Ciężkie czasy dla absolwentów i studentów
Strategie przetrwania
A mogło być tak pięknie. Ostatnie trzy lata to był raj dla ruszających po etat studentów i absolwentów. Było, minęło. Teraz na ciężkie czasy potrzeba nowych sposobów na życie. Tylko jakich? Oto kilka modelowych strategii.

Piotr: państwowe biuro

Piotr Łabęcki z Warszawy mówi z gorzkim półuśmiechem o swoim ogłoszeniu w „Gazecie Praca”: „Absolwent Łazarskiego, bardzo dobry angielski, komputer, doświadczenie, podejmie pracę”. Kancelaria rzeczników patentowych, w której pracował, ze względu na kryzys, którego według analityków wtedy jeszcze nie było, stanęła przed wyborem: zwalniać pracowników albo upaść z powodu spadającej liczby zleceń. No i z Piotrem, między innymi, nie przedłużono umowy. Z obsługi biurowej, którą się zajmował, względnie łatwo zrezygnować. Chichot losu jest taki, że Piotr wybrał studia na kierunku administracja w Wyższej Szkole Handlu i Prawa im. Ryszarda Łazarskiego, bo liczył, że taki dyplom da mu gwarancję zatrudnienia – chociażby w administracji publicznej. Jako człowiek zapobiegliwy poszedł na studia zaoczne – by móc zarabiać na swoje utrzymanie, a także, by żaden pracodawca nie zarzucił mu braku doświadczenia. Najpierw zatrudnił się w firmie, która eksportowała meble do Wielkiej Brytanii, potem trafił do kancelarii, w międzyczasie skończył studia.

Gdy ma w końcu i dyplom, i trochę doświadczenia, i 29 lat na karku, z powrotem jest skazany na wsparcie rodziców, jak w czasach szkoły średniej. Choć już 25 listopada zaczął wysyłać listy motywacyjne, doczekał się zaproszenia do jednej ledwie instytucji. Nie robi sobie dużych nadziei: do administracji publicznej ciągną rzesze chętnych, którzy zorientowali się, że to najbezpieczniejsze miejsce na czas kryzysu. Piotr wymagania finansowe ma umiarkowane. Uważa, że jak ktoś zaraz po dyplomie startuje z żądaniami 3–4 tys. zł pensji, to przewróciło mu się w głowie. Jemu wystarczyłaby praca umożliwiająca choć częściową niezależność od matki i ojca, byle była to praca biurowa, nie jakaś akwizycja. Mieszkać może na razie z rodzicami – i tak założył, że dopóki nie znajdzie swojej drugiej połówki, nie będzie szukał własnego M. A trudno tę połówkę znaleźć, gdy krucho z funduszami na wyjście do pubu.

Piotr na razie nie wpada w dołki, choć słyszał, że to się zdarza tracącym pracę. Owszem, chętnie wziąłby kij i zamknął się w jednym pokoju z tymi, co ukręcili cały ten pierdzielnik.

Katarzyna: na razie obniżam poprzeczkę

Katarzyna Zaleska etatu bynajmniej nie straciła – przeciwnie, rzuciła go sama, by w spokoju napisać pracę magisterską. Temat: motywowanie pracowników. Uczelnia: Społeczna Wyższa Szkoła Zarządzania i Przedsiębiorczości w Łodzi. Była wiosna ubiegłego roku, przyszłość rysowała się obiecująco.

Po obronie Katarzyna pojechała na wakacje i od jesieni zabrała się do poszukiwania zatrudnienia. W czasie studiów – zaocznych – pracowała jako kelnerka i manager sali w klubie, potem przeniosła się do biura, na sekretarkę. Liczyła, że łatwo znajdzie pracę w jakimś dziale HR czy przy organizacji szkoleń. Najpierw uderzyła ją cisza odpowiadająca na kolejne aplikacje wysyłane do największych korporacji. Zaczęła więc startować do mniejszych pracodawców. Zapraszali na rozmowy, podekscytowana wyruszała. I dowiadywała się, że jej wadą jest za małe doświadczenie albo to, że nie zna trzech języków, tylko angielski. W jednej firmie szef, z którym była umówiona, nie przyszedł. W innej zaproponowano jej 1,2 tys. zł oficjalnej pensji plus drugie tyle pod stołem. Przy takich warunkach zatrudnienia Katarzyna nigdy nie dostanie kredytu i do końca życia zostaną z chłopakiem w wynajmowanym mieszkaniu. Choć ma 27 lat, trudno też myśleć o zakładaniu rodziny.

Więc Katarzyna schowała ambicję i zaczęła szukać jakiejkolwiek pracy, niekoniecznie w zawodzie. Wciąż jeździła na rozmowy, ale coraz częściej zastanawiała się też, po co w ogóle robiła magistra. Gdyby nie miała tytułu, chyba byłoby łatwiej coś znaleźć. Nie oczekiwałaby, że poprzez pracę zwrócą się pieniądze, czas i wysiłek zainwestowane w studia. Dziś jest zadowolona, bo w końcu znalazła posadę – asystencko-sekretarską w firmie deweloperskiej. Nie jest to może szczyt marzeń, ale planuje odkładać pieniądze – może kiedyś, w przyszłości rozkręci jakiś własny interes. 

Maciej: pomyślę o tym jutro

24-letni Maciej Pilaszek, kończący stosunki międzynarodowe w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej, w czasie studiów stawiał bardziej na samorozwój niż na zarabianie i karierę rozumianą na modłę SGH. Rodzice nie mieli problemów, mogli utrzymać studenta. Zaliczył semestr antropologii w Collegium Civitas i dwa lata socjologii na UW. Ponadto próbował praktyki dziennikarskiej w „Gazecie Wyborczej”, pomagał w projektach HR-owych w Hewlett-Packard we Wrocławiu, redagował informacje dla dziennikarzy w ambasadzie polskiej w Londynie, a potem – w Polskiej Akcji Humanitarnej. Porządkował też żydowskie cmentarze i asystował w przygotowaniu do posiedzeń Parlamentu Europejskiego w biurze posła Janusza Onyszkiewicza. Wszystko po kilka tygodni lub miesięcy jako stażysta albo wolontariusz.

24-letni Maciej Pilaszek kończy stosunki międzynarodowe w warszawskiej SGH. Zaliczał staże i kolejne kierunki studiów, ale zatrudnienia nie szukał. Ma dwa lata opóźnienia wobec pracujących kolegów, ale liczy na swoje kompetencje. Fot. Leszek Zych

Maciej widzi, że w porównaniu z większością kolegów z SGH, którzy wystartowali do kariery w banku czy firmie konsultingowej, gdy tylko nadarzyła się okazja, jest w tyle mniej więcej o dwa lata. – Ale ja już samego słowa kariera bardzo nie lubię. Kojarzy mi się z jakąś ścieżką obok życia. Ja chcę, żeby praca była fajną częścią mojego życia. Dlatego sprawdzał tyle różnych firm, instytucji i dziedzin. Zdaje sobie sprawę, że jego czas, by powiedzieć „sprawdzam”, wypadł w kiepskim momencie, zwłaszcza że chciałby zajmować się komunikacją w biznesie – a to dziś obszar, jak cały biznes, chwiejny. Ale stara się nie wpadać w panikę. Skrócił perspektywę, w jakiej planuje przyszłość. Do wiosny zamierza napisać pracę magisterską, potem poszukać zatrudnienia.

Pewnie będzie musiał zaczynać pracę od zera, na niskim stanowisku. Nawet gdyby przyszło mu pracować bez etatu, nie ma tragedii: jest mieszkanie z zasobów rodzinnych, nie ma na razie planów matrymonialnych. Liczy, że w ostatecznym rozrachunku to właśnie jego droga, obycie i rozeznanie w wielu tematach okażą się bardziej użyteczne niż wybór kolegów, którzy od razu weszli w tryby korporacyjnych machin.

Mateusz: jeszcze trochę się dokształcę

Miesiąc przed obroną pracy magisterskiej z politologii, jesienią 2008 r., Mateusz Małyska, 24-letni lublinianin, zaczął kolejne studia. Tym razem na Wydziale Socjologii UMCS. Swój pierwszy kierunek wybrał z powodu bezinteresownej ciekawości – światowa polityka, jej podbudowa teoretyczna intrygowała go od początku liceum. Po raz pierwszy zaniepokoił się, gdy zauważył, że większość kolegów na jego studia trafiła z przypadku, bo gdzie indziej się nie załapali. A potem znajomi zaczęli go wypytywać: co ty po tym umiesz? Jako kto możesz pracować? Jako polityk? I Mateusz nie bardzo wiedział, co odpowiadać.

Gdy przyszedł czas rozglądać się za pracą, od razu pomyślał, żeby jeszcze się dokształcić. Za chwilę zresztą okazało się, że nawet gdyby chciał szukać sensownego zatrudnienia, byłoby kiepsko. – Jest do wzięcia np. praca kierowcy w firmie kurierskiej za 2,5 tys. zł, można dać się uwieść. I stracić szansę na rozwój. Szuka raczej jakiegoś ciekawego stażu. Mieszka na wsi, w domu babci, żyje z pieniędzy zarobionych przez wakacje w Wielkiej Brytanii. Od czasu do czasu bierze jakąś dorywczą robotę. Nie chciałby, jak mówi, żerować finansowo na rodzicach. – Ale na razie dobrze mi się studiuje – przyznaje.

Przedłużanie nauki – rozpoczynanie kolejnych studiów po dyplomie albo na drugim, trzecim roku – staje się od kilku lat jedną ze strategii na życie. Na Uniwersytecie Jagiellońskim liczba studentów więcej niż jednego kierunku z roku na rok rośnie: dwa lata temu było ich 2,5 tys., w ubiegłym roku prawie 3,7 tys., w tym – 4,4 tys., czyli 10 proc. wszystkich. Podobnie na Uniwersytecie Warszawskim – z 31 tys. studentów na dwóch kierunkach uczy się co dziesiąty. Rośnie też liczba doktorantów – rok temu było ich prawie 33 tys.

Podnoszenie kompetencji jako strategia na czas kryzysu na pierwszy rzut oka robi wrażenie konstruktywnego pomysłu – do nauki trudno zniechęcać. Ale przedłużonej edukacji dotyczą wszystkie zastrzeżenia do polskich uczelni w ogóle: nierówna jakość kształcenia, brak dopasowania oferty do rynku pracy, podnoszenie niekoniecznie przydatnych umiejętności, a na pewno oczekiwań absolwentów.

Milena: na razie za darmo

Milenę Rządkowską, lat 29, zawsze ciągnęło w stronę psychologii klinicznej. W tej branży praca w zawodzie zaraz po dyplomie to jednak rzadki łut szczęścia – w czasie kryzysu tym bardziej. Po 10 latach studiów (przed psychologią – zarządzanie) Milena zaczęła wolontariat w szpitalu psychiatrycznym w podwarszawskich Tworkach. Nie cierpi moralnie z powodu całkowitej zależności od rodziców, bo w czasie studiów pracowała w funduszu emerytalnym. Udało jej się odłożyć trochę grosza. Teraz jeździ do Tworek trzy razy w tygodniu na kilka godzin. Rozmawia z pacjentami, prowadzi z nimi zajęcia komputerowe, chodzi na odprawy lekarzy i terapeutów, uczestniczy w kursach dla szpitalnych psychologów. Zgłosiła się też do zespołu piszącego wnioski unijne w Stowarzyszeniu Mediatorów Rodzinnych. Wciągnęło ją tak, że sama zrobiła szkolenie z mediacji. Zaczęła podyplomowy kurs psychoterapii w cenionym Instytucie Analizy Grupowej Rasztów, w wolnych chwilach pomaga w ośrodku hipoterapii.

29-letnia Milena Rządkowska po 10 latach studiów (przed psychologią - zarządzanie) zaczęła wolontariat w szpitalu psychiatrycznym w podwarszawskich Tworkach, w wolnych chwilach pomaga w ośrodku hipoterapii. Fot. Grzegorz Press

Według danych Stowarzyszenia Klon Jawor, w ostatnich latach najwięcej wolontariuszy było wśród uczniów między 15 a 19 rokiem życia (17 proc. w 2007 r.) i osób o ustabilizowanej pozycji zawodowej, w wieku 35–44 lata (16 proc.). Ci pomiędzy rzucali się w wir kariery. – Ale gdy z pracą robi się trudniej, liczba wolontariuszy zwykle wzrasta – przewiduje Marta Gumkowska ze Stowarzyszenia.

Dla nowoczesnego pracodawcy wzmianka o darmowej pracy w CV to plus nieraz większy niż kolejne podyplomowe studia. Można przypuszczać, że były wolontariusz czy działacz organizacji pozarządowych będzie uczciwym pracownikiem, nie spróbuje okantować ani wyssać szefa. – Jeśli ktoś działa w jakimś stowarzyszeniu, to mogę liczyć, że potrafi pracować w zespole – zauważa Jacek Męcina z PKPP. – To nie do przecenienia dziś, gdy przepisy antymobbingowe nabierają takiego znaczenia. Coraz ważniejsze staje się, żeby pracownik znał reguły współżycia, był zsocjalizowany.

Milena myślała jednak, że na wolontariacie będzie trochę krócej. Na razie jest cierpliwa, rozumie, że trzeba dać się poznać i zyskać zaufanie. Liczy, że w końcu znajdzie się dla niej przynajmniej pół etatu. Ale strategia trampoliny: zaczepienie się w wymarzonym miejscu za kiepskie pieniądze lub za darmo, w nadziei, że zostanie się dostrzeżonym i szybko zassanym w górę, przestaje działać.

Michał i Emilian: na swoim

25-letni Michał Dawidowicz z Trójmiasta rozmawia przez telefon z „Polityką”, wisząc kilkanaście metrów nad ziemią. Ściąga ze stalowej konstrukcji olbrzymią świetlną reklamę. Michał kończy studia na wydziale geografii. Ścieżki, którymi podążają koledzy z jego roku (można zostać nauczycielem: nisko płatna ostateczność, lub pracować przy ekologii albo cyfrowych mapach), raczej go nie pociągają. Szukał dorywczej pracy na wakacje, ale rozdawanie ulotek albo wykładanie chemikaliów na półki w supermarkecie też mu nie odpowiadało. Nauczył się wspinaczki, zrobił wszystkie potrzebne uprawnienia, założył firmę alpinistyczną. Dziś jego Alpin-Tech współpracuje z zespołem doświadczonych wspinaczy. Każde zlecenie to wyzwanie: montują maszty i nadajniki radiowe, wielkie płachty reklamowe, sceny koncertowe, myją kominy i szyby w biurowcach, remontują i malują na wysokościach. Na razie Michał nie odczuwa skutków recesji. – Pracuję w nietypowej branży, na takie usługi zawsze jest zapotrzebowanie. Myślę, że może być trochę mniej zleceń i spadną ceny, ale nie boję się, że firma upadnie.

Nie boi się też Emilian Klinkiewicz z Łodzi, 20-letni założyciel firmy Evres. Koledzy ze studiów pracują najczęściej jako kelnerzy albo sprzedawcy. On organizuje sprzątanie biurowców. Emilian studiuje medycynę molekularną, bardzo przyszłościowy kierunek. Jak to się ma do sprzątania biur? – Mam nadzieję, że firma pozwoli mi odłożyć pieniądze na start w biznesie molekularnym – tłumaczy. Najbardziej interesują go innowacje w genetyce i produkcji szczepionek. W związku z nadchodzącym kryzysem założyciel Evresu stworzył specjalny fundusz, w którym odkłada pieniądze, na wypadek gdyby firma wpadła w tarapaty.

Michała i Emiliana łączy na pewno jedno: optymistycznie patrzą w przyszłość. Obaj maksymalnie starają się unikać biurokracji – na przykład zatrudniając pracowników na umowy-zlecenia. Obaj mają poczucie, że ich kontrahenci przy pierwszym kontakcie traktują ich nieco kpiąco ze względu na wiek. Obaj też zarabiają wykonując prace kompletnie niezwiązane z kierunkiem swych studiów.

Dr Jan Fazlagić z Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, który bada wchodzące w dorosłość pokolenie młodych Polaków, przekonuje: – Biznes, który wypali w dobie kryzysu, później będzie szedł tylko lepiej. Ale Michał Macierzyński, analityk z portalu Bankier.pl, studzi optymizm: problemy mogą się pojawić, gdy przedsięwzięcie będzie potrzebowało kapitału, aby wypłynąć na szerokie wody. – Dostępność kredytów na rozkręcenie działalności gospodarczej nawet przed kryzysem była zazwyczaj teoretyczna – mówi. – Dlatego młodzi ludzie brali pożyczkę jako osoby prywatne, przeznaczając ją na rozwój firmy. To dobry sposób, gdy na rozruch potrzeba kilkunastu tysięcy złotych. A jeśli kilkuset? Tu banki nigdy nie potrafiły wiele pomóc, a teraz ich chęć współpracy jeszcze spadła.

Przeczekać kryzys

Choć zwolnienia planuje na razie tylko 7 proc. polskich firm, większość wstrzymała nabór pracowników – do odwołania. Według opracowania firmy Manpower, w pierwszym kwartale 2009 r. nowe etaty chce stworzyć zaledwie co piąte przedsiębiorstwo. Jeszcze we wrześniu 2008 r. chęć przyjęcia nowych osób deklarowało co trzecie. Wyhamowuje wzrost pensji. Kryzys zagląda w oczy przede wszystkim młodym.

Było dobrze. Pędząca w tempie ponad 5 proc. wzrostu PKB gospodarka potrzebowała rąk do pracy. Po otwarciu unijnych granic wielu młodych Polaków wyjechało szukać szczęścia w Irlandii, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii. Ci, którzy zostali, mogli dyktować pracodawcom warunki. W wielu firmach zarobki osób na najniższych stanowiskach, gdzie zwykle trafiają najmłodsi, wzrosły o 30–40 proc. (z 1500 zł w 2006 r. do 2066 zł w 2008 r., według Internetowego Badania Wynagrodzeń firmy Sedlak&Sedlak). Liczba bezrobotnych absolwentów przez ostatnie pięć lat spadła o połowę, czyli o 86 tys.

Gwałtowna zmiana przyszła jesienią po upadku amerykańskiego banku Lehman Brothers oraz dramatycznym załamaniu na giełdach. – W 2009 r. zakończy się okres rządów pracownika na rynku – zapowiada Aleksandra Strojek z firmy doradztwa personalnego Sedlak&Sedlak. Już teraz widać to po liczbie ogłoszeń w branżowych portalach, firmach i instytucjach pośredniczących w zatrudnieniu. – Do 15 stycznia 2008 r. mieliśmy 225 ofert pracy. Przez pierwsze 15 dni tego roku – zaledwie 29! – wylicza Marta Piasecka, kierownik Biura Zawodowej Promocji Absolwentów Uniwersytetu Warszawskiego.

Trudności spowodowane mniejszym zapotrzebowaniem przedsiębiorców na nowych pracowników nasila demografia. Większość osób urodzonych w 1983 r., czyli w szczycie demograficznego wyżu, weszła na rynek pracy dwa–trzy lata temu. Ale nie wszyscy. Kolejne roczniki nie są dużo mniej liczne. W 1985 r. na świat przyszło ponad 685 tys. Polaków – lada chwila skończą 24 lata. Osiągają więc wiek, w którym najwyższa pora usamodzielnić się finansowo. Zamyka się im ścieżka emigracyjna – na Zachodzie kryzys przebiega ostrzej niż u nas. W Wielkiej Brytanii bezrobocie rośnie najszybciej od 12 lat. Według GUS, z ostatniej fali emigracji, po naszym wejściu do UE, wróciło już pół miliona rodaków.

Jednocześnie młodzi absolwenci, którzy właśnie zaczynają drukować i wysyłać swe CV, nie są łatwymi partnerami dla potencjalnych pracodawców. To dzieci wolnego rynku i Internetu, które nie pamiętają ustroju innego niż kapitalizm, ale też odmawiają udziału w wyścigu szczurów. – To pokolenie pragmatycznie myślące o tym, jak ułożyć swoje życie, żeby było przyjemne – podkreśla prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny. – Przyjęli raczej europejską formułę „pracuje się po to, żeby żyć”, niż amerykańską – dążenia do zawodowego mistrzostwa.

– To osoby samoświadome i ambitne, ponad rozwój kariery przedkładają życie prywatne i rozwój osobisty. Cenią elastyczne formy zatrudnienia, swobodę i niezależność. Tymczasem zaciskający pasa przedsiębiorcy nie będą skorzy do negocjowania warunków zatrudnienia ani dopasowywania ich do wymagań młodych osób – dodaje Aleksandra Strojek.

Za uzasadnienie dla swoich wymogów młodzi uznają między innymi wykształcenie. Faktycznie, żadne z dotychczasowych pokoleń Polaków w swojej masie nie mogło się pochwalić taką liczbą dyplomów. W ubiegłym roku kształciła się co druga osoba między 19 a 24 rokiem życia. Tuż po transformacji, 19 lat temu, co dziesiąta. Tylko w 2007 r. nasze uczelnie opuściło 410 tys. absolwentów. Od 2004 r. rok w rok wykładów na wyższych uczelniach słucha ponad 1,9 mln osób – w ubiegłym roku najwięcej na kierunkach ekonomicznych i administracyjnych (445 tys.), społecznych (270 tys.) oraz pedagogicznych (233 tys.). Ale też nie od dziś wiadomo, że za ilością nie zawsze idzie jakość. Co czwarty wydany w 2007 r. dyplom to nie dyplom magistra, lecz licencjata lub inżyniera. Absolwenci kończyli częściej studia niestacjonarne (228 tys. osób), zapewniające mniej gruntowne wykształcenie niż stacjonarne (182 tys.). Jedna trzecia studiowała na uczelniach prywatnych.

Wiele mówią opisane niedawno w „Polityce” wyniki egzaminów na aplikacje prawnicze. Spośród 12,6 tys. podchodzących do nich absolwentów zdał zaledwie co ósmy, a magistrzy z dyplomami prywatnych uczelni wypadli szczególnie źle. Nie zawsze też za decyzją o edukacji stoi racjonalny plan. – Kształcenie specjalistów jest bardziej związane z aspiracjami społecznymi niż z rynkiem. Mamy świadomość, że dyplom wyższej uczelni ułatwia karierę zawodową, dlatego prawie 80 proc. z nas chce, by nasze dzieci kończyły studia – tłumaczy Wiesław Łagodziński, rzecznik GUS. Tymczasem z 4 mln pracodawców na polskim rynku 3 mln to małe firmy oferujące proste usługi. – Nie ma tam dużego zapotrzebowania na pracowników z dyplomem – przyznaje Jacek Męcina z PKPP. Nie prowadzi się też w Polsce badań nad dopasowaniem dziedzin, w których kształci się ludzi, do luk na rynku pracy. Według firmy Sedlak&Sedlak absolwenci najchętniej studiowanych kierunków, związanych z ekonomią i finansami, marketingiem, reklamą, w najbliższej przyszłości będą mieli największe kłopoty ze znalezieniem pracy.

Rozczarowanie i frustracja przymierzających się do życiowego startu mogą być jeszcze większe, gdy porównają się z kolegami – starszymi lub tymi z szybszym refleksem, którzy zakotwiczyli się na rynku pracy w latach 2003–2005 i zdążyli skorzystać na gospodarczym skoku Polski. Trudno uciec od pytania, które zadają sobie politycy i publicyści w kolejnych krajach, z niepokojem zerkając to w telewizor, to za okno: czy jest możliwe, by nasza młodzież ruszyła na ulice, za przykładem rozgoryczonych Greków? Polską rewoltę młodych – gdy wyż demograficzny zderzy się z brakiem perspektyw – przepowiadano już kilka lat temu. Większość tematów napędzających wystąpienia w Atenach czy w Salonikach młodzi Polacy mogliby przejąć z marszu: nieefektywny system edukacji, fatalna sytuacja na rynku pracy, brak perspektywy na przyszłość, kryzys zaufania do klasy politycznej.

A jednak na ulicach Warszawy, Poznania czy Katowic na razie panuje spokój. Po pierwsze dlatego, że nadzieje rozbudzone w Grekach po wejściu do UE, a zwłaszcza po boomie inwestycyjnym przed olimpiadą w Atenach w 2004 r., były jeszcze większe niż nasze. Po drugie – tradycja protestów i demonstracji w Grecji jest silniejsza i żywsza niż we współczesnej Polsce. Po trzecie – dużo liczniejsze i bardziej prężne są w Grecji grupy anarchistyczne, które tworzą medialny obraz protestów. W jakimś stopniu może także dlatego, że większość doświadczeń Polacy przeżywają mniej intensywnie niż impulsywni Grecy.

Wszystkie strategie przyjmowane przez młodych u progu kryzysu mają swoją silniejszą lub słabszą logikę, każdy z ich wyborów można racjonalnie uzasadnić. Ale też w każdym z ich pomysłów tkwi spore ryzyko. Wspólnym słabym punktem większości tych planów jest uzależnienie materialne od innych – najczęściej rodziców. Pokolenie rodziców zdaje się przyjmować kłopoty dorastających dzieci z wyrozumiałością. Trudno, powiadają, moment wyfrunięcia z gniazda młodych na całym cywilizowanym świecie z pokolenia na pokolenie się oddala. Gdy jednak i rodziców dotkną kryzysowe kłopoty, strategie ich młodych mogą się rozsypać.

Za drobną pociechę mogą służyć prognozy – że poziom bezrobocia wzrośnie co prawda o 3–4 proc., ale będzie to wzrost krótkotrwały. Trzeba się jakoś pocieszać.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj