Dokwaterowani
Przypisani do siebie urzędniczym absurdem, obcy sobie, zestarzeli się razem, śpiąc na jednym tapczanie.

Podwórza przy ul. Traugutta 17 krakowskiej dzielnicy Pogórze nie widać od ulicy. Dziurawe okno mieszkania na parterze oblepiają koty. Na tapczanie, w lepkiej od brudu piżamie, leży pan Gienio, Eugeniusz Fraś. Obok na taborecie buja się pani Bronia, Bronisława Nęcek, przesypiając dzień. On mówi do niej babka, bo pani Bronia ma lat 84, ona do niego dziadek, gdyż stuknęło panu Gienkowi lat 80. Jak inaczej zwracać się do ni to swojego, bo ani to mąż z żoną, ni obcego, bo 20 lat minęło, odkąd skrzyżowały się losy Gienka i Broni pod jednym adresem.

20 lat temu pan Gienio jeszcze był kimś, posiadając dwuizbową chałupę z drewna po ojcach we wsi Zbydniowice, gmina Świątniki Górne. Zgadał się z sąsiadką, która znała sąsiadkę, która znała Bronisławę Nęcek, rozwódkę, co nie miała szczęścia, bo rozstawszy się z mężem, nadużywającym górnikiem, straciła komunalne mieszkanie, kiedy ten stracił pracę. Pana Gienka zdrowie opuściło na skutek wypadku przy budowie Nowej Huty, więc żeby dorobić, wziął panią Bronię na kwaterę, meldując ją pod swoim adresem.

I żyli sobie pan Gienek z panią Bronią, wówczas sprzątającą w krakowskim MPK, w dwóch izbach na dwóch tapczanach. Aż pewnego dnia w dom trzepnął piorun, chałupa spłonęła w kwadrans, a pan Gienek z panią Bronią zostali przekwaterowani, jak stali, do lokalu zastępczego w postaci 10-metrowej izby z jednym tapczanem. Zameldowani byli razem, więc zgadzało się w papierowej statystyce.

Ziemia i niebo

Powietrze jest lepkie, śmierdzi moczem i starością. Jak pan Gienio nie drzemie, obserwuje sześć kotów. Latem przez dziurę w okiennej szybie do domu weszła kotka i okociła się u Gienka pod łóżkiem. Jak było dać na bezdomność te kocięta? Więc każdy ma swoje imię: Cycuś, Puszczyk, Buruś, Piegus... Kochane kotki. W nocy kładą się na tapczanie między pana Gienia a Bronię, a on mówi do nich jak do dziecka: ci, ci, ci... Potem słucha, jak mruczą. Na słuchanie radia to trzeba mieć pieniądz. Więc jedyne, co wie, to że prezydent jest Kaczyński z nazwiska. Więcej nic. A co by to dało panu Gienkowi, gdyby wiedział? W sprawie takich bogatych jak prezydent tego jednego pan Gienek nie może sobie w głowie ułożyć – jak to jest, że po śmierci tak samo pochowają tego bogatego i jego, Eugeniusza Frasia. Niby obu równo do ziemi? W to nie uwierzy. Przecież ten bogaty powinien od razu do nieba, a pan Gienek najpierw do mogiły.

Nie czyta, bo mu z oczu leci woda. Skąd ta woda tak leci? Od lata dzień i noc leje się wzdłuż bruzd na policzkach, co swędzi przeokropnie. Może z tego, że głowa marznie nad czaszką, a wtedy woda zbiera się w uszach i ścieka przez oczy?

Lepiej Broni zapytać, co się dzieje w świecie. Ponieważ od świata oraz pana Gienia izoluje ją głuchota, kupuje co dzień gazetę za jedną złotówkę. Bierze lupę, siada na stołeczku i czyta. Bo u niej niby dzień jak dzień, a w gazecie zawsze jest coś nowego. Prawidłowo piszą o tym, że ludzie tracą zdrowie, dobytek i że wcale nie jest tak ładnie urządzony ten świat. Oprócz uratowanej z pożaru pierzyny, jedyne, co ma pani Bronia, to obraz z Jezusem, który dostała od swojej babki. Powiedziała: weź Broniu, bo to jest cudowny Jezus. Więc wszędzie go bierze, gdzie idzie na przeprowadzkę.

Bronisława Nęcek liczy na palcach, ile już lat mieszka z dziadkiem przy ul. Traugutta. Ile to jest od 20 odjąć 10? Wtedy tu razem przyszli, którejś jesieni. Musi być prawie 10 lat, bo jak przyszli, takiego chłopaka chrzcili sąsiedzi z góry, a komunię miał w zeszłym roku. Więc jak ich tu razem przywieźli, dali Gienkowi i Broni dwie szczotki ryżowe i razem drapali grzyb, taka była wilgoć.

Zanim pani Bronia przyszła do dziadka na kwaterę, była, można powiedzieć, panią z bloków. Najpierw mieszkała państwowo na terenie jednostki w Pychowicach, gdyż pracowała w wojskowości jako pomoc kuchenna. Potem rozwiązali wojskowość i poszła mieszkać prywatnie, ale na krótko, bo w międzyczasie wyszła za mąż za górnika ze Słupca, nie dość, że miłość znalazła, to jeszcze mieszkanie służbowe. Mieszkali tak trzy lata w bloku państwowym, a ponieważ mąż okazał się pijak, z miejsca dostała rozwód, bo dzieci z tego nie było, i z miejsca straciła mieszkanie, bo jego zwolnili dyscyplinarnie z kopalni. Więc znów mieszkała prywatnie. Była sprzątaczką w przychodni w Łagiewnikach, w fabryce produkującej gumy do opon, salową w szpitalu przy ul. Kopernika. Na koniec sprzątała w MPK, skąd odeszła na emeryturę na dobrych warunkach, bo za darmo może jeździć po całym Krakowie i grupę dostała na głuchotę, z czego jest renty 600 zł.

Zima i lato

Ostatni meldunek miała na stancji przy ul. Zamojskiego u pani Grabeuszowej. 15 lat przemieszkała pod tym adresem, potem Grabeuszowa umarła, więc wysiedlili sublokatorów i ją. Wtedy sąsiadka pana Gienka, która znała sąsiadkę, która znała Bronisławę Nęcek jako osobę poczciwą, zaproponowała mu Bronię na lokatorne. Bo Gienkowi nie przelewało się. Robił u gospodarzy dorywczo, niby ziemię miał z siostrą, ale ożeniła się, dzieci z tego były, to wzięła morgi. On postanowił nie żenić się, bo żeby kobietę znaleźć, to trzeba dać utrzymanie jej i dzieciom, taki u pana Gienka jest kulturalny pogląd na życie. Może i znalazłby kobietę, ale wypadek mu się przytrafił, kiedy budował Nową Hutę. Robił jako dostawca, już miał 12 medali za zasługi, kiedy jechał z dostawą na skraju przyczepy i tak machnęło na wertepach, że wyleciał przez burtę. Głupio zrobił, co wie z dzisiejszej perspektywy kapitalistycznej, że nie zgłosił się po pieniądz z powodu utraty zdrowia. Myślał, że Huta sama przyjdzie do niego przez wzgląd na 12 medali. Poza tym tak był potłuczony na nogi, że nie mógł wstać z tapczanu, a to kawał drogi dojechać państwowym pojazdem do Huty. Gdy przyjeżdżał po nich do wsi pojazd o czwartej rano, już trzeba było być zebranym, bo na szóstą zaczynała się robota. A ponieważ w pięknej mieszkał okolicy, rosły grzyby, jeżyny, orzechy i mnóstwo innych smakołyków, zajął się ogrodnictwem, szczepiąc drzewka owocowe i sprzedając je na targach w Krakowie, Wieliczce, Skawinie.

Zimą nie starczało żyć z lasu, więc przyjął Bronisławę Nęcek na kwaterę. Potem uderzył piorun w chałupę i urzędnicy przypisali mu w papierach Bronię. Zamieszkali w blokach robotników po starej garbarni. Potem zalało blok i przewieziono ich na inne, potem znalazł się właściciel, to przywieziono ich na Traugutta 17.

W międzyczasie pan Gienek zbierał walizki ze śmietników. Przed świętami wynoszą je ludzie, którzy zmieniają swoje rzeczy na ładniejsze. Aż urosły piramidy walizek w każdym kącie jednej izby, co ją dzieli z Bronią. Są duże, tekturowe, przedwojenne. Czekały na czas, aż pan Gienek i pani Bronia zamieszkają na osobności i rozdzielą na dwie kupki swoje graty do walizek.

Minęło 20 lat. Co trzy miesiące do staruszków przychodzi mężczyzna i trzy ładnie ubrane kobiety. To komisja z kwaterunku. Oglądają warunki, liczą nędzę na punkty. Im więcej nędzy, czyli punktów, tym większa szansa, że wpuszczą Gienka i Bronię na listę oczekujących. Ale nie wpuszczają, tylko wysyłają pisma: „Wobec faktu spełnienia obligatoryjnych kryteriów udzielenia gminnej pomocy mieszkaniowej, wniosek Pana o przyznanie mieszkania będzie przedmiotem rozpatrzenia przy opracowywaniu kolejnych list. Następny termin wciągnięcia na listę oczekujących to 2010 rok”.

W niedzielę pani Bronia zakłada sukienkę z bistoru w biało-granatowe pasy, co ma lat tyle, ile ona na głowie kłaków, i idzie do kościoła św. Józefa, żeby modlić się o lepsze. Ale do komunii gdzie? Z konfesjonału księdza nie usłyszy, bo tam trzeba mówić szeptem, a na zakrystii spowiedź nieważna, bo nie jest przed Chrystusem. Prosić, żeby dla niej jednej znalazł czas i kościół otworzył, to się w głowie pani Broni nie pomieści. Zresztą z obcym sobie człowiekiem śpi na jednym łóżku.

Dzień i noc

Pani Bronia łata dziury w tapczanie, gdzie drzemie pan Gienek, wkładając w nie przeczytane gazety. Kupiła makatkę na ścianę, żeby nie przytulał się do grzyba. Już nie stara się o osobne, tylko razem, ale godnie. Bo pan Gienek nie wstaje od jesieni i bez Broni nie przeżyje. Do lekarza nie pójdzie, bo nie dojdzie, a lekarz nie przyjdzie do pana Gienka. Za co? Więc pani Bronia kupuje mu leki na ból prywatnie. Gotuje mleko, idzie po chleb do mleka, zbierając po drodze puszki. Trzeba nazbierać minimum trzy kilo, mniej nie biorą w skupie. Za puszki kupiła na Wigilię dwa woreczki kiszonej kapusty i siatkę ziemniaków. A żeby w nowy rok pan Gienek nie wchodził na brudno, namoczyła mu pomarańczowe paznokcie, które od pół roku tak urosły, że skręciły się we wstążkę. Obcięła paznokcie, pomogła wstać, posmarowała nogi maścią na ból.

Pani Bronia dwa razy dziennie dokłada węgiel pod piec, bo pan Gienek ma z opieki 320 zł z przeznaczeniem na węgiel, co daje naraz 11 worków. Pali po wiaderku na dzień, żeby Gienkowi było ciepło. W ten sposób starczy na styczeń. Raz w miesiącu staruszka człapie do banku na ul. Józefińską, żeby na konto administracji przelać 300 zł. Bronia pyta ładną panią w banku, za jakiego płaci piernika? Ale pani nie wie, o co chodzi tej kobiecinie. Rok wstecz opłaciła fotografa. Za 30 zł przyjechał i zrobił Gienkowi zdjęcie, bo trzeba było zmienić dowód. Założyła mu czystą koszulę i ustawiła w pionie na makatce.

Wieczorem spojrzy na zegarek na ręku. Odruchowo, z szacunku dla czasu, bo zegarek chodzi jak pani Bronia. Potem idzie spać. Po co siedzieć?

Pan Gienek lubi sobie wspominać rzekę Wilgę, która płynie przez jego wieś, Zbydniowice. Starczyła ta rzeka dla wszystkich do kąpieli letnich. I biedni ze wsi się kąpali i nie byle kto, kierownik z fabryki i dyrektorowie z żonami, cały Kraków. Jak to, myśli sobie pan Gienek, starczy jednej rzeki dla wszystkich, a mieszkania dla niego nie ma w całym Krakowie.

Za trzy miesiące przyjdzie komisja, oceni warunki, poziom grzyba, wypełni kwestionariusz kwalifikacji punktowej, czy nędza pana Gienka i pani Broni jest dość nędzna, żeby załapać się na przeprowadzkę.


Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj