Samoloty napędzane wiatrem
Wniebowzięci
W sobotę 6 czerwca rozpoczynają się III World Air Games-Torino 2009, czyli Igrzyska Lotnicze w Turynie. Polskę reprezentuje 11-osobowa ekipa z realnymi szansami na kilka medali. W szybownictwie jesteśmy potęgą.
Kawowie: Tomasz, Sebastian i Anna
Marek Markiewicz/Polityka

Kawowie: Tomasz, Sebastian i Anna

Samolot sam lata. Zupełnie sam – bez silnika i paliwa – lata tylko szybowiec. Jest więc najdoskonalszym samolotem. – Naprawdę lata się tylko szybowcem. To piękno i emocje. Trudne do opisania i żeby to zrozumieć, trzeba spróbować – powiada Tomasz Kawa, guru polskich szybowników, ojciec Sebastiana, jednego z naszych najpoważniejszych kandydatów do złota na igrzyskach.

Latanie z mistrzem

Sebastian Kawa uczył się latania od ojca. W latach 2003–2008 wygrał wszystkie najważniejsze zawody. Zdobył m.in. pięć tytułów mistrza świata i dwa razy zwyciężył w Światowym Grand Prix w wyścigach szybowcowych. Na lotnisku przy Górskiej Szkole Szybowcowej Aeroklubu Polskiego na górze Żar w Międzybrodziu Żywieckim przygotowuje do igrzysk swój szybowiec Diana 2. To polska konstrukcja z bielskiej fabryki szybowców inż. Bogumiła Beresia. Najlepszy polski szybowiec i, jak twierdzą fachowcy, z doskonałymi osiągami. Kawa dłubie przy urządzeniach, jest skoncentrowany. Nie pogadasz.

Inaczej jest następnego dnia, kiedy do dwuosobowego Puchacza – trzeba przecież spróbować – zabiera pasażera. Pogoda dobra, trochę słońca, trochę chmur. Wiatr 5–6 metrów na sekundę. Roman Kata, szef wyszkolenia kierujący dzisiaj lotami, daje zezwolenie na start. Hol napięty. Ruszamy.

W górę wyciąga nas ponad 50-letni Jak 12M. Na wysokości 500 m Sebastian Kawa wyczepia hol. Teraz pilot jest zdany wyłącznie na siebie. Szuka kominów termicznych, które będą wznosiły Puchacza. Na tzw. żaglu, czyli prądzie wznoszącym, szybowiec kręci ósemki idąc w górę 2–3 metry na sekundę. Kilkanaście minut później Puchacz jest na wysokości 1500 m. Widok wspaniały. Cisza. Słychać tylko szum powietrza. Za chwilę lecimy tzw. szlakiem, pod chmurami, na zachód. – Świetnymi przewodnikami przy odnajdywaniu kominów są ptaki drapieżne – mówi Kawa. – Mewy także doskonale lokalizują kominy. Nawet jaskółki, bo komin porywa muchy, a jaskółki się nimi żywią. Niesamowity jest lot z bocianami – rozkręca się Kawa. – Starsze patrzą na nas z góry, a młodsze jakby się z nami bawiły.

Dzisiaj jednak nie widać ptaków. Szybowiec stracił 300 m wysokości, więc w okolicy schroniska na Szyndzielni trzeba dokręcić. Nad wyschniętym sosnowym lasem jest dobry komin. Szybowiec nabiera wysokości, po czym skręcamy w stronę Bielska-Białej. Dzwoni komórka pilota: – Proszę zadzwonić za godzinę, bo teraz jestem w powietrzu – mówi.

Po chwili Puchacza łapie duszenie, czyli odwrotność komina. Żołądek pcha się do gardła. Znowu trzeba dokręcać. Potem cisza i masełko, czyli stabilny lot. – Od podłoża zależy, jak powietrze się nagrzewa – objaśnia Kawa. – Woda, śnieg ściągają w dół. Suche lasy iglaste, na piachu, skały i miasta dają wznoszenie. Najlepiej nagrzewa się ciemna skała. Rano stoki południowo-wschodnie, po południu południowo-zachodnie.

Godzinę po starcie Puchacz podchodzi do lotniska od strony Soły. Przelatuje nad rzeką, zsuwa się nad domami, obok wieży kościoła i miękko ląduje na murawie lotniska.

Latanie medialne

Do niedawna szybownictwo było mało atrakcyjne dla widzów. Aby zawody były bardziej widowiskowe oraz czytelne dla mediów i publiczności, a wyniki szybko znane, władze Międzynarodowej Federacji Lotniczej (FAI) zaczęły organizować nowe imprezy. Pierwsze Światowe Igrzyska Lotnicze odbyły się w 1997 r. w Turcji. Wymyślono też Światowe Grand Prix w wyścigach szybowcowych. Wspólny start lotny długości 5 km, przelot po trójkącie lub prostokącie 100 do 400 km, pierwszy, kto przyleci na lotnisko, czyli metę – 500 m długości – wygrywa. I tak kilka razy. Szybowce – maksimum dwadzieścia – znikają jednak z lotniska na półtorej do czterech godzin i jest nudno. W 2007 r. w Nowej Zelandii podczas II Grand Prix zrewolucjonizowano przekaz. Na każdym szybowcu umieszczono po trzy kamery telewizyjne i GPS. Z szybowcami leciał śmigłowiec i transmitował wyścigi na żywo. Internauci mogli śledzić zawody online, widzowie na telebimach. Telewizje przygotowały skróty z najciekawszymi fragmentami. Podobnie ma być w Turynie.

Dzisiaj na Żarze Turynem jeszcze nikt się za bardzo nie przejmuje. Pogoda lotna, dwa Jaki wyciągają w górę kolejne szybowce. Na swój pierwszy samodzielny przelot (do Rybnika, 52 km) czeka Wojtek Frańczak z Opola, uczeń I klasy liceum, po kursie na Żarze: – Dziadek jest pilotem, tato i brat, więc i ja będę – mówi.

Latanie historyczne

Szybowanie to sport rodzinny. – Tradycje w mojej rodzinie sięgają początków lotnictwa – mówi Tomasz Kawa. – W pierwszych miesiącach I wojny światowej w obejściu mojego dziadka, kowala, we wsi Biadoliny pod Tarnowem, stacjonował oddział rozpoznawczy z balonem obserwacyjnym i samolotem Albatros. W samolocie zamontowano pierwszą na świecie radiostację lotniczą i za jej pomocą korygowano ostrzał artyleryjski rosyjskich pozycji.

Z wypiekami wysłuchiwał tych opowieści dziadka, któremu w odwecie Rosjanie zbombardowali kuźnię. Pierwszy osobisty kontakt z lotnictwem miał jako 10–11-latek w 1954 albo 1955 r. – Siedzę sobie na czereśni, patrzę, a tu coś leci. Coraz niżej, niżej, aż wreszcie usiadło obok na łące. To był szybowiec Mucha. Ludzie się zbiegli z całej okolicy, ktoś pojechał rowerem do telefonu, a pilot opowiadał. Po paru godzinach przyleciał Kukuruźnik, wziął szybowiec na hol i polecieli. – A ja zacząłem kupować „Skrzydlatą Polskę” i czytałem ją od dechy do dechy.

Kurs szybowcowy zrobił w Oleśnicy: – Pierwszy lot Czaplą, widok z góry tak mnie zachwycił, że już chciałem pójść do wojska, do lotnictwa. Zdał jednak do Śląskiej Akademii Medycznej. Studiował, a całe wakacje latał. Po studiach dostał skierowanie do pracy w Zabrzu i obietnicę, że jego wniosek o mieszkanie zostanie rozpatrzony za 18 lat. W 1972 r. Ruda Śląska pilnie potrzebowała pediatry i zwabiła go mieszkaniem i służbowym autem od ręki. – Cztery lata później, dzięki Leninowi, znalazłem się tutaj, w Międzybrodziu Żywieckim.

A było tak: skończył właśnie ciężki dyżur i w pokoju lekarskim popijał kawę, gdy koleżanka położyła przed nim egzemplarz „Służby Zdrowia” z portretem Lenina na okładce. – Nie chciałem na to patrzeć, więc odwróciłem gazetę Leninem do spodu. A z tyłu było ogłoszenie „Międzybrodzie Żywieckie poszukuje lekarza”. To ja w Zaporożca i byłem cztery godziny przed drugim kandydatem.

Dostał mieszkanie 2,5 km od lotniska na Żarze, ale chciał być jeszcze bliżej. Dwa lata później kupił działkę, rozpoczął budowę domu. Zrobił licencję zawodowego pilota samolotowego. – Dla niektórych praca jest źródłem pieniędzy potrzebnych do latania – twierdzi. – Ale większość traktuje latanie jako odskocznię od codziennej szarzyzny. Dla mnie to ucieczka od realiów pracy medyka.

Latanie rodzinne

Sebastian Kawa, medyk jak ojciec, ma dom także przy lotnisku na Żarze, tyle że nieco niżej. Jego siostra Anna, ekonomistka, też lata. Na mistrzostwach świata w Lesznie poznała Krzysztofa Marugi, szybownika, syna lotnika. Pobrali się. Także na lotnisku w Lesznie poznali się rodzice Jacka Dankowskiego, od 1994 r. trenera polskiej kadry szybowcowej, kapitana w PLL LOT. Jego podopieczni zdobyli w mistrzostwach świata, Europy i Igrzyskach Lotniczych 36 medali: 14 złotych, 10 srebrnych i 12 brązowych. Ojciec Józef był trenerem kadry przez 25 lat. W tym czasie piątka polskich pilotów została uhonorowana najbardziej prestiżowym medalem Otto Lilienthala, zwanego ojcem szybownictwa, przyznawanym przez FAI raz w roku jednemu pilotowi. Byli to Pelagia Majewska, Edward Makula, Jan Wróblewski, Franciszek Kępka i Adela Dankowska, mama Jacka, 15-krotna rekordzistka świata. Tadeusz Góra nagrodzony został tym medalem w 1938 r. za przelot na odległość 578 km. Józef Dankowski zmarł w ub.r. w wieku 81 lat, jego o siedem lat młodsza żona jest dzisiaj na 8 miejscu rankingu polskich pilotek.

Jerzy Makula, bratanek Edwarda Makuli, mistrza świata, wyróżnionego medalem Lilienthala, to nasz drugi kandydat do złota w Turynie. Jest sześciokrotnym mistrzem świata w akrobacji szybowcowej i ośmiokrotnym w drużynowej. Na co dzień lata Boeingiem 767 przez Atlantyk, resztę życia podporządkowuje akrobacji. Ma czterech synów, dwóch lata.

Czy jest tu ktoś, kto lata sam z siebie? – zastanawia się Bogdan Drenda, dyrektor szkoły na Żarze, szybownik i pilot, u którego w rodzinie lata siedem osób. – Może Ola nie miała żadnego pilota w rodzinie? Aleksandra Popielarz jest świeżo po maturze w liceum w Szymanowie u sióstr Niepokalanek. – Zaczynałam od modelarstwa, sklejania modeli. W 2006 r. zrobiłam tutaj kurs, w zeszłym roku licencję szybowcową. Przede mną licencja samolotowa, a od października zaczynam studia na Politechnice Rzeszowskiej na Wydziale Lotnictwa. Dlaczego zaczęłam kleić modele? Dostawałam je w prezencie od wujków. To piloci, latają w PLL LOT – wyjaśnia.

Latanie podziemne

Jest jednak na Żarze jeden człowiek, w którego rodzinie, jak dotychczas, nikt nie latał. Jarosław Lewiński, pełnomocnik zarządu ds. informatyki w firmie ubezpieczeniowej HDI Gerling, przyjeżdża tu z Warszawy niemal co tydzień. Ma własną Dianę. W szybowaniu najbardziej ceni sobie możliwość całkowitego skupienia się na tym, co robi, czystość reguł. Zaczynał od modelarstwa w Pałacu Młodzieży. – Wielu ludziom dziecięce marzenia umykają. Staram się, żeby moje, o lataniu, nie umknęły.

Jak potężna bywa chęć latania, przekonał się kilka lat temu, gdy zetknął się z polskim undergroundem lotniczym. W pewnej miejscowości pod Częstochową zobaczył pas startowy ułożony z gum taśmociągów kopalni odkrywkowej w Bełchatowie. Co niedziela miłośnicy latania wznoszą się tam w powietrze, na czym się da. Bez zgód, licencji, pozwoleń, na maszynach niedopuszczonych do latania. Widział samolot JAK z obciętymi o metr skrzydłami, bo nie mieściły się właścicielowi w wierzejach stodoły. A także Czaplę z silnikiem Trabanta. – I to latało – mówi.

Pod wieczór na Żar zlatują ostatnie szybowce. Przy stole kontroli lotów Elżbieta Jamróz, żona pilota Jacka, częstuje ciastem drożdżowym z bakaliami. Oboje są nauczycielami fizyki w Krakowie, ona od 8 lat przyjeżdża kibicować mężowi. Zeszła się niemal cała rodzina Tomasza Kawy. Sebastian, jego żona Anna i ich dwie córki Ola i Marta. Jest też córka Anna, jej mąż i ich córka Zuzia. Nie ma tylko żony pana Tomasza, Ewy. Przygotowuje grilla. Pan Tomasz opowiada o strasznych czasach stanu wojennego: – Wojskowi bali się, że ludzie będą uciekać za granicę. Łańcuchy pozakładali na śmigła, kłódki na hangary.

Powyżej lotniska, na stoku, pierwsze kroki stawiają paralotniarze. Dzisiaj rozpoczął się 9-dniowy kurs na I i II stopień. Wśród nasto- i dwudziestolatków senior Mieczysław Bielawski z Poznania: – Całe życie marzyłem, żeby latać. Ciągle jednak nie było czasu. Rok temu przeszedłem na emeryturę. Kiedy zaczyna zbiegać ze stoku, lotnia się unosi, wypełnia. Pan Mieczysław przyspiesza, wyrzuca nogi do tyłu, ale lotnia nie wynosi go w górę. Jednak biegnie dalej, znowu wyrzuca nogi i wreszcie wolno i nisko, ale leci. Wspaniale jest oderwać się od ziemi.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj