Po co mamy dzieci
Wywiad z prof. Marią Kielar-Turską

Ewa Winnicka: – Chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, dopiero od stu lat człowiek zachodni pochyla się nad własnym dzieckiem, szanuje je i otwarcie kocha. Zdaje się, że jeszcze nie wszyscy zorientowaliśmy się, że do bycia rodzicem potrzebne są kompetencje.

Prof. Maria Kielar-Turska: – To prawda. W wiekach średnich i długo potem nikt nie zastanawiał się nad własnym rodzicielstwem. Było ono człowiekowi przypisane biologicznie. Nie podnoszono kwestii, czy w tej mierze trzeba spełniać jakiekolwiek wymagania. Dziecko pojawiało się i żyło poza światem dorosłych. Myślano: jest małe, bezradne i głupie, więc niedoskonałe.

 

Kiedy swoim studentom mówi pani o roli dziecka w historii, tłumaczy im, że przebyło ono długą drogę. Od przedmiotu do podmiotu. A potem mówi pani, że historia zatoczyła koło.

Za „Historią dzieciństwa” Philippa Ariesa pokazuję tę linię – jak przedmiotowo myślano o dziecku aż do czasów nowożytnych. Rodzic nie przyzwyczajał się do potomka, nie zawsze nawet nadawał mu imię. Uważał, że jest on skażony grzechem pierworodnym, do tego często umiera w niemowlęctwie. Jeśli pozostaje przy życiu, można go wykorzystać jako narzędzie w apelach o pomoc – do żebrania. Aby był w żebraniu bardziej skuteczny, można go okaleczyć.

Żeby dostać się do świata dorosłych, dziecko musiało spełnić pewne warunki. Zazwyczaj warunkiem był określony wiek – koniec średniego dzieciństwa, czyli 6–7 rok życia. Wtedy dziecko zaczynało pełnić te same funkcje co człowiek dorosły – uczestniczyło w pewnych pracach, a nawet w życiu seksualnym. Gdy więc teraz słyszę o molestowaniu, to wydaje mi się, że nie jest to problem nowy, tylko wtedy nikt tego tak nie traktował.

Kiedy dorośli zaczęli dostrzegać odrębność dziecka?

W okolicach Odrodzenia, gdy świat dorosłych zaczął robić coś dla dziecka. Na przykład miniaturowe przedmioty do zabawy. Dorośli zaczęli przerabiać też w tym celu różne teksty; zazwyczaj religijne, ale mamy też dziecięcą wersję Robinsona Crusoe, która to książka nie była pisana dla młodych czytelników.

2A i 2K

To jeszcze nie był przełom. Jan Jakub Rousseau, autor poematu „Emil”, który uważa się za kamień węgielny upodmiotowienia dzieci, własne potomstwo oddał do przytułku.

Odrębność dziecka zaczęła być wartością, kiedy uświadomiono sobie, w jak znacznym stopniu można ukształtować dziecko; że można z niego zrobić takiego albo innego człowieka. Można je prowadzić w jakimś kierunku, rozwijać właściwości, doskonalić, aktywizować i pobudzać.

Wtedy gwałtownie zaczęła rozwijać się socjologia i psychologia humanistyczna.

Owszem, wtedy pojawiły się nowe koncepcje rozwoju dziecka, ale także medycyna zaczęła inaczej je postrzegać. Przestano przyjmować za fakt oczywisty, że chory noworodek umiera, a zaczęto go leczyć. Pochylono się nad ciałem dziecka. Wreszcie na przełomie XIX i XX w. szwedzka feministka Ellen Key postulowała, by w nadchodzącym wieku najważniejszą osobą w świecie ludzkim było dziecko. W swojej słynnej książce „Stulecie dziecka” tłumaczyła, że najlepszym środowiskiem dla jego rozwoju jest rodzina, która powinna być odpowiednio do swojej roli przygotowana.

Sto lat temu ten postulat był utopią, ale i teraz nie jest taki oczywisty. Ellen Key próbowała odpowiedzieć na pytanie, kto ma prawo „życie ludzkie budzić, czyli rodzicem być”. Zdaje się, że dziś w ogóle balibyśmy się je zadać.

Ale praca Key i tak zrewolucjonizowała podejście do dziecka. Specjalnie dla niego zaczęto zmieniać świat. W 1924 r. Zgromadzenie Ogólne Ligi Narodów przyjęło Deklarację Praw Dziecka, a zawarte w niej zasady wyrażały myśl, że ludzkość powinna dać mu to, co posiada najlepszego. Zaś w 1989 r. Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych uchwaliło Konwencję Praw Dziecka (Polska ratyfikowała ją w 1991 r.). W ten sposób zostały stworzone podstawy dla nowej etyki na rzecz dzieci, którym przysługują nie mniejsze prawa niż osobom dorosłym. Dorosły musi się podporządkować tym prawom.

Jakich na początku XX w. używano sposobów, by rodzice mogli podnosić swoje kwalifikacje?

Monique Gueneau napisała książkę „Zawód rodzice”, pokazując, że sprawowanie takiej roli społecznej wymaga pewnych umiejętności. A od połowy XX w. podkreśla się bardzo wyraźnie – że trzeba być przygotowanym do pełnienia roli rodzicielskiej. Świadczy o tym ogromna liczba rozmaitych poradników: jak z dzieckiem rozmawiać, jakie zabawki mu kupować, jak je karmić, jaką mu dać poduszkę pod głowę, żeby nie miało złego zgryzu.

Teraz zwracamy coraz większą uwagę na rozmaite kompetencje osoby, która chce być rodzicem. Związane jest to oczywiście ze zmianami cywilizacyjnymi, w tym z rozwojem medycyny, pedagogiki i psychologii. Współczesna psychologia rozwojowa podaje charakterystykę dziecka, którą można wyrazić skrótowo symbolami 2A i 2K. Pierwszy oznacza, że dziecko jest Autonomiczne i Aktywne, drugi – że jest Kreatywne i Kompetentne.

Jeśli dziecko, z punktu widzenia nauki, jest obecnie 2A i 2K, to jaki powinien być jego rodzic?

Udany rodzic musi po prostu zdać sobie sprawę z tych właściwości potomka. A więc że będzie to osoba autonomiczna, a nie przedmiot, z którym można robić, co się chce. Dziecko to nie ktoś, kto stale jest przy rodzicu, a ten je zabawia, czyta mu, ubiera, ale że to osoba odrębna.

Co to znaczy?

Mówi się metaforycznie, że swoją autonomię zaznacza już zarodek ludzki, kiedy zagnieżdża się w ściance macicy niezależnie od zgody matki. On sam wybiera to miejsce. Od urodzenia, od pierwszych dni dziecko zaznacza swoje ja poprzez np. odmawianie, bronienie swego, nie chce np. oddać zabawki, zanim zacznie zaznaczać siebie poprzez używanie zaimka „ja”.

Dziecko sprawca

Jak daleko ten szacunek dla autonomii powinien sięgać, co jest granicą?

Trzeba sobie zdawać sprawę, że jest taki moment w rozwoju człowieka, w którym, jak mówi Eric Erikson, autonomia zaznacza się najwyraźniej i wtedy, można by powiedzieć, ona się rodzi. Jeśli dorosły nie będzie sprzyjał narodzeniu się autonomii, to właściwie może przeszkodzić dalszemu rozwojowi człowieka. To jest okres mniej więcej pomiędzy 2 a 5 rokiem życia. Wówczas rodzic może łatwo zaobserwować, że dziecko chce samo włożyć buty, choć tego nie potrafi, chce samo jeść, choć ma kłopot z nabieraniem zupy łyżką. Bardzo często dorośli nie uwzględniają tego dążenia dziecka do bycia sprawcą.

Ponieważ spieszą się, a potrafią przewidzieć, że samodzielne ubieranie się dwulatka trwa w nieskończoność. Praktykuję obecnie takie narodziny autonomii u własnego dziecka.

Proszę pani, bycie sprawcą to jest najważniejszy przejaw autonomii. Wiadomo, że dorosły lepiej i szybciej zrobi coś niż dziecko. One robią to z trudem, wykonują każdą czynność wielokrotnie; dorosły dawno by się poddał. Fakt ten wskazuje, jak ważne jest dla małego człowieka bycie sprawcą. Inny przykład: dziecko broni swojej własności, nie chce jej oddać. Każdy z nas ma zaznaczoną pewną niszę własną, ma swoje biurko, miejsce przy stole; dziecko chce też od początku zaznaczyć, że to jest jego miejsce, to są jego zabawki i ono absolutnie nie chce tego oddać. To jest również przejaw dążenia do autonomii.

Czyli przed wyjściem z domu wziąć jednak głęboki oddech, a w piaskownicy nie nakazywać, by dziecko zawsze dzieliło się z innymi swoją koparką?

Erikson mówi, że jeśli się dziecku nie ułatwi manifestowania własnej autonomii, to wyprodukuje się człowieka z bezradnością.

A aktywność?

Każdy, kto miał małe dziecko, widzi, jak bardzo chce ono każdy napotkany obiekt poznać – dotykiem, wzrokiem i smakiem. Chce także zobaczyć, jak ten przedmiot się zachowuje, co się z nim dzieje, jak go rzucić czy upuścić... To jest ogromna aktywność, również intelektualna. Dziecko jeśli dostaje coś nowego, stara się znaleźć takie sposoby, żeby odkryć, jak to coś funkcjonuje. Te umiejętności, jakie zdobywa dwulatek, pozostają na całe życie. Proszę zauważyć, że gdy dorośli spotykają nowy przedmiot, to jedni zaczynają poszukiwać sposobów poznania go i często stosują, podobnie jak dziecko, metodę prób i błędów. A inni spojrzą na przedmiot i odkładają. Nie próbują poznać, co to jest. Poziom eksploratywności człowieka zależy zatem od tego, co się zdarzy na początku jego rozwoju.

Czy świadomość 2A i 2K wystarczą, żeby być rodzicem?

Żeby zostać rodzicem, nie trzeba mieć żadnych kompetencji – jeśli myślimy tylko o akcie biologicznym. Ale żeby być rodzicem udanym, czyli być wychowawcą dziecka, wrażliwym na jego rozwój, stymulować je – trzeba być kompetentnym. Także w zakresie 2A i 2K.

Obraz świata

Co można powiedzieć o kompetencjach rodzicielskich w polskim społeczeństwie? Z jednej strony mamy ujemny przyrost naturalny, czyli mnóstwo ludzi nie decyduje się na dziecko. Z drugiej – brakuje miejsc w sierocińcach, czyli dzieci mają ludzie, którzy nie potrafią, nie chcą być rodzicami.

Na pewno pewien poziom rozwoju poznawczego człowieka decyduje o tym, jaki ma on obraz świata i co w tym obrazie świata jest ważne. Jeżeli człowiek uważa, że w jego obrazie świata ważne jest dziecko, to będzie je odpowiednio traktował. Pojawienie się dziecka w jego życiu nie będzie takim całkowitym przypadkiem i nie będzie tylko wynikiem aktu biologicznego. Natomiast część ludzi nie ma właściwie takiego wyrazistego obrazu świata.

A dlaczego można nie mieć takiego obrazu?

Dlatego, że nikt nie pomagał w jego tworzeniu. Socjologowie mówią o dziedziczeniu biedy materialnej, ja powiedziałabym o dziedziczeniu biedy psychologicznej. Jeżeli ktoś jest wychowywany w takim środowisku, w którym nie jest ważne, żeby mieć jakiś obraz świata, nikt w tym nie pomaga, nikt nie mówi, co jest ważne, do czego warto dążyć, i ten ktoś się nie zetknie z nikim, kto mu to powie, to po prostu nie będzie miał obrazu świata.

Jeśli nie ma się obrazu świata, to dziecko nie jest nikim nadzwyczajnym?

Ono się po prostu pojawia, ale nie jest kimś, kim należałoby się specjalnie zajmować. Zrozumiałe jest, że należy przygotowywać się, żeby umieć kopać rów, ale nie jest już tak oczywiste, że należy przygotowywać się do tego, żeby wychowywać dziecko, bo to jakoby jest coś naturalnego. Tak jak nie muszę uczyć się jeść, bo po prostu jest mi to dane.

A co z instynktem macierzyńskim?

Instynkt macierzyński zapewnia jedynie to, że matka karmi dziecko. W czasie karmienia dziecko może być przytulane, ale niekoniecznie,

Instynkt nie wymusza na matce przytulania dziecka?

Okazuje się, że nie wymusza. Jeśli karmiąc matka przytula dziecko, ale to nie sprawia jej przyjemności, może tego nie czynić, nie podtrzymywać przytulania. Freud pisał, że realizowanie instynktu jest związane z zasadą przyjemności. Jeżeli to nie sprawia przyjemności, matka może porzucić potomka. I są matki, które ignorują swoje dzieci.

Z drugiej strony mamy osoby, które tak bardzo wiedzą, że dziecko jest wartością, a jego świat jest wymagający, że nie mogą się na nie zdecydować. Mają obiekcję, czy sprostają, albo boją się utraty swobody.

Na to mogą się składać znowu rozmaite uwarunkowania. Po pierwsze, ktoś nie zakłada rodziny, bo tak się złożyło w jego życiu. Może być też tak, że niektórzy nie decydują się na dziecko, bo stwierdzają, że nie sprostają wymaganiom finansowym. Myślę, że czasem nasza wiedza o rzeczywistości nam pomaga, a czasem przeszkadza w podejmowaniu decyzji. Więc być może właśnie świadomość tych wymagań, jakie stają przed rodzicami, może kogoś powstrzymywać. Czasem trwa to latami. W którymś momencie, a zdarza się to coraz częściej, urodzenie własnego dziecka okazuje się już niemożliwe. Jedynym rozwiązaniem byłoby posiadanie dziecka adoptowanego, które przyjdzie z zewnątrz, w którego powstaniu rodzice adopcyjni nie będą bezpośrednio uczestniczyć. Ale jak wiemy, wciąż w tej mierze funkcjonuje sporo stereotypów.

Ewentualni rodzice adopcyjni boją się, że dziecko niebiologiczne odziedziczy szereg cech, z którymi nie dadzą sobie rady. Adoptowane nie wydaje się już taką wartością?

Funkcjonują stereotypy, które mówią, że zbyt dużo dziecko dziedziczy po rodzicach. Dziecko adopcyjne jest kotem w worku.

To są stereotypy, nie badania?

Są pewne właściwości dziedziczne i te właściwości można w dużym stopniu ustalić, np. skłonność do pewnych chorób. Jeśli chodzi o cechy psychiczne, to one są oczywiście w pewnym stopniu dziedziczne, ale nie jest tak, że są niemodyfikowalne. Z cech psychicznych dziedziczny jest temperament, na pewno jest w dużym stopniu dziedziczona inteligencja, ale można je modyfikować. I na to wskazują badania. Ponadto należy wyraźnie podkreślić, że np. inteligencja nie jest jedyną właściwością, która pozwala nam oceniać pozytywnie człowieka. Możemy mówić nie tylko o inteligencji potencjalnej, która jest nam dana, ale i o inteligencji skrystalizowanej, na którą wpływ ma jak najbardziej uczenie się, kultura. Psycholog Rene Zazzo mówi: jeśli występuje jakieś zaburzenie w rozwoju, to nie obejmuje ono wszystkich sfer. Zawsze pozostaje coś, na czym możemy budować. Cała sprawa polega na tym, żeby to odkryć. Niewiele osób aż tak podmiotowo myśli o dziecku.

Dziecko dla przyszłości

Do czego ludziom potrzebne są obecnie dzieci? Mówimy oczywiście o sytuacji, gdy znajdują się one w jego obrazie świata. Po upodmiotowieniu okazuje się, że wymagania świata dziecka są wysokie, a człowiek, jak wiadomo, wolałby ułatwiać sobie życie.

To jest dość ważne pytanie w psychologii i ja myślę, że psychologia ma coraz więcej dowodów na to, że dzieci są bardzo potrzebne dla rozwoju człowieka. Dr Mirosława Matuszewska z Poznania prowadziła badania, które pokazały, że posiadanie potomka wpływa bardzo pozytywnie na rozwój procesów poznawczych i społecznych u człowieka dorosłego. Chodzi o pierwsze dziecko, następne nie przynoszą takich zmian. Człowiek dorosły zaczyna na nowo uczyć się świata razem z nim. Od nowa odkrywa bajki, które mu czytano w jego własnym dzieciństwie. Teraz znów je czyta i widzi znacznie więcej w tych bajkach, i to jest dla niego bardzo ważne. Znajomi rodzice mówią mi: Proszę pani, ja bym nigdy w życiu nie obserwowała, jak chodzą mrówki! Ale właśnie zwracam na nie uwagę, bo moje dziecko obserwuje te mrówki i domaga się tego ode mnie. Ja przyszłabym do parku, siadła na ławce i czytała gazetę. A tak, tyle ciekawych rzeczy w tym parku widzę!

Ale to jeszcze za mało, żeby mieć dziecko!

Idźmy dalej. Dziecko skłania także do tego, żeby zmieniać swój stosunek do innego człowieka. Żeby w odpowiedni sposób patrzeć na innych ludzi, którzy są np. niepełnosprawni. Moja koleżanka mówiła: Słuchaj, jak ja szłam z moimi dziećmi ulicą, to one ciągle naśladowały kogoś, także takich, którzy kuleli. Ja się denerwowałam, a jednocześnie uświadamiałam sobie, jak różni są ci ludzie wokół mnie, ja bym tego nigdy nie zauważyła, gdyby nie moje dzieci.

Dzieci zwracają uwagę na to, jak się komunikujemy z innymi. Zwracają uwagę np., czy mówimy prawdę, czy kłamiemy, czy w stosunku do jednych ludzi zachowujemy się tak, a w stosunku do innych inaczej. To nam dzieci uświadamiają.

Jeszcze mnie pani profesor nie przekonała. Bo nie spotkałam człowieka, który by powiedział, że chciałby mieć dzieci, bo myśli, że będzie się lepiej odnosić do innych ludzi. Natomiast obserwuję wielu rodziców, dla których dziecko jest ich małym terapeutą. Plastrem na bolącą duszę. Decydują się na nie, by naprawić małżeństwo. Albo chcą, by spełniło ich niespełnione marzenia. O zarabianiu dużych pieniędzy na przykład.

Starałam się pani powiedzieć, że dorosły, który chce mieć dziecko, zazwyczaj myśli o nim jako o wartości w swoim świecie. Ale chcąc traktować je jako wartość, musi sobie zdawać sprawę z jego odrębności. Ci rodzice, którzy oczekują, że ich dziecko osiągnie coś, czego im się nie udało, np. skończy medycynę, nie będą dobrze pełnić roli rodziców.

Chodzi więc o partnerską wymianę doświadczeń i emocji?

Nie chcę tutaj używać terminu partnerstwo, raczej bym mówiła o uświadomieniu sobie wzajemności wspomagania się w rozwoju. Może w tym by nam pomogła Margaret Mead, która pisała o takim społeczeństwie, w którym dzieci stają się nauczycielami swoich rodziców. To one zdobywają umiejętności, które charakterystyczne są dla przyszłości, natomiast rodzice dysponują doświadczeniem przeszłości. Społeczeństwo, w którym jedynie korzystamy z doświadczeń ubiegłych pokoleń, nie jest społeczeństwem rozwijającym się.

Myślę, że podejście do dziecka oparte na wzajemności jest podejściem najwłaściwszym.

Wróćmy do potrzeb, które powodują, że człowiek świadomie chce albo nie chce być rodzicem.

Zaspokajanie potrzeb podstawowych (potrzeb niedoboru, jak by powiedział Abraham Maslow) człowiekowi nie wystarcza, ponieważ człowiek dąży do samorealizacji. Potrzebę tę realizuje w akcie twórczym. Zatem powołanie do życia nowej osoby (oczywiście nie sam akt biologiczny) i pomaganie w jej powstawaniu psychicznym może być wyrazem naszej samorealizacji. I wielkiej satysfakcji.

Lęki niedoszłego rodzica

Czy nie jest często tak, posłużę się własnym doświadczeniem, że długotrwałe opory przed rodzicielstwem spowodowane strachem przed odpowiedzialnością, utratą swobody czy nieumiejętnością, są tylko urojeniem? Bo potem, kiedy ma się już dziecko, to przy założeniu, że jego stała obecność w naszym życiu jest wartością oczywistą, większość rodzicielskich zadań rozwiązuje się, rzec by można, naturalnie.

To w pani przypadku obawy były nic nieznaczące, a w przypadku innych osób mogły być znaczące. Nie ma tutaj prostych odpowiedzi. Nie ma jednego przepisu, który mówiłby: no tak, powinniśmy wszyscy w odpowiednim momencie, tak jak to mówi amerykański socjolog edukacji Robert Havighurst, realizować pewne zadania życiowe. Np. w pewnym momencie wszyscy powinniśmy mieć dziecko, bo tak wynika z zadań rozwojowych człowieka.

A strach przed odpowiedzialnością?

Dopóki nie jesteśmy odpowiedzialni za nikogo, nie można stwierdzić, czy tacy nie będziemy.

Czy są metody psychologiczne, by sprawdzić, czy się będzie udanym rodzicem, zanim będzie się miało dziecko albo kiedy już się je ma? Mówimy oczywiście o sytuacji posiadania owego poziomu rozwoju poznawczego.

Człowiek nie rodzi się udanym rodzicem. To nie jest tak, że w momencie, kiedy kobieta dowiaduje się, że jest w ciąży, od razu nabywa takich kompetencji. Ważne jest to, żeby rodzice chcieli je rozwijać. Po to są np. szkoły rodzenia, zebrania w przedszkolu, szkole, kiedy rodzice dowiadują się, co mogą zrobić dla swojego dziecka.

Mogą się dowiedzieć na przykład, żeby spędzać z nim czas albo żeby z nim rozmawiać.

Oj, jest bardzo wiele kompetencji, którymi rodzice powinni się cechować. Odnoszą się do rozmaitych sfer rozwoju potomka.

Proszę je nazwać.

To są przede wszystkim takie kompetencje, które nie tylko rodzice powinni posiadać, i te mogę nazwać. Na przykład kompetencje komunikacyjne, czyli umiejętność słuchania swojego dziecka i umiejętność rozmawiania z nim. To są też pewne kompetencje emocjonalne. Żeby umieć np. odczytywać wyrazy mimiczne, pantomimiczne, werbalne emocji innych osób. A z drugiej strony umieć wyrażać własne emocje w sposób społecznie oczekiwany.

Mówi pani o samorealizacji człowieka. W potocznym rozumieniu polega ona na ciężkim wyścigu w zakładzie pracy. W pojedynkę raczej, nie z dzieckiem. Nieczęsto wychowanie postrzegane jest jako akt twórczy. Człowiek ściga się na swoim torze, z rzadka jedynie zagląda do pokoju dziecinnego. Zagląda i myśli: pięknie wyposażyłem ten pokój, wysokie daję mu kieszonkowe, stać mnie na prywatną szkołę dla niego. Dziecko będzie się pięknie rozwijać.

Ależ taki rodzic w ogóle swojego dziecka nie wychowuje, bo wychowanie to bycie ze sobą. Rodzica może zastąpić inna osoba, niania na przykład. Tylko że wkrótce to niania będzie w życiu dziecka najważniejsza. Znałam panią, która opiekowała się synem bardzo zapracowanych rodziców. Pełniła tę rolę do czasu, kiedy chłopiec miał pójść do szkoły. Nadszedł moment pożegnania, rodzice urządzili go uroczyście. I wówczas okazało się, że ten chłopiec w ogóle nie chciał pogodzić się z odejściem swojej niani. Wczepił się w jej sukienkę tak, że ją w końcu podarł. Dla niego odejście niani było jak śmierć kogoś najbliższego.

Dlaczego obecność rodziców na co dzień jest taka ważna?

Bycie z dzieckiem, uczestniczenie w jego sprawach, wiedza, co je cieszy, a co martwi, z czym sobie daje radę, a z czym nie, pozwala na przykład na jego sprawiedliwe nagradzanie i karanie. Na jego kształtowanie. Tylko obecność, ta wzajemność, o której dużo mówimy, buduje prawdziwy autorytet. Trzeba mieć świadomość, że im dziecko starsze, tym mniejsze szanse mają rodzice na zbudowanie autorytetu, bo obszary, na których mogą go zbudować, kurczą się. W różnych obszarach rodziców zastępują koledzy dziecka, czasem nauczyciele. Brak autorytetu powoduje zerwanie więzi emocjonalnej. Dziecko zdaje się mówić: już nie jesteś tak ważny w moim życiu.

Czytałam badania dotyczące preferencji dzieci przedszkolnych i szkolnych co do spędzania wolnego czasu. Gdyby mogły wybierać, znacznie chętniej poszłyby na spacer z rodziną niż oglądały telewizję czy grały w gry komputerowe. To taki kamyk do ogródka tych rodziców, którzy narzekają, że ich dzieci nie mogą się odlepić od ekranu.

Nie odlepiają się, bo zwykle nie mają alternatywy. Dzieciom w tym wieku bardzo potrzebna jest różnorodność zajęć. Powinny robić wszystko po trosze: czytać, jeździć na rowerze, oglądać TV, chodzić na spacery...

Być może ten piedestał, na który wyniesione zostało dziecko, zaczął trochę ciążyć dorosłym. Mogą myśleć: upodmiotowiliśmy dzieci, a teraz mamy wyrzuty sumienia, że nie jesteśmy w stanie sprostać. Ta świadomość zaczyna być emocjonalnym kamieniem u szyi.

Zwracam studentom uwagę, że na przełomie XX i XXI w., być może pod wpływem ponowoczesności, z jednej strony zaczęto jeszcze bardziej skupiać się na dziecku, a z drugiej strony dorośli zaczęli właściwie występować przeciwko niemu. Strącają je z piedestału. Świadczy o tym przemoc wobec dzieci, molestowanie seksualne. Dorośli zaczęli też mówić głośno o tym, że dziecko występuje przeciwko ich światu, że autorami przemocy stają się nie tylko dorośli wobec dzieci, ale też dzieci wobec dorosłych. Niektórzy psychologowie mówią jednak, że to dorośli rzucili hasło o agresji i przemocy. Teraz dostali odzew.

A ja powtarzam: kompetencje do wychowywania dzieci są w dużej mierze średnimi kompetencjami komunikacyjnymi. Dziecko nie może przeszkadzać dorosłemu w samorealizacji. Jest mobilizujące. Gdy jest z dorosłym na co dzień, jeśli rozmawia z nim, to tak naprawdę daje komunikat: bądź coraz lepszy. Tego od ciebie oczekuję. Trzeba po prostu dać dziecku szansę.

Prof. dr hab. Maria Kielar -Turska - kierownik Zakładu Psychologii Rozwojowej i Wychowawczej w Instytucie Psychologii UJ. Zajmuje się rozwojem mowy i myślenia człowieka w okresie dzieciństwa oraz dziecięcą teorią umysłu. Kieruje badaniami nad rozwojem językowym i komunikacyjnym dzieci. Szefowa Sekcji Rozwojowej Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Autorka książek "Mowa dziecka. Słowo i tekst", "Dziecko jako odbiorca literatury", oraz "Jak pomagać dziecku w poznawaniu świata."

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj