Rozmowa z prof. Tadeuszem Gadaczem, filozofem
Słupnik z Krakowa
Z profesorem Tadeuszem Gadaczem o jego niezwykłym i niepowtarzalnym przedsięwzięciu – autorskiej historii filozofii XX wieku, rozmawia Jacek Żakowski

Jacek Żakowski: – Pierwszy tom ma 600 stron. Pierwsza część ma mieć takich tomów sześć. Wychodzi przeszło 3,5 tys. stron...

Tadeusz Gadacz: – Raczej 4–5 tys. Trzeci tom ma na przykład 800 stron. A pewnie będą też większe...

Potem druga część...

Podobnej objętości.

Razem z dziesięć tysięcy stron, kilkanaście tomów, paruset filozofów...

Trochę ponad 200.

I jeden zaledwie pięćdziesięcioletni autor...

Dokładnie pięćdziesięciotrzyletni.

Jak na rozmowę z filozofem ta buchalteria jest może banalna. Ale kiedy filozof staje się wytwórcą, to bez buchalterii też się nie obejdzie. Dziesięć tysięcy stron, dwustu – czasem bardzo płodnych i długowiecznych autorów – piszących w bodaj pięciu językach...

...w sześciu. Jak buchalteria, to buchalteria.

...dobrze, więc piszących w sześciu językach – po niemiecku, francusku, angielsku, włosku, hiszpańsku, rosyjsku – i w zdecydowanej większości nietłumaczonych na polski albo tłumaczonych bardzo wyrywkowo.

Trudno sobie wyobrazić przetłumaczenie całego dorobku na przykład Heideggera, który wydał dziewięćdziesiąt grubych tomów. Zresztą, jak ktoś się poważnie interesuje filozofią i chce dobrze zrozumieć filozofów, powinien ich czytać w oryginale.

 

Wszystkich pan czytał w oryginale?

Tak się przyzwyczaiłem.

Dlaczego?

Najpierw z konieczności, a potem też z ciekawości. Kiedy zaczynałem studiować filozofię, tłumaczeń w zasadzie nie było.

Nauczył się pan sześciu języków, żeby rozumieć głębię filozoficznego tekstu, w którym kluczowe są często językowe niuanse?

Może jako samouk nie w każdym języku umiem rozmawiać o pogodzie czy kuchni, ale tekst filozoficzny w każdym z nich zrozumiem.

Jak się pan nauczył tych sześciu języków?

W zasadzie sam to zrobiłem. W szkole nas przecież języków nie uczyli. Na prywatne lekcje nie miałem pieniędzy. Paszportów nie było. Książek też zresztą nie było. Pierwsze ważne dla mnie książki filozoficzne ksiądz Józef Tischner przywoził w bagażniku. Ze stypendium w Belgii przywiózł książki Levinasa i zrobił z niego seminarium. Potem z Wiednia przywiózł książki Rozenzweiga i też zrobił z niego seminarium. Jako student, dzięki Krzysztofowi Michalskiemu, dowiedziałem się o istnieniu Patočki i byłem świadkiem tłumaczenia na polski dwóch pierwszych artykułów Heideggera. Jak się chciało poznawać współczesną filozofię, trzeba było uczyć się języków. To było normalne. Karol Tarnowski nauczył się niemieckiego pisząc doktorat o Heideggerze.

A pan na kim się uczył?

Niemieckiego też na Heideggerze, hiszpańskiego na Ortedze y Gassecie, francuskiego na Levinasie.

Których czasem trudno jest zrozumieć po polsku.

W oryginale jest łatwiej.

Siedział pan nad „Sein und Zeit” ze słownikiem i próbował odcyfrować, o co temu Heideggerowi chodziło?

Czasem siedziałem z lektorem albo spotykaliśmy się na seminariach i szukaliśmy w takich tekstach sensów. Dopiero angielskiego uczyłem się w miarę normalnie – pół roku chodziłem na prywatne lekcje. A po pół roku dowiedziałem się od prof. Józefa Życińskiego (dziś arcybiskupa), że właśnie dostałem stypendium na uniwersytecie katolickim w Waszyngtonie i że mam tam jechać natychmiast. Więc angielski mogłem już szlifować w Ameryce.

Na tyle, żeby czytać potwornie trudnych filozofów analitycznych?

Analitycznych z trudem. Ale kontynentalnych – spokojnie.

Dość chałupniczo to się zaczynało.

Taka była polska rzeczywistość. I to była też siła tych czasów. Nie czuję za nimi nostalgii. To nie były lepsze czasy niż dziś. Ale właśnie realia sprawiały, że ważna przemycona książka była dla nas prawdziwym wydarzeniem. Moi znajomi skrzykiwali się po mieszkaniach, kiedy ktoś przywiózł z Zachodu nową płytę. A my się skrzykiwaliśmy, kiedy Tischner zdobył nową ważną książkę. To nas łączyło.

Nas?

Krakowskie środowisko uczniów ks. Józefa Tischnera. Seminarium Tischnera, będące naturalnym przedłużeniem seminarium Romana Ingardena, miało w sobie jeszcze coś z dawnej atmosfery i kultury seminaryjnej. W Niemczech czy we Francji życie filozoficzne jeszcze przed II wojną było bardzo bogate. Dwadzieścia parę lat trwały na przykład słynne seminaria Bultmanna czy Marcela. Spotykali się tam w stałe dni tygodnia myśliciele należący dziś do klasyki filozofii współczesnej. U Bultmanna przez ćwierć wieku co tydzień do południa debatowali o podstawowych problemach filozoficznych, a po południu na przykład czytali poezję. Wyobraźmy sobie, jakie to były tygle myśli, wiedzy, inspiracji. A teraz to znikło.

Skarpetki Husserla

Zatem Tadeusz Gadacz – sam, jak Szymon Słupnik – siedzi i po kolei czyta oraz opisuje dwustu filozofów.

Przez jakiś czas miałem na tę pracę grant, dzięki któremu mogłem korzystać z pomocy doktorantów. Ale nie trwało to długo.

Więc jednak Słupnik. Ile już lat nad tą książką pan pracuje?

W jakimś stopniu właściwie całe dorosłe życie, ale intensywnie na razie jakieś pięć lat.

I ma pan gotowe trzy tomy z kilkunastu?

Ale mam też sporo materiałów do następnych tomów.

Jak taka praca wygląda?

Bardzo różnie. Dobre pół roku spędziłem na przykład w zagranicznych bibliotekach, po kilkanaście godzin dziennie czytając książki w Polsce niedostępne.

Czyli pół roku czytania.

Czytania dużo więcej. W Polsce też czytam. Właściwie nic innego w życiu nie robię. Tylko czytam, piszę, wykładam i śpię. Nie mam innego życia... Powiem od razu, że tego innego życia nie żałuję. Bo to mnie fascynuje. Gdyby mnie to nie fascynowało, nie mógłbym tak żyć. A w gruncie rzeczy nigdy inaczej nie żyłem.

Był pan jednak dyrektorem szkoły pijarów w Krakowie, na krótko przed porzuceniem kapłaństwa przełożonym zakonnym, potem dyrektorem instytutu, kierownikiem katedry... Zastanawiam się, w jakim stopniu ten gigantyczny urobek zawdzięcza pan latom, gdy był księdzem. Bo normalny człowiek pracuje kilka godzin dziennie, a potem żona, dzieci, zakupy, rachunki...

To był okres, który przygotował mnie do takiej pracy.

Czy zakonnik ma więcej czasu na pracę, czytanie, pisanie, myślenie?

Praca naukowa zawsze wymaga jakiegoś rodzaju ascezy, czyli życia de facto zakonnego. To jest prosty wybór. Albo człowiek żyje – podróżuje, spotyka się z innymi, bawi się – albo się wyłącza ze świata i pracuje. W nauce bez ascezy się daleko nie dojdzie. Tischner kiedyś powiedział: Mój skarb zawsze leży metr od miejsca, gdzie kopię.

Co to miało znaczyć?

Rozumiem, że był to wyraz tęsknoty za wyłączeniem się z życia, za zajęciem się filozofią w sposób systematyczny i pełny. Bo wciąż ciągnęło go duszpasterstwo, ludzie, Solidarność, media. Pewnie zawsze tak jest. Z jednej strony jest praca, do której nigdy nie można wystarczająco dorosnąć, i wiedza, której wciąż brakuje, a z drugiej – życie, które człowieka ciągnie, różne funkcje, w których nikt nas podobno nie może zastąpić – dyrektorowanie, prezesowanie, kierowanie, radzenie, członkostwo różnych gremiów...

I pana też wciągało...

Ale od lat coraz lepiej czuję, że wcale tego nie chcę. Kiedy pracuję w gigantycznej czytelni Biblioteki Narodowej w Paryżu, gdzie w części filozoficznej siedzą głównie Azjaci, gdzie widzę obok siebie Koreankę lub Chinkę od świtu do nocy tłumaczącą Ockhama z oryginału, to zdaję sobie sprawę, że możliwe jest życie bez tego wszystkiego, co zwykle uważa się za powaby Paryża. Już trudno nam uwierzyć, że istnieją światy myślenia i wartości, w których nic nie migocze, nie krzyczy ani nas nie rozrywa. A są to światy wspaniałe – bogate i barwne. Jak się chce do tych światów należeć, poznawać je, poczuć całą ich wspaniałość, to nie ma wyjścia – z innego życia trzeba zrezygnować. I ja to robię bez żalu. Myślę, że czas spędzony w zakonie do takiego życia dobrze mnie przygotował.

To znaczy, że nie wierzy pan w powszechnie wyznawany przesąd, iż dla zdrowia i sprawności psychicznej człowiek musi zachować tak zwaną równowagę: dom-praca?

Nie wyobrażam sobie tego w filozofii. Albo dom, albo filozofia. Dlaczego Husserl mógł stworzyć to, co stworzył? Bo Malwina wszystko mu zorganizowała. Nie chodził do Carrefoura. Nie płacił rachunków. Pewnie nawet nie wiedział, skąd w szafie biorą się czyste skarpetki. Jego życiowe decyzje dotyczyły najwyżej obiadu, który mógł być o 13 albo o 14. Tak powstała wielka filozofia niemiecka. Filozofowie cały dzień czytali w bibliotekach, dyskutowali w gronie seminarzystów, pisali albo wykładali. To było ich życie. W okresie kryzysu niemieckiego Hartmann pisał swoją etykę okutany w płaszcz, grzejąc nogi na butelkach z ciepłą wodą, bo ogrzewania nie było. Cohen najpierw pisał po osiemset stron komentarzy do kolejnych krytyk Kanta, a potem w podobnie ogromnych dziełach opisał swój własny system. Skąd on miał tę wiedzę? Przecież nie z badań, nie z prasy, nie z telewizji, ale z siebie. Z myślenia. Całe ich życie było temu myśleniu podporządkowane. Porządnej filozofii nie da się robić inaczej.

Ale czy myślenie bez życia ma sens? Bo przecież rysuje pan wizję idealnego mózgu filozoficznego – jako bytu faktycznie wypreparowanego ze świata i ciała.

W niektórych filozofiach tak było. Zobaczmy analizy „ja transcendentalnego” Husserla, który nagle uświadamia sobie, że niby wszystko się intelektualnie zgadza, ale nie bardzo wiadomo, co zrobić z intersubiektywnością, czyli z drugim człowiekiem, z rzeczywistością świata. Albo neokantyści, którzy na przełomie XIX i XX w. szukali niezmiennych praw logicznych aż po same źródła. Ale już filozofia egzystencjalna była filozofią kawiarni, spotkań rozmów, gwaru.

Więc niekoniecznie klasztor, wieża z kości słoniowej i mózg wypreparowany z ciała?

W tym sensie kawiarnia też może być klasztorem. Nieważne, gdzie fizycznie jesteś. Ważne jest, czym żyjesz.

Czy egzystencjalizm istniał?

Kiedy się czyta pierwszy tom pańskiej książki i widzi, jak bez żadnej litości dla samego siebie w tysiącach książek, artykułów, listów, zapisków, pamiętników śledzi pan relacje, inspiracje, kontynuacje, powiązania, nawiązania, zbieżności i rozbieżności między myślicielami należącymi do różnych języków, szkół, tradycji, czasów, aż wierzyć się nie chce, że jeden człowiek – w dodatku niestary – mógł to wszystko przeczytać i wytropić. Jak pan to zrobił?

Wiadomo, że nie da się przeczytać dziewięćdziesięciu tomów dzieł wszystkich Heideggera. Gdy książki mają indeksy, można różne tematy opracować na skróty. Ale akurat Heideggeriana nie mają indeksów.

Czyli jednak trzeba te dziewięćdziesiąt tomów przeczytać.

Przejrzeć. Ale część trzeba przeczytać i przeanalizować. Czasem w długim tekście namysłu wymaga tylko jedno zdanie, jedna myśl nieoczekiwanie lokująca autora w jakimś wielowiekowym łańcuchu myślenia albo wyjaśniająca inne jego myśli. Są na przykład myśliciele – jak Gadamer czy neokantyści – którzy pisali rozległe prace o myśli Platona. Ale nie mniej istotne bywają luźno rzucone uwagi filozofów, którzy pisząc na inne tematy o Platona tylko zahaczyli. Nie wolno takiego zdania przeoczyć ani zgubić. Komputer pomaga porządkować te uwagi, myśli albo zdania, i budować z nich mapy nawiązań czy relacji między klasykami filozofii współczesnej a myślicielami tradycji minionych.

Więc działa pan trochę jak archeolog, który przesiewa pustynię, wygrzebuje skorupy, składa je i skleja odtwarzając kształty, których istnienia nikt nie podejrzewał?

Albo o których istnieniu mało kto wcześniej wiedział. Bo pewne wątki są dobrze opracowane, ale opracowania nie weszły do szerszego obiegu. Wtedy daję odsyłacz. Jeśli ktoś napisał habilitację na przykład o stosunku Heideggera do Kanta, to znajdziesz ją w bibliografii, a jego ustalenia w tekście. Ale wiele ważnych wątków tradycji filozoficznej jest praktycznie nieznanych, niezbadanych.

Wtedy Słupnik musi zakasać rękawy i kopać...

Wtedy jest dylemat, jaką metodę obrać. Bo można kopać głęboko jak geolodzy. Są w Polsce specjaliści zajmujący się wczesnym Heideggerem, późnym Heideggerem, jedną jego książką, jednym wątkiem czy nurtem myślenia. Na takie głębokie kopanie można poświęcić całe życie. W tradycji filozoficznej może ono mieć ogromne znaczenie. Ale można też – jak kartografowie – skupić się na narysowaniu w miarę precyzyjnej mapy. Może nie pokaże ona wszystkich wielowiekowych nawarstwień, ale pozwoli wskazać miejsca, gdzie warto kopać głębiej, i pomoże sensownie poruszać się w terenie.

Pan raczej rysuje te mapy?

Mam świadomość, że mogę się mylić, więc inni kopiąc głębiej, będą je poprawiali. Można by oczywiście złożyć historię filozofii z wyników takich głębokich odwiertów. Ale wtedy zamiast syntezy otrzymamy patchwork – coś uszytego z kawałków, które nie tworzą spójnego obrazu. A mnie interesuje intelektualna mapa – obraz przypływów, odpływów, zależności. Ważne jest wyśledzenie, kto kogo czytał, dlaczego, co z tego wynikło. Bo czasem okazuje się, że jedna praca inspiruje filozofów pozornie bardzo od siebie odległych. I inspiruje ich na bardzo różne sposoby, prowadzi do diametralnie rozbieżnych przemyśleń. To jest ważne, bo żeby naprawdę zrozumieć, co ktoś miał na myśli, trzeba wiedzieć, skąd jego myślenie wyrasta. W ten sposób można na przykład szukać odpowiedzi na kluczowe dla dwudziestowiecznej filozofii pytanie, czy egzystencjalizm rzeczywiście istniał, skoro tylko Sartre się do niego przyznawał, a inni oponowali. Heidegger przecież oponował i Jaspers też oponował, chociaż Sartre pieczętował ich pieczęcią egzystencjalistów. Można też w ten sposób badać, czy naprawdę istniała słynna szkoła frankfurcka. Habermas uważa, że nie istniała. Więc można analizować, co łączyło Adorno, Fromma, Benjamina, Habermasa, Marcusego. Czy tylko frankfurcki instytut, w którym pracowali? Czy może coś więcej? Styl myślenia? Metoda badawcza? Lektury? Jakaś część poglądów?

Ważne jest, żeby wyjść poza tradycyjne łatwe klasyfikacje i powtarzanie prostych stereotypów, którymi operuje większość opracowań. Z planu ulic niewiele się dowiesz o mieście. Trzeba zajrzeć do wnętrz domów, do podziemi, do gazet, sklepów, bibliotek. Pod domami i ulicami bywają przecież korytarze metra i przejścia podziemne. Ludzie i myśli mogą w tych podziemiach znikać i nagle pojawiać się zupełnie gdzie indziej. Trzeba te szlaki prześledzić, jeśli się chce zrozumieć rzeczywistość. Bo takie niewidoczne na planach korytarze mogą ludzi i ich myślenie bardzo poważnie zmieniać. A zmieniając ludzi mogą zmieniać świat. Istotą mojej metody jest właśnie szukanie tych ukrytych korytarzy.

Na czym ta metoda polega?

Przez analogię do badań literackich nazwałem ją genezą tekstualną. Chodzi o próbę pokazania historii kwalifikowanego myślenia, a nie tylko jego rezultatów.

Czyli?

Czyli o dzieje lektur, inspiracji, sporów. O śledzenie dróg, jakimi w XX w. biegły myśli. Jak i dlaczego ewoluowały. To mi się wydaje często ważniejsze od pointy. Bo badając pointy można mieć wrażenie, że w XX w. nastąpiło gwałtowne zerwanie między myślą antyczną, średniowieczną, nowożytną a filozofią współczesną. Takie założenie leżało u podstaw większości opracowań. A ja od dawna miałem silne przeczucie, że to jest fałszywe założenie. Oczywiście, niektóre tradycje wygasły, pojawiły się nowe metody i pola badawcze, ale gdy bada się genezę tekstualną, doskonale widać, że XX w. nie byłby możliwy jako wiek filozofii czy kultury, gdyby nie cała tradycja i jej interpretacja, z której nasze myślenie wyrasta. A poza tym, pracując tą metodą można nie tylko odkryć rzeczywiste znaczenie rozmaitych tradycji, ale też prawdziwe rangi różnych myślicieli. Bo sławni i uznani filozofowie często wywarli mniejszy wpływ na rozwój filozofii niż ich zapomniani albo niedocenieni koledzy.

Jak choćby Jankélévitch czy Kojeve, o których nas na studiach nie uczyli, a którzy dzięki pańskiej metodzie uzyskują pierwszorzędną rangę.

We Francji Jankélévitch był w swoim czasie sławny. Kiedy umarł Sartre i jego sława zgasła, książki Jankélévitcha kupowało się w kieszonkowych wydaniach na lotniskach i dworcach kolejowych. Ale w Polsce nigdy nie zaistniał. My go przeskoczyliśmy. Od razu zainteresowaliśmy się Derridą i Foucaultem. Tak powstało wrażenie zerwania z tradycją. Bo w tamtym pokoleniu to Jankélévitch kontynuował myśl metafizyczną. I w moim przekonaniu był dużo ciekawszym myślicielem niż Sartre.

Przedszkolak i siedem koszy

Wychowywał się pan w obrębie obowiązującej w Polsce hierarchii filozoficznej. Nagle odkrył dla siebie wielkiego, ważnego gdzie indziej filozofa. Co dalej?

Lata studiów. Czytam główne dzieła, wyszukuję ważniejsze artykuły, wynotowuję kluczowe odniesienia do tradycji, do toczących się debat, do innych filozofów. Próbuję ustalić, kto na niego wpływał i na kogo on wpływał. Bo często dzieła stworzone pod wpływem jakiejś myśli mają większe znaczenie niż sama myśl. Zainspirowani często stają się ważniejsi od inspirujących. Wynik takich poszukiwań bywa zaskakujący. O amerykańskich pragmatystach sądzono na przykład, że ich intelektualne korzenie sięgają najwyżej do angielskiego empiryzmu. A okazuje się, że Peirce był znawcą logiki średniowiecznej, że zajmował się Tomaszem z Akwinu. Dla mnie to było zdumiewające odkrycie. Albo to, że inspiracją do stworzenia pragmatyzmu były wprowadzone przez Kanta rozróżnienia między praktycznym i pragmatycznym, a Peirce był pod wpływem „Krytyki czystego rozumu”, którą jako uczniowi ofiarował mu ojciec. Jak się tego nie wie, trudno jest zrozumieć nie tylko samego Peirce’a, ale też cały amerykański pragmatyzm.

A nie rozumiejąc pragmatystów i samego Peirce’a, trudniej jest zrozumieć amerykańskie doktryny społeczne i polityczne, podobnie jak nie rozumiejąc Sartre’a, trudniej jest zrozumieć nie tylko 1968 r., ale i współczesną Francję.

Trzeba jeszcze zrozumieć, jak inni ich rozumieli. Nietzschemu przypisuje się na przykład istotny wpływ na dwudziestowieczne losy Europy. Tym bardziej warto prześledzić, jak bardzo różne było rozumienie jego głównych idei. A każda z nich miała przynajmniej kilka interpretacji. Chociażby „nadczłowiek”.

Albo słynne zdanie „Bóg umarł”, które w oryginale znaczyło co innego.

Ale zwyciężyła interpretacja najbardziej wyrazista, wynikająca z prostego błędu tłumacza. Podobnie było z polskim tłumaczeniem słynnej tezy Marksa, że „religia to opium dla ludu”. To by znaczyło, że klasa panująca narkotyzuje lud, żeby nim zawładnąć. I w tę stronę szły polskie interpretacje. A Marks pisał o „opium ludu”, czyli o narkotyku, który sam lud sobie tworzy.

Co jest bliższe prawdy, bo widać, że lud, który odrzucił wiarę religijną, sam niezwłocznie sięga po inne narkotyki.

Marks opisał naturalną potrzebę, a interpretacje poszły w kierunku sztucznie tworzonego pragnienia. To jest zasadnicza różnica, która wypaczyła kształt polskiego marksizmu.

Czyli jednak filozofów lepiej czytać w oryginale?

Przynajmniej jeżeli samemu studiuje się filozofię. Bo filozofia nie jest przecież tylko dla filozofów. Mnie często różne osoby pytają, kto przeczyta te dziesięć tysięcy stron o filozofii XX w. Odpowiadam, że to nie jest książka do czytania, tylko do sprawdzania. Jeżeli germanista będzie chciał na przykład sprawdzić, kto i jak interpretował „Fausta” albo jak Goethe wpłynął na myślicieli współczesnych, łatwo prześledzi to używając indeksów.

Jeżeli się przebije przez hermetyczny język filozofów.

Przebicie się przez hermetyczny język to mój kłopot i moja praca. Czytelnik nie powinien mieć z tym problemu. Ks. Tischner na pierwszym seminarium uczył nas, że kiedy siada się do pisania, trzeba po jednej stronie biurka ustawić siedem pustych koszy, a po drugiej posadzić przedszkolaka. Potem trzeba wyrzucać do tych koszy każdą wersję tekstu, której przedszkolak nie zrozumie.

Okrutne.

Chyba dla przedszkolaka. Bo autora się tym sposobem zmusza do bardziej klarownego myślenia. W chaosie i mętności języka najłatwiej chowają się błędy.

Ryszard Kapuściński mówił mi, że weryfikując swoje własne wywody, tłumaczy je w myśli na obce języki. Bo tłumaczenie odziera myśl z językowego mułu. Jak nie wiadomo, o co dokładnie autorowi chodzi, to przekład jest niemożliwy.

Chodzi nie tylko o klarowność, ale i o uchwycenie istoty. Przez jakiś czas zajmowałem się na przykład dialektyką negatywną Adorna. Przeczytałem kilkadziesiąt tekstów na ten temat, ale w żadnym nie znalazłem wyjaśnienia, dlaczego to jest dialektyka negatywna. Jak czytam takie teksty, to przypomina mi się słynne zdanie Nietzschego, że „zabełtana kałuża czyni pozory głębi, ale nie należy w nią skakać”. Więc staram się tak pisać, żeby każdy humanista potrafił zrozumieć, o co tym filozofom chodziło.

A ja cały czas nie rozumiem, jak pan w tak młodym wieku dał radę się przez to wszystko przekopać i jeszcze to sensownie poukładać. Filozoficzna pełnia rzadko przychodzi przed trzecią czy nawet czwartą ćwiartką wieku.

To się nazywa wiek metafizyczny. Ciągle mam nadzieję, że kiedyś go osiągnę i zacznę uprawiać własną filozofię. Ale na razie muszę stworzyć narzędzie do studiowania współczesnej filozofii w Polsce.

Rozumiem, że Słupnik ma misję.

To źle?

Nie wiem. Czasem żałuję, że Tischner, który przecież był wielkim myślicielem, takiego dzieła po sobie nie zostawił.

Nie wiem, czy czułem ten brak akurat u Tischnera, ale czułem go od początku studiów. W tym sensie piszę swoją historię filozofii, jakbym ją pisał dla siebie jako dla byłego studenta, któremu jej brakowało. Ale nie mam o to żalu do Tischnera. On nigdy nie był historykiem filozofii. Czasem mu zarzucano, że jego interpretacje Kanta albo Hegla są nieortodoksyjne. A to było nieporozumienie. Nawet kiedy cytował jeszcze Hegla albo Kanta, dawno już był poza ich tekstami. Dla niego tradycja była tylko trampoliną do własnego myślenia. Pod tym względem do pięt mu nie dorastam. Dla mnie filozofia to wciąż głównie systematyzowanie wiedzy o różnych próbach odpowiedzi na odwieczne pytania. Nie akceptuję filozofii, która udaje, że jako pierwsza odkrywa te pytania i na nie odpowiada. Isaiah Berlin pisze na przykład o dwóch lub czterech koncepcjach wolności, co jest w kulturze masowej przyjmowane jako rewelacyjne odkrycie, podczas gdy w co trzecim zdaniu trzeba by było zrobić odsyłacz do Hegla. Wielu autorów zachwyca się pracami Frankfurta o identyfikacji, podczas gdy Karol Wojtyła pisał o tym wcześniej w „Osobie i czynie”. Jak się nie zna tekstów, które napisali inni, łatwo jest kręcić się w kółko i rozwiązywać dawno rozwiązane problemy.

Lustro kultury

Nie frustruje pana jako filozofa, że ludzie przez pokolenia wymyślili dużo dobrych odpowiedzi na najważniejsze pytania, ale ich nie używają i kręcą się w kółko?

Zapominanie jest taką samą częścią naszej kondycji jak stawianie pytań i odpowiadanie. Zresztą, zmieniają się przecież konteksty, więc inny jest także sens pozornie tych samych pytań i odpowiedzi.

Także dla filozofa?

Zwłaszcza dla filozofa. Bo filozofia jest lustrem kultury. Pokazuje, w jakiej jesteśmy kondycji umysłowej.

I co nam pokazuje zgłębione i opisywane przez Tadeusza Gadacza lustro filozofii XX w.? Jakie w nim jest nasze życie?

Rozproszone, rozbiegane, intelektualnie płytkie, bardziej skierowane na zewnętrzny świat niż na wewnętrzną refleksję, mało zdolne do cierpliwej pracy, w dużej mierze ślepe na wartości wyższe niż hedoniczne i utylitarne. Humanistyka cierpi na jakiś rodzaj wewnętrznego wypalenia. Nie ma interesujących sporów o idee, a było ich jeszcze niedawno bardzo dużo. Nie ma nawet zainteresowania refleksją nad takim zjawiskiem, jak obecny kryzys ekonomiczny, który wydaje się wręcz zmuszać do namysłu nad kondycją demokracji, postępu, potrzeb, naszego stosunku do wartości, zaufania, lęku itp. Żyjemy w czasach duchowej posuchy, która nie rodzi już wielkich myślicieli, pisarzy, kompozytorów, twórców sztuki. A ci, którzy zajmują się głębokim myśleniem i autentyczną twórczością, żyją jak średniowieczni mnisi w swych wewnętrznych pustelniach.

Filozof wie, skąd to się bierze?

Z procesów cywilizacyjnych. Zbiorową wyobraźnią rządzą teraz media, a one kreują innych bohaterów i inne dylematy.

To znaczy, że świadomie poświęca pan swoje życie czemuś, od czego inni się odwracają? Buduje pan lampę dobrze wiedząc, że świat woli pogrążyć się w mroku jakiegoś nowego średniowiecza? Po co właściwie pan to robi?

Pewnie przede wszystkim po to, żeby znaleźć odpowiedzi na pytania, które mnie samego nurtują. Ale też nie wierzę, że świat się w tym mroku pogrąża na zawsze. Myślę, że raczej musimy przejść przez ten czas posuchy i destrukcji, żeby na nowo odkryć platońską pamięć idei, augustyńskie wewnętrzne Słowo czy kartezjańskie pragnienie nieskończoności. Skoro myśli Platona przetrwały średniowiecze, można mieć nadzieję, że Nietzsche, Heidegger, Sartre i cały dorobek dwudziestowiecznego myślenia przetrwa mroki naszego czasu. A potem będzie przecież jak znalazł.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj