godziny przejmowali siłą syna Pawła Solorza. Potem skuli porywaczy w łańcuchy i zamknęli ojca, matkę i babkę na dwa dni, przydzielając osobne cele, żeby uniknąć matactwa. Wypuszczeni w drugi dzień świąt pojechali do syna. W tym czasie zaocznie i tajnie sąd postanowił skierować Wojtusia do Ośrodka Opiekuńczo-Wychowawczego w Gliwicach, który prowadzą zakonnice. Jadą do Gliwic. Mogą wejść tylko do przedsionka, zakonnica ma pismo, faks już wypluł zakaz styczności ojca z synem. Z pisma: „Dnia 2 stycznia Sąd Rejonowy w Chorzowie Wydział III po rozpoznaniu na posiedzeniu niejawnym sprawy z urzędu postanawia zakazać Pawłowi Solorz...”. Żona tak, może wejść. Tylko pięć minut. Niech nie martwi się o Wojtusia. Rośnie, waży już 4 kilo. Chciała,

ale nie wzięła go na rączki.

Przecież jechała tramwajem, takie miała lodowate ręce. Wtorek, 6 stycznia – rodzice małoletniego nie wpuszczeni, spóźnili się 20 minut, a odwiedziny są do 16.00. Środa, 7 stycznia – nie wpuszczeni, we środę nie ma odwiedzin. Czwartek, 8 stycznia – wpuszczona matka małoletniego, ale tylko na korytarz, wizyta stanowiłaby zagrożenie życia Wojtusia, gdyż obecnie jest pod inhalatorem.

W opinii, a nawet głębiej, w sumieniu Danuty Piątek, dyrektorki Ośrodka Opieki Społecznej w Świętochłowicach, Barbara K. zachowała się wzorcowo, bo w opiece stawiają na profesjonalizm. Tymczasem masa urodzeniowa małoletniego zagrażała jego życiu i zdrowiu. Danuta Piątek woli się tłumaczyć z tego, że zabezpieczyła w danym dniu życie dziecka, niż żeby potem tłumaczyć się z akcji nieudzielenia pomocy.

W opinii Pawła Solorza, dla nich ważne są zaczerniane rubryki wywiadów, bo takie było całe jego życie pod opieką opieki, a ty człowieku możesz umrzeć z tęsknoty. Ile pieniędzy pójdzie na płatną miłość Wojtusia, jak go przydzielą do rodziny zastępczej? I jaka to sprawiedliwość, że będą go kochać za 1,5 tys. zł miesięcznie, a jemu dają 48 zł rodzinnego, po czym zabierają dziecko z powodu biedy? Matka Agnieszki Solorz prosiła w opiece, żeby na ten czas, aż sprawa rozstrzygnie się w sądzie, dali jej Wojtusia na rodzinę zastępczą. Możliwe. Należy złożyć pismo w Wydziale III Rodzinnym i Nieletnich celem nadania biegu zażaleniu.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj