szukaj
Już tylko jedna kula
Ludzie, którzy kreują celebrytów, sami też czasem przeżywają historie jak z gazet. Przypadek Katarzyny Montgomery, byłej naczelnej 'Vivy!', to potwierdza.

Nie pyta, dlaczego akurat jej się to wszystko przydarzyło. Nie oskarża losu. Wyjechałam do Afryki, myśli, i coś mi się tam stało. Podjęła ryzyko i takie są jego konsekwencje, więc trzeba z nimi walczyć. Czasem ze złości gryzie rękę, żeby się otrzeźwić, nie załamać, nie poddać. Nawet na twardzieli przychodzą złe chwile.

Monty, Montana, Katarzyna Montgomery. Dziennikarka, redaktorka. Fajna, szczera, otwarta. – Rówieśników dzielę na tych, w których tkwi wewnętrzna skrytość, popeerelowska mroczność – opowiada Piotr Najsztub, który zna Kasię od kilkunastu lat – i tych nowej rasy, którzy nie kryją emocji, są, jacy są. Kaśka jest przedstawicielką tej nowej rasy kobiet. Kieruje nią szczerość, optymizm i wiara w przyszłość. Nawet choroba nie wywołała w niej potrzeby męczeńskiej adoracji ze strony otoczenia.

Być może otwartość Kaśki, podkreślają jej bliscy znajomi, bierze się stąd, że studiowała filologię rosyjską w Moskwie, gdzie przyjaźniła się z ludźmi różnych kultur. Lubi gadać z innymi, nie wstydzi się siebie ani swoich reakcji. Czasem, to prawda, powie za dużo, czasem reaguje nadmiernie. Taki charakter.

Popularna w środowisku. Specjalistka od lajfstajlu, półcelebrytka – tak o niej mówili – chociaż to jej zadaniem było kreowanie gwiazd na supergwiazdy i tworzenie celebrytek z kandydatek na gwiazdki. Sama o sobie powiada: hedonistka i flirciara, ale przesadnie oddana robocie. Może – jak tak teraz patrzy z perspektywy – za bardzo się przejmowała pracą, codziennymi sprawami. Może w ogóle ludzie za bardzo się przejmują byle czym.

Po powrocie z Afryki czuła się osłabiona. Łamało ją w kościach, jakby miała grypę. Najgorzej było z nogami. Stopy miała, jakby przylgnęło do nich dużo śniegu. Ciężko jej się chodziło, a przecież była wysportowana. Z pasją uprawiała windsurfing. Nie należała do tych delikatnych. A mimo to ciągle ją coś dopadało, a to stan podgorączkowy, a to senność. I te nogi ważące ze 100 kg.

Zanim Katarzyna Montgomery objęła stanowisko redaktor naczelnej „Vivy!”, pracowała w bydgoskim radiu. Miała w głosie – powiadali o niej fachowcy – mnóstwo dynamizmu i energii. Potem przez kilka lat była dziennikarką newsową w „Gazecie Wyborczej”: polityka, sprawy zagraniczne. Dużo podróżowała. – Pewnego dnia – wspomina – zdałam sobie sprawę, że prywatne życie ze mną jest bardzo trudne. Nie mam nawet wolnych weekendów. Obiecała sobie, że zrezygnuje z pracy w soboty i niedziele. Lubi realizować to, co postanowiła, odhaczać kolejne cele. Skończyło się na tym, że w niedziele kładła się spać po to, by wstać po północy i pisać tekst już w poniedziałek. Żyła życiem innych, stale pod parą, głodna newsów. Nie miała czasu ani dla siebie, ani dla przyjaciół. Życie osobiste się komplikowało, a ona gnała do przodu. Wreszcie poczuła, że nadeszła pora, by zwolnić tempo. Wtedy przyszła propozycja szefowania „Vivie!”. Postanowiła ją przyjąć.

Ta Afryka, do której pojechała, to było Sierra Leone. Miał być z tego reportaż dla „Vivy!” i dla telewizji. Ruszyła tam z aktorką Małgorzatą Foremniak jako ambasadorką dobrej woli i utalentowanym fotografem, korespondentem wojennym Marcinem Suderą. Foremniak z ramienia UNICEF organizowała w Polsce akcję zbierania pieniędzy na szczepionki dla dzieci – w Sierra Leone tylko co trzecie dożywa pięciu lat. Upał, bieda, epidemie, brak wody, konsekwencje wyniszczającej wojny domowej – wydawało się, że na ten kraj spadły wszelkie plagi.

W „Vivie!” to był wielki świat – kuchenny blat – żartuje. Pełno w nim aktorów, piosenkarzy, ale też kandydatów na celebrytów bez specjalnych talentów. W tym światku bez przerwy coś się dzieje; ktoś się pojawia na łamach, ktoś znika, inny przeżywa miłosne rozdrapy, jeszcze inny rozterki rodzinne.

Życie innych ludzi Monty traktowała jako profesjonalne zadanie do wykonania. Trzeba było wejść z butami w ich intymny świat, ale tak, żeby nie zrobić im krzywdy, tylko przekonać czytelników, jak pasjonujący jest ten beau-monde, jaki to wyjątkowy przywilej być gwiazdą. Musiała dużo bywać, żeby poznawać przyszłych bohaterów okładek. Jednak zdawała sobie sprawę, że nie jest ich koleżanką ani nawet dobrą znajomą, mimo że znała wówczas masę ludzi, całą warszawkę.

Zdziwiła się, kiedy już leżącą w szpitalu w Bydgoszczy, gdzie rodzina przeniosła ją z Warszawy, odwiedziła ją, przy okazji wizyty u własnej matki, Grażyna Szapołowska. Zdumione pielęgniarki zaglądały, żeby sprawdzić, czy to ta Szapołowska pofatygowała się do sparaliżowanej chorej. Katarzyna Montgomery nie była przecież wtedy nikim ważnym, ani naczelną „Vivy!”, ani dziennikarką, ani bywalczynią warszawskich salonów, tylko pacjentką, jedną z wielu naznaczonych przez los.

Pamięta, że zweryfikowała wtedy listę przyjaciół i bliskich znajomych. Skreśliła tych, którzy w nowych dla niej okolicznościach zapomnieli nawet zadzwonić z pytaniem, jak się czuje. Za to wpisała nowych, czasem nieoczekiwanych, jak np. kosmetyczkę Anię, którzy przede wszystkim pytali, jak ci pomóc.

W Sierra Leone nie ma dróg. Siedzieli z Marcinem na lotnisku i czekali na helikopter. Słońce płonęło. Chciało im się pić. Poprosili kogoś, żeby kupił im butelkę wody. Wypili po łyku. Wydała im się dziwna, jakby śmierdząca. Wiesz – powiedziała wtedy do Marcina – chyba ta butelka była już wcześniej otwarta. On tylko wzruszył ramionami i odparł: nic nam nie będzie.

W „Vivie!” odniosła sukces. Sprzedawało się ćwierć miliona egzemplarzy. Była chwalona za zawartość magazynu, za okładki. Ale nie była zadowolona, bo brakowało jej pewności. Nie zależało jej na karierze, pragnęła mieć poczucie spokoju i stabilizacji. Wiedziała, że musi sama na siebie zarabiać i na siebie liczyć. Postawiła przed sobą jeden cel: udowodnienie, że warto mieć ją jako pracownika. Chciała pokazać swoją niezbędność. Przez dwa lata jeździła do redakcji ze ściśniętym gardłem. – Każdego ranka wyruszałam – wspomina – z poczuciem, że mogą mnie zwolnić, bo stanowisko naczelnej „Vivy!” to gorący stołek. W końcu uznała, że ma dość tego napięcia. Poczuła się wypalona. Sama złożyła rezygnację. Numer „Vivy!” z Małgorzatą Foremniak i dzieckiem z Sierra Leone na okładce był ostatnim, który wyszedł spod jej ręki.

Jeszcze w Sierra Leone najpierw ciężka gorączka dopadła Marcina. Potem padło na Kasię. Chorobę znosiła gorzej niż Marcin. Trafiła do miejscowego szpitala, leżała na zardzewiałym łóżku. Nie miała siły zrobić ruchu. Przyszedł lekarz. Popatrzył na nią. Nie miał nawet termometru. Wziął ją za rękę i stwierdził: „Gorączka. Bardzo wysoka”. Podał jej jakieś dwie pakistańskie tabletki. Nawet nie wie, co to było. Następnego dnia jeszcze słaba, ale już o własnych siłach, zjadła z resztą ekipy śniadanie. Jakoś to będzie, pomyślała, przetrwam i to.

Po powrocie z Sierra Leone dostała propozycję poprowadzenia cotygodniowego dodatku do „Dziennika”. Niemiecki wydawca Axel Springer pragnął wydawać konkurencję dla „Wysokich Obcasów”, wysmakowany kolorowy suplement na wzór ukazującego się na Zachodzie „How to spend it”. Magazyn nosił optymistyczny tytuł „Życie jest piękne”. Skorzystała z propozycji. Miała doświadczenie z „Vivy!” i sporo nowych pomysłów. Niestety, ukazało się zaledwie kilkanaście numerów. Wydawca zrezygnował z dodatku, a ona właściwie już po miesiącu czuła, że znów siedzi na bombie zegarowej. Na domiar złego, kiepsko się czuła, psychicznie i fizycznie. Nie była odporna na stres, ciężko znosiła wypicie nawet jednego drinka. Coś mnie toczy – przychodziło jej czasem do głowy, ale odrzucała tę myśl.

Tamtego ranka nie mogła wstać z łóżka. Miała jechać do Bydgoszczy, pomóc rodzicom w remoncie, ale fizycznie nie była w stanie się podnieść. W końcu nadludzkim wysiłkiem sturlała się z pościeli i zadzwoniła do domu. Bełkotała. Ojciec domyślił się, że stało się coś złego. Błyskawicznie pojawił się w Warszawie. Kilkadziesiąt minut czołgała się, żeby otworzyć mu drzwi. Własny tułów ciążył jej jak ołów. – Nigdy nie sądziłam, że człowiek może sam dla siebie stanowić taki ciężar. Była całkowicie sparaliżowana.

Początkowo lekarze podejrzewali zapalenie mózgu i rdzenia kręgowego. Potem jednak doszli do wniosku, że to sprawa wirusa poliopodobnego, którego złapała w Afryce. Rozpoczął się wielomiesięczny koszmar leczenia i rehabilitacji, walki z własną bezradnością i wściekłością na nią.

Rozmowy o pracy zaczęła już na wózku. Naiwnie myślałam, że jako redaktor mogę wykonywać swoje zajęcie z każdego miejsca. Okazało się, że nie miała racji. Odbyła parę beznadziejnych rozmów o pracy, potem cisza. Po kilku miesiącach zadzwonił jakiś zabłąkany łowca głów. – Chodziłam wtedy ciężko jak zombi – wspomina. – O dwóch kulach. Facet się zdziwił, że w ogóle przyszła na rozmowę o pracy w takim stanie, i więcej się nie odezwał. Próbowała coś robić w public relations, ale nie umiała przenieść się na drugą stronę barykady. I wtedy zadzwonił Piotr Najsztub. Powiedział, że jego znajomy szuka kogoś do prowadzenia programu telewizyjnego, a on odparł, że ma taką osobę. – To miał być talk-show o miłości – opowiada Najsztub – a Kaśka cierpiała na deficyt miłości. Bez przerwy o tym rozmawiała, więc uważałem, że się nada. Kiedy jej o tym powiedział, uznała, że oszalał.

Jak dzwoni prezes stacji telewizyjnej, to mu się nie odmawia. Poszła na spotkanie bez żadnej nadziei, po prostu z uprzejmości wobec jego gestu i z wdzięczności dla Najsztuba. Jak ją zobaczył, nawet mu nie drgnęła powieka. Zaczął od konkretnej propozycji. Chodziło o codzienny program dla kobiet, talk-show „Mała czarna”. Powiedział, że kiedy Katarzyna pozna reżysera i producenta, zdecyduje, czy chce robić ten program. – Ja zdecyduję, ja? Zdębiałam. Mój świat przewrócił się do góry nogami. Niepełnosprawna w telewizji? Na ekranie?

Po rozmowie odprowadził ją do samochodu. Teraz, myślała, dokładnie mi się przyjrzy, zobaczy, jak beznadziejnie chodzę. Znów przyszło jej do głowy porównanie z zombi. Poczuła się w obowiązku zapewnić, że do września, kiedy program miał wystartować, na pewno będzie chodziła lepiej. – Wtedy spojrzał na mnie jak na kosmitkę, a ja zbaraniałam, bo widziałam, że facet nie ma z tym żadnego problemu. Nigdy z jego strony nie padło żadne słowo, że coś jest ze mną nie tak.

Program „Mała czarna” trwa już od czterech sezonów. Talk-show, w porównaniu z początkowym scenariuszem, poszerzył formułę. Rozmawia się w nim nie tylko o miłości, ale i o innych emocjach, pasjach, życiu codziennym, problemach w rodzinie.

Kaśka posługuje się obecnie już tylko jedną kulą. Gdy spotyka prezesa na zebraniach stacji, głównie przy okazjach świątecznych, zawsze mówi: dziękuję panu, a on odpowiada: to ja pani dziękuję.

 

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj