Po co ten seks
Czy monogamia jest dla ludzi naturalna? Czy da się żyć w parze bez seksu? Rozmowa z seksuologiem Andrzejem Depko

Juliusz Ćwieluch: – Czy da się żyć w parze bez seksu?

Andrzej Depko: – Tak, pod warunkiem, że spotka się dwoje ludzi, którzy mają relatywnie niski, biologicznie uwarunkowany poziom potrzeb seksualnych. Ich uwaga skupiała się będzie na pracy, na osiągnięciach i innych aktywnościach dających poczucie spełnienia. Mogą stworzyć takie białe małżeństwo, w którym więź psychiczna będzie więzią dominującą. Do seksu nie będą przykładali większej wagi lub traktować go będą wyłącznie w wymiarze prokreacyjnym. Powyższy cel zrealizowany zostanie raz lub dwa razy, w zależności od ustaleń, i dalej zajmą się tym, co dla nich ważne.

Czy tacy ludzie są szczęśliwi?

Jeżeli to wynika z ich oczekiwań i obydwoje traktują potrzebę seksualną jako najniższą w hierarchii wartości, to oczywiście, że będą szczęśliwi. Potrzeby seksualne człowieka zmieniają się wraz z wiekiem, z pojawiającymi się chorobami. Modyfikowane są również przez czynniki osobowościowe.

Z czasem ważniejsze może okazać się pełne pasji uczestniczenie w wyścigu szczurów. Ma to swoje konsekwencje. Pod wpływem permanentnego stresu wydziela się więcej prolaktyny, która w skuteczny sposób wygasza potrzeby seksualne.

To impotencja na zamówienie. Norma idzie w drugą stronę. To chyba nie przypadek, że jako jedyny gatunek mamy niemalże nieograniczoną zdolność do prokreacji?

Spośród wszystkich zwierząt osiągnęliśmy najwyższy stopień rozwoju ewolucyjnego. Przekłada się to również na seksualność. Nasza zdolność do częstego podejmowania stosunków tym nas odróżnia od innych gatunków, że u ludzi ten rodzaj aktywności nie służy jedynie prokreacji. Zwierzęta mają ruję raz lub kilka razy w roku. Poza okresem rui samice nie są zdolne do rozrodu czy wręcz kopulacji. Samica nie musi zatrzymywać przy sobie partnera, ponieważ często może sama zapewnić opiekę nad potomstwem lub nie wymaga ono opieki. W świecie ludzi czas opieki nad dzieckiem jest wydłużony do co najmniej 16 lat. Dlatego ważnym elementem mądrości ewolucyjnej było wykształcenie mechanizmu powodującego wiązanie się ludzi na stałe.

Natura nas w to wrobiła czy sami się tak załatwiliśmy?

Natura obdarowała nas seksualnością i oddzieliła ją od pierwotnego pnia, którym jest rozrodczość, po to, żeby ludzie stali się monogamiczni. I żyli ze sobą razem na tyle długo, żeby mogli wspólnie wychować swoje dzieci.

Czyli przedłużona seksualność służy utrzymaniu atrakcyjności trwania w związku?

Seksualność służy budowaniu trwałych relacji. Oczywiście, nie wszystkim się to udaje. Niektórzy bardziej skłaniają się ku pierwotnym promiskuitywnym (poligamicznym) zachowaniom. W świecie zwierząt aktywność kopulacyjna, która odbywa się w okresie rui, jest zachowaniem promiskuitywnym. Jedna samica pokrywana jest przez wielu samców, a jeden samiec pokrywa wiele samic. Gdybyśmy chcieli tę sytuację przenieść do świata ludzi…

To mielibyśmy świat celebrytów?

Nie. Mielibyśmy problem. Generalnie żaden mężczyzna nie chce utrzymywać dzieci innego mężczyzny. Kobiety miałyby poważne trudności z zapewnieniem odpowiednich warunków do życia dzieciom i z ich wychowaniem. Istniałoby realne zagrożenie spadku liczebności ludzkiej populacji.

Próbuję sobie to ułożyć w głowie. To znaczy, że seksualność jest darem czy przekleństwem?

Dar. Seksualność wiąże się z przyjemnością. Ale przede wszystkim jest mechanizmem, który buduje więź. Wydzielanie odpowiednich neuroprzekaźników w mózgu podczas aktu seksualnego wiąże się z osiąganiem stanu przyjemności, ale również powoduje, że wspólna bliskość tworzy wzajemne przywiązanie. Poprzez kontakt seksualny ludzie wiążą się ze sobą. Mężczyzna staje się zazdrosny o kobietę, z którą jest mu dobrze w łóżku, stara się ją zawłaszczyć. Pilnuje jej przed innymi. A kobieta zakochuje się w takim mężczyźnie, z którym jest jej dobrze, który sprawuje nad nią opiekę.

Mężczyzna czasem też się chyba zakochuje?

Zdecydowanie tak. Miłość oddziałuje na obydwoje, chcą być razem i starają się sobie dochować wierności.

A potem jak w bajce: żyją razem długo i szczęśliwie.

Z punktu widzenia rachunku prawdopodobieństwa szansa na to, że stworzymy udany związek, jest znacznie mniejsza niż ta, że nasz związek się rozpadnie. Różnimy się seksualnymi potrzebami, osobowością, wrażliwością, systemami wartości, poziomem oczekiwań, zdolnością komunikacji. Na różnice biologiczne nakładają się jeszcze różnice kulturowe. Wychowanie w różnych środowiskach.

Z tego, co pan mówi, wynika, że stworzenie pary jest niemal niemożliwe, a jednak udaje się.

Bo seksualność to jest zaspokajanie najważniejszej z potrzeb – kontaktu z drugim człowiekiem i posiadanie tego człowieka na własność. Ta potrzeba jest tak silna, że jesteśmy gotowi do kompromisów i wspólnych starań, pomimo wielu przeciwności i różnic.

Myślałem, że najważniejsze potrzeby to zaspokojenie głodu, pragnienia. Bez seksu, jak już ustaliliśmy, da się żyć.

Wyobraźmy sobie, że będzie pan na pustyni wędrował od oazy do oazy i w jednej nie dostanie pan wody. Będąc na skraju wyczerpania spotka pan kogoś, kto da panu pić. Zaspokoi pana podstawową potrzebę, ale raczej się pan w nim nie zakocha. Nie będzie pan chciał z nim być do końca życia. Tymczasem zaspokojenie potrzeby seksualnej, nawet z dopiero poznaną partnerką, może spowodować, że się pan w niej zakocha. Wystarczy jeden pocałunek i nie będzie pan mógł przestać o niej myśleć.

Jaki z tego morał?

Że popęd seksualny jest jednym z najsilniejszych mechanizmów kierujących naszym życiem i wpływającym na jego jakość.

Czy w tej całej darwinowskiej układance jest miejsce na coś, co nazywamy miłością?

Miłość ma swoje miejsce w szeregu. Wstępna selekcja potencjalnych partnerek zaczyna się od weryfikacji ich cech wizualnych. Każdy z nas ma swój wzorzec, kształtowany przez lata dojrzewania i według niego szuka tej jednej jedynej.

Zgodnie z tym wzorcem interesujemy się tą, a nie inną partnerką. Motywuje to nas do bliższego poznania. Co nie oznacza, że po zamienieniu kilku słów nie będziemy głęboko rozczarowani, bo ta osoba może być w ogóle nieinteresująca albo razić ubóstwem intelektualnym.

Czy i na tym etapie natura wtrąca się w nasze wybory?

Oczywiście. Ma takie narzędzie jak feromony, czyli w dużym uproszczeniu zapach, który w sposób nieświadomy jest przez nas wyczuwany i analizowany. Ktoś może być ładny, ale z miejsca czujemy do niego antypatię, bo takie nastawienie kształtują feromony.

Czy natura może nas okłamywać?

Natura nie kłamie. To my mamy skłonność do okłamywania się. Często przypisujemy osobie, z którą się spotykamy, cechy, których ona w ogóle nie posiada. Chcemy widzieć w niej to, czego poszukujemy w idealnym partnerze. Ostrość spojrzenia zakłócają nasze szalejące hormony.

Seks na pierwszej randce czy czekamy?

Jeżeli spotka się dwoje dojrzałych ludzi i mają na to ochotę, to dlaczego nie? Cóż w tym złego?

Pana odpowiedź jest z kategorii kontrowersyjnych.

Dlaczego?

Bo według obowiązujących w niektórych polskich środowiskach standardów ona jest dziwką, a on ją zaraz rzuci.

Jeśli rozpoczną współżycie po ślubie, to również może się okazać, że ona jest dziwką albo że on ją porzuci. Pewne kulturowe systemy kształtowania seksualności lub jej reglamentowania były i są źródłem wielu ludzkich nieszczęść. Standardy, na szczęście, cały czas się zmieniają. Historia rozwoju cywilizacji to również historia na przykład rozwoju prostytucji. Były takie kultury, w których funkcjonowała prostytucja świątynna. Każda kobieta w takim społeczeństwie musiała raz w roku przyjść i odbyć jeden stosunek płatny, nawet jeżeli była mężatką. A zarobione pieniądze oddać bóstwu. W Rzymie funkcjonowały burdele, które należały do Watykanu. I jakoś nikomu to nie przeszkadzało.

Fascynacja partnerem nie jest chyba czymś danym nam raz na zawsze. Czy może być tak, że pewnego ranka obudzimy się koło kogoś całkowicie nam obcego?

Konkretnie po około czterech latach. Po tym okresie proporcje neuroprzekaźników, a głównie fenyloetyloaminy, zaczynają się zmniejszać, a co za tym idzie – obniża się poziom fascynacji seksualnej. Wzrasta poziom innych hormonów i neuroprzekaźników – zwłaszcza oksytocyny, która odpowiada za przywiązanie i opiekę. Zdarza się, że pozbawieni tych hormonalnych dopalaczy tracimy radość z seksu. Stosunek przestaje być radosną zabawą we dwoje, jak mówiła Michalina Wisłocka. Czasami zaczyna służyć egoistycznemu zaspokajaniu potrzeb seksualnych jednego z partnerów. W takim związku ta druga strona po pewnym czasie nie będzie chciała podejmować kontaktów seksualnych. Skoro służy tylko jako lalka do zaspokajania czyichś potrzeb, to po co jej taki seks? Jeżeli przez cały dzień słyszy się wieczne pretensje, spotyka z arogancją partnera, to wieczorem nie ma motywacji do podejmowania aktywności seksualnej.

Czy to wówczas pojawia się zdrada?

Na zdradę składa się szereg czynników. Może to być kwestia osobowościowa. Ludzie z osobowością nieprawidłową mają kłopoty z tworzeniem głębokich więzi. Zamiast naprawiać stare relacje, próbują ciągle tworzyć nowe. Jeżeli ktoś ma zdolność do autorefleksji, to po którymś takim związku zrozumie, że coś jest z nim nie tak i skorzysta z pomocy terapeuty. Sama zdrada niczego nie załatwia, bo nie rozwiązuje przyczyn. Na dodatek udany seks z innym partnerem rozbijał będzie poprzedni związek.

Czy zdrada jest zawsze destruktywna?

To zależy, jaki to rodzaj zdrady. Seksualność jest kształtowana poprzez osobowość. Są takie osobowości, które potrzebują intensywnych bodźców. Istnieje w seksuologii syndrom, który nazywamy zespołem prowokowanej zdrady. Jedna ze stron, zwykle o skłonnościach masochistycznych, nieuświadamianych bądź uświadamianych, oczekuje zdrad. Chce być osobą zdradzaną i domaga się, żeby druga strona w detalach opowiadała, jak było.

Co to zaspokaja?

Potrzebę upokorzenia, ale też potrzebę seksualną. Stanowi źródło podniecenia.

Czy czytelnik, który odnajdzie w sobie ten syndrom, powinien się zgłosić do seksuologa?

Niekoniecznie. Jeżeli partnerowi albo partnerce coś takiego odpowiada, to tworzą stabilny i udany związek. Czasami związki, w których istnieje rys perwersyjny, są o wiele bardziej stabilne niż inne, bardziej klasyczne. Tacy partnerzy są ze sobą bardzo silnie związani swoją wyjątkową seksualnością. Z punktu widzenia społecznego jest to związek zaburzony, ale w tym konkretnym związku jest to akceptowana norma. W innych, bardziej konwencjonalnych relacjach, mogliby się bardzo męczyć.

Przyjmijmy, że związek jest raczej klasyczny, a zdrada wyszła na jaw. Czy taki związek da się jeszcze uratować?

Tylko pod warunkiem, że obydwoje dostrzegają w nim jeszcze pewne pozytywne wartości. Ale bez wspólnej terapii i zrozumienia wzajemnych motywacji życiowych jest to bardzo trudne. Jeśli obydwie strony zaczną się lepiej rozumieć, to jest szansa, że pójdą na kompromisy, które uratują związek.

Czy te kompromisy to nie jest nałożenie kagańca na własną osobowość?

Niekoniecznie. Rezygnując z czegoś, coś innego zyskujemy. To jest kwestia świadomego wyboru.

Jednak niektórzy zamiast naprawiać związek, „cementują” go dzieckiem.

Takie dziecko jest zakładnikiem, a nie spoiwem związku. Niektóre kobiety wychodzą z założenia, że jak będę miała dziecko, to nie będzie mi „fikał”, że go bardziej do siebie przywiążę. Albo że moja pozycja przetargowa będzie lepsza. Czasami partnerzy uważają, że jak źle się dzieje w naszym związku, to dziecko nas pogodzi. Nie pogodzi, bo tkwiące w nas różnice będą dalej funkcjonowały. Dziecko nie jest czarodziejską różdżką, która likwiduje problemy. Posiadanie dziecka nie powoduje, że partner nie będzie na przykład szukał innej kobiety. O ile matka od momentu poczęcia ma emocjonalną więź z dzieckiem, o tyle ojciec musi się nauczyć tej miłości.

Konsekwencje złych związków rodziców odbijają się na dzieciach. Dzieci z rozbitych małżeństw same też często się rozwodzą. Czy to kwestia genów?

Raczej klimatu, w jakim dojrzewają. Jeżeli widzimy, jak rodzice się przytulają, okazują sobie miłość, to podobne wzorce będziemy przenosili do naszych związków. Natomiast każdy rozpad małżeństwa powoduje zaburzenie procesu kształtowania psychiki dziecka. Dotyczy to również rozwoju psychoseksualnego. Dzieci pozbawione rodzicielskiego ciepła często doświadczają neurotycznego głodu miłości. Kiedy takie osoby same zaczną tworzyć związki, szukają w nich tego, czego nie miały. Ale tak na prawdę nie bardzo wiedzą, czego szukają. Ani czego oczekują. Więc w relacji z partnerem wydaje im się, że to nie jest to. Ciągle szukają idealnego partnera, którego nie ma.

A ta mała niebieska tableteczka namieszała czy pomogła?

Viagra bardzo pomogła, bo zwróciła uwagę medycyny na fakt, że ważna jest nie tylko długość życia chorego, ale również jego jakość. Medycyna zaczęła holistycznie patrzeć na pacjenta. Błękitna tabletka doprowadziła do przełomu w myśleniu o znaczeniu seksualności dla człowieka. Zaczęto prowadzić badania nad fizjologią popędu seksualnego. Kiedy ja zaczynałem studia medyczne, to nikt nie potrafił nawet do końca wyjaśnić tajemnicy fizjologii erekcji.

Dlaczego ludzie, którzy mieli udany seks, zostają nagle impotentami?

Zaburzenia sprawności seksualnej mogą być pochodzenia organicznego albo psychogennego. Wpływają na to choroby, leki, styl życia, wykonywana praca, podleganie silnemu stresowi albo praca w środowisku mikrofal czy chemikaliów. Problemy ze sprawnością seksualną mogą i mają prawo się pojawić na każdym etapie życia. Wielu ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy. Dla wielu seks jest mechanizmem dowartościowania się lub redukcji lęków. W związku jest barometrem pokazującym, jaki panuje w nim klimat. Jeśli nie pożądasz tej drugiej osoby, bo wasze relacje psychiczne uległy jakiemuś zaburzeniu, to niebieska tabletka erekcji nie wywoła. Nie ma podniecenia i pożądania, nie ma wzwodu.

A mówili, że to dzieło szatana.

Takie poglądy wynikają z ignorancji. Po pojawieniu się niebieskiej tabletki wiele kobiet czuło się zagrożonych, że to nie one są źródłem podniecenia dla męża, że to tylko tabletka wywołuje erekcję. A to nieprawda. Żadna kobieta nie musi czuć się zagrożona faktem, iż jej partner przyjmuje niebieską tabletkę, gdyż to nie tabletka wywołuje erekcję, ona tylko zapewnia trwałość uzyskanego efektu, który jest wyłączną zasługą partnerki. Powód do zmartwienia może pojawić się, gdy mężczyzna zażył viagrę, partnerka paraduje w negliżu, a erekcji jak nie było, tak nie ma. Oznaczać to może, że albo mężczyzna zażył zbyt niską dawkę leku, albo spożył zbyt suty posiłek przed wzięciem tabletki. Albo partnerka nie działa już na jego zmysły i nie pożąda jej równie mocno jak przed laty.

Z naszej rozmowy wcale nie wynika, że seks jest taki fajny. Może lepiej, jakbyśmy tak bardzo nie ewoluowali. Dzika ruja raz w roku i odpada mnóstwo problemów.

Seks jest źródłem doznań i przeżyć, które wzbogacają naszą osobowość, jak również wpływa na ogólną kondycję społeczeństwa. Dzięki niemu człowiek osiągnął szczebel rozwoju niespotykany u innych gatunków. Natura była mądrzejsza.

Andrzej Depko - neurolog, specjalista seksuolog, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej, członek Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego. Należy do Światowego Towarzystwa Medycyny Seksualnej. 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj