szukaj
Co fundacje robią z podarowanymi pieniędzmi
Tajemnice 1%
Polacy nauczyli się już przekazywać jeden procent ze swojego podatku na organizacje pożytku publicznego. Gdyby nauczyli się jeszcze patrzeć im na ręce, to może wraz z kwotami rosłaby również jakość pomocy udzielanej przez te organizacje.

Czy oddałeś 1 proc. swego podatku na rzecz organizacji pożytku publicznego? Czy sprawdziłeś na co poszły te pieniądze? Zapraszamy do debaty na forum!


397 mln 923 tys. zł trafi w tym roku do organizacji pożytku publicznego (OPP) w ramach jednoprocentowego odpisu. A może nawet więcej, bo to szacunki na podstawie co pięćsetnego zeznania podatkowego. Biorąc pod uwagę, że jeszcze pięć lat temu było to zaledwie 10 mln zł, skala pomocy powinna wzrosnąć niebotycznie. Nie jest powiedziane, że tak się stanie. – Organizacja pożytku publicznego miała być reprezentantem najwyższych standardów i krystalicznie czystym organizmem, któremu z zamkniętymi oczyma możemy powierzyć nasze społeczne pieniądze. Będąc jednocześnie przekonanym, że wydane zostaną, jak sama nazwa mówi, z publicznym pożytkiem. Pięć lat funkcjonowania tego mechanizmu pokazało, że drzwi do bycia OPP zostały za szeroko otwarte, a wiara w uczciwość i czystość czasem bywa nadszarpnięta – mówi Marcin Dadel z Sieci Wspierania Organizacji Pozarządowych SPLOT, członek Rady Działalności Pożytku Publicznego.

Zarówno strona rządowa, jak i pozarządowa mają teraz poważny dylemat, jak oczyścić środowisko z nieprawidłowości, a jednocześnie nie wylać dziecka z kąpielą. Czyli nie wyrobić w z gruntu nieufnych Polakach przekonania, że byli ostatnimi frajerami, decydując się na przekazanie części podatku do sektora pozarządowego. W Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej trwają prace nad nowelizacją ustawy o działalności pożytku publicznego i wolontariatu. A pracownicy kontroli skarbowej szykują się do gigantycznej akcji sprawdzania, jak wydawane są te pieniądze. – Urzędnicy skarbowi oceniający jakość pomocy publicznej to nie brzmi dobrze. Jak są wydawane pieniądze z jednego procenta, powinni przede wszystkim kontrolować ci, którzy je na daną organizację przekazali, czyli społeczeństwo – mówi Jakub Wygnański, członek Rady Działalności Pożytku Publicznego, który uważany jest za ojca zapisu o odpisie podatkowym. Społeczna kontrola to brzmi dumnie. Byłaby możliwa pod warunkiem, że wszystkie OPP by się jej poddawały. Już w pierwszym roku funkcjonowania odpisu sprawozdań z działalności nie złożyło 1360 na 4126 zarejestrowanych organizacji. W następnych latach nie było dużo lepiej.

Przyjazne dłonie, lepkie rączki

Ustawa o działalności pożytku publicznego rodziła się w bólach i z powikłaniami. Prace nad nią trwały 7 lat i gdyby nie upór jej akuszerów – ówczesnego ministra pracy i polityki społecznej Jerzego Hausnera i prawnika prof. Huberta Izdebskiego, kto wie, czy w ogóle by powstała. – Projektów tej ustawy było ponad trzydzieści. Co ciekawe, w pierwszych w ogóle nie było zapisu o odpisie 1 proc. – wspomina prof. Izdebski.

Pomysł takiego wykorzystania podatku skopiowany został od Węgrów. W grudniu 1996 r. węgierski parlament uchwalił odpowiednią ustawę. Popularność tego rozwiązania przerosła najśmielsze oczekiwania. W pierwszym roku funkcjonowania odpisu węgierskie organizacje pozarządowe dostały tą drogą prawie 7 mln euro. – Zależało mi, żeby podobne rozwiązanie znalazło się i w polskiej ustawie. Polacy, jako społeczeństwo obywatelskie na dorobku, potrzebowali bodźca do obudzenia w sobie potrzeby dzielenia się. Co prawda, mieli dzielić się tak naprawdę nie do końca swoimi pieniędzmi, lecz tymi, które i tak musieliby oddać państwu. Ale liczyliśmy, że będzie to mechanizm do wyrobienia odruchu prawdziwej filantropii. Tego jednak nie obserwuję. Przyzwyczailiśmy się, że raz w roku kupujemy świeczkę Caritasu, odpisujemy jeden procent i na tym odruchy pomocy często się kończą – mówi Jakub Wygnański.

 

Autorzy ustawy mieli świadomość, że na dorobku są również organizacje pozarządowe i zbyt duża kontrola ze strony państwa mogłaby po prostu zabić społecznikowską potrzebę działania. Dlatego mechanizm kontroli tak naprawdę oddany został w ręce społeczeństwa. Co prawda, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej sprawuje ustawowy nadzór nad OPP, ale w zasadzie nie ma procedur, które pozwalałyby oceniać, czy przekazywane pieniądze są wydawane dobrze. Sprawozdania od prawie 7 tys. organizacji kontrolowane są przez trzech urzędników, którzy mają jeszcze inne obowiązki. Organizacjom niedopełniającym ustawowego obowiązku przesłania sprawozdania w zasadzie nic nie mogą zrobić poza wysłaniem kolejnego listu z prośbą. Przy rażących nieprawidłowościach ministerstwo może próbować wykreślić organizację z listy OPP. Przez pięć lat ministerialnym urzędnikom udało się doprowadzić do wykreślenia zaledwie dwóch organizacji: Fundacji Ziemi Bogatyńskiej Przyjazne Dłonie (pomoc ubogim) i Fundacji Pro Veritate (powołana do obrony interesów polskich kupców w walce z hipermarketami). Jak się okazało, był to sukces krótkotrwały i zniechęcający.

Fundacja Przyjazne Dłonie ponownie została wpisana do KRS, mimo że wątpliwości co do jej funkcjonowania miało nie tylko ministerstwo, ale nawet część założycieli. – Zrezygnowałam z zasiadania we władzach fundacji po roku, kiedy zauważyłam, że pieniądze nie trafiają do potrzebujących. Swoimi uwagami podzieliłam się nawet z prokuraturą – wspomina Halina Sodulska, była szefowa rady fundacji. Ze swojej funkcji zrezygnował również skarbnik, który zorientował się, że stracił kontrolę nad przepływem pieniędzy. Do zabezpieczenia dokumentacji fundacji trzeba było użyć policji. Mimo to mało brakowało, by Przyjazne Dłonie zostały nawet beneficjentem unijnego programu, w którym do rozdysponowania była kwota 860 tys. zł. Prezes fundacji Jan Gaszewski, który przedstawia się jako „bezrobotny bez środków do życia”, zdążył założyć już drugą OPP – Fundację Wzajemnej Pomocy Arka. – W zeszłym tygodniu ksiądz złapał pod kościołem trzy panie, które bez żadnego zezwolenia kwestowały na rzecz tej fundacji. A ja do dziś nie mam odpowiedzi z prokuratury, co z moim zawiadomieniem – mówi Halina Sodulska.

Przyjazne Dłonie z perspektywy finansów, którymi obracała fundacja, to mały problem. Większym może okazać się mechanizm, który niepokoi urzędników kontroli skarbowej. – Są takie bardzo małe lokalne OPP, które dostają pieniądze od dosłownie wszystkich najbogatszych ludzi z danego terenu. Trudno powiedzieć, czym zajmują się te organizacje. Podejrzewamy, że jest to mechanizm wyłudzania odpisu podatkowego – mówi proszący o anonimowość pracownik służb fiskalnych.

To, że na 6989 zarejestrowanych OPP trafiło się kilka nieuczciwych, twórców ustawy nie dziwi. – Cała ta ustawa jest wielkim eksperymentem społecznym. Trudno było przewidzieć, jak się on skończy, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że jak się sieje zboże, to i chwasty wschodzą. Dlatego już w dniu jej uchwalenia wiadomo było, że gdy tylko OPP trochę okrzepną, to prawo trzeba będzie znowelizować i teraz jest właśnie ten moment – mówi prof. Hubert Izdebski.

Ile procent da się wycisnąć z 1 proc.?

Pierwszą organizacją, która uzyskała status pożytku publicznego, było Stowarzyszenie Emaus z Lublina. – Złożyliśmy wniosek najszybciej, jak się dało, ale nie dla jednego procenta, tylko żeby obniżyć koszty podatku od nieruchomości, co przysługuje OPP. 800 zł, które miesięcznie w ten sposób zaoszczędzaliśmy, to był dla nas duży pieniądz – wspomina Zbigniew Drążkowski, prezes Stowarzyszenia Emaus. Wspólnota nakierowana jest na pomoc bezdomnym. Zapewnia dach nad głową, ale trzeba na niego zapracować. Tworzący wspólnotę nazywają się z francuska kompanionami, bo „towarzysz” jakoś źle im się kojarzyło. Razem mieszkają, pracują. Ostatnio wspólnie starają się wychować trójkę dzieci jednego z kompanionów, bo matka postanowiła się usamodzielnić i porzuciła je jednego dnia, choć najmłodsze ma dopiero dwa lata. – Co roku otrzymujemy z 1 proc. kilka tysięcy złotych. Ale nigdy nie robiliśmy żadnej kampanii, żeby te pieniądze pozyskać. Naszą ideą jest budowanie poczucia własnej wartości poprzez pracę, a nie opieranie się na datkach – tłumaczy Drążkowski.

Reprezentowany przez Emaus model myślenia w środowisku OPP uchodzi za wymierający. Niektóre organizacje, zabiegając o wpływy z 1 proc., potrafią robić kampanie medialne warte pół miliona złotych. Do swoich darczyńców przesyłają reklamowe broszury w formie katalogów na kredowym papierze. – Ludzi bardzo to denerwuje, bo nie po to przekazywali 50 czy 60 zł, żeby dostać promocyjny album, którego wydrukowanie kosztowało połowę tej kwoty – mówi Marcin Dadel ze SPLOT.

W niektórych fundacjach koszty administracyjne i promocyjne pochłaniają powyżej 30 proc. wszystkich wydatków. – Przekonanie, że sektor pozarządowy działa efektywniej niż biurokratyczna machina państwowa, jest głęboko zakorzeniony w naszych umysłach, choć nie zawsze prawdziwy. Są organizacje, które bardzo efektywnie wykorzystują powierzone im pieniądze, i takie, które je wydają dosyć swobodnie. Zły mechanizm będzie trwał dopóty, dopóki darczyńcy nie zaczną sygnalizować, że go nie akceptują – mówi Michał Rżysko z Fundacji Świętego Mikołaja.

 

W środowisku trwa właśnie wielka dyskusja: ile procent z jednego procenta można przeznaczyć na potrzeby własne, a ile na statutowe. – Są fundacje, których jedynym dochodem jest 1 proc. Oczekiwanie, że cała zebrana w ten sposób kwota przeznaczona zostanie na cele statutowe, jest niepoważne. Trudno spodziewać się, że ołówki same przyjdą, że segregatory same wjadą na półki, a ludzie żywić się będą powietrzem – mówi Jurek Owsiak z Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Z drugiej strony i jego razi lekko bizantyjski model niektórych fundacji. – Postulujemy, żeby ustawowo zapisać, że na cele administracyjne i pensje można było przekazać do 10 proc. Z tych pieniędzy można się spokojnie utrzymać. My nie przekraczamy pułapu 6 proc. Niestety, inne fundacje wcale tak nie uważają. Ich zdaniem wydatki mogą być nieograniczone i to robi złą robotę dla całego środowiska – denerwuje się Jurek Owsiak.

Gorącą dyskusję na ten temat wywołały doniesienia, że prezesi niektórych fundacji zarabiają po kilkanaście tysięcy złotych. Jako jeden z przykładów podawany był prezes Fundacji Warszawskie Hospicjum dla Dzieci, który zarabia 10 tys. zł brutto. – Większość fundacji podaje jedynie podstawowe wynagrodzenie swoich szefów. Doktor Artur Januszaniec za sprawowanie funkcji prezesa  fundacji pobiera 5 tys. zł brutto. My, chcąc być transparentni, podaliśmy również kwotę 5 tys. zł brutto, którą dostaje jako kierownik Niepublicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej, który w świetle prawa jest składową częścią hospicjum. Takie dokładne dane publikujemy jako nieliczni. Jednocześnie za podobne pieniądze nie możemy znaleźć lekarzy chętnych do pracy w hospicjum. To jest praca dla profesjonalistów, których jest coraz mniej na rynku pracy i którzy chcą być odpowiednio wynagradzani – mówi Marta Kwaśniewska z Fundacji Warszawskie Hospicjum dla Dzieci.

Emocje wokół pieniędzy dotykają nie tylko tych największych. Precel, jak nazywają małego Szymka jego rodzice, choruje na SMA, czyli rdzeniowy zanik mięśni. W przeżywaniu ich dramatu, ale także w radzeniu sobie z chorobą, od dawna uczestniczą internauci. Mama Szymka prowadzi blog „W stronę Precla”. Dostała nawet nagrodę w konkursie na Blog Roku. Relacjonuje w nim codzienne wydarzenia, dzieli się praktycznymi informacjami na temat choroby i sposobów opieki, a właściwie utrzymywania dziecka przy życiu. Zanik mięśni oznacza, że wymaga ono mechanicznego wsparcia czynności oddechowych. Opieka jest absorbująca i kosztowna, dlatego Precel jest jednym z dzieci, na które można przekazywać pieniądze w ramach 1 proc. Pośredniczy w tym fundacja Przyjaciele Szpitala Dziecięcego przy ulicy Litewskiej.

W tym roku fundacja uzbierała blisko 285 tys. zł, co lokuje ją w drugiej setce OPP. Ile z tego było zaadresowanych dla Precla, nie wiadomo, bo fundacja nie publikuje swoich sprawozdań. W każdym razie mama Precla jeszcze nie otrzymała tegorocznych wpłat. A ma już z tymi pieniędzmi kłopot, bo choć popularny blog jest świetnym miejscem do namawiania do wpłat, to pojawiają się też goście zadający niewygodne pytania. Na przykład, czy walcząc o pieniądze na własne dziecko, nie pozbawia środków innego, być może bardziej potrzebującego? Doszło już na tym tle do starcia.

Matka Nulki, innego chorego dziecka, także prowadząca blog, ale mniej popularny, po wizycie w domu Precla zarzuciła jego mamie, że mając nie najgorszy status majątkowy wyciąga rękę po pomoc. Wywołało to wybuch żalu ze strony mamy Precla, która zaczęła wyliczać koszty związane z opieką nad dzieckiem i tłumaczyć się, że jej stan majątkowy nie jest aż tak dobry. „Tak jak i innym coraz częściej nie starcza mi do końca miesiąca, nie płacę niektórych rachunków, a w szafie mam jedyną parę dżinsów, bo pozostałe jakoś się zużyły. Nie narzekam na swoją sytuację, bo wiem, że inni mają gorzej” – napisała w swym blogu. Emocje udzieliły się internautom. Konflikt wokół 1 proc. podzielił również blogosferę.

Użytki z pożytku

Wokół Precla i innych dzieci równie dotkniętych przez los, ale obdarzonych zapobiegliwymi rodzicami, toczy się w środowisku pozarządowym bardzo gwałtowna dyskusja. – Podatnik, przekazując 1 proc., może dziś nie tylko wskazać organizację niosącą pomoc chorym dzieciom, ale także z imienia i nazwiska wskazać dziecko, które z pieniędzy będzie korzystać. Zamiast wspierania dobra wspólnego, wspierane jest dobro prywatne – dziecka, którego rodzice, krewni i znajomi przekazali na jego rzecz 1 proc. swoich podatków. To  ewidentne zaprzeczenie idei pożytku publicznego, pogłębiające dodatkowo istniejące społeczne nierówności. W ten sposób premiujemy osoby lepiej sytuowane, zaradne, mające liczny krąg znajomych, umiejące nagłośnić swój problem, a odcinamy pomoc osobom słabszym, biedniejszym, bardziej wymagającym wsparcia i opieki – uważa Ewa Kulik-Bielińska z Fundacji im. Stefana Batorego.

Jej zdaniem, zindywidualizowana relacja OPP–podatnik może prowadzić do erozji całej koncepcji wspierania działań na rzecz pożytku publicznego. Dzieje się tak, gdy organizacje pożytku publicznego nie decydują same o sposobie dystrybucji otrzymanych środków, ale godzą się na rolę pośrednika w przekazywaniu wpłat 1 proc. na wskazany przez podatnika cel. Bywa bowiem, że pieniądze z 1 proc. trafiają do osób, które dokonały odpisu. A wtedy system zaczyna działać jak normalna ulga podatkowa.

Podobnego zdania jest Jakub Wygnański i część członków Rady Działalności Pożytku Publicznego. Pojawił się nawet pomysł, żeby w nowelizacji ustawy znalazł się zakaz tego typu zbiórek. Zmiana przepisów najboleśniej uderzyłaby w Fundację Dzieciom Zdążyć z Pomocą, zajmującą się leczeniem najciężej chorych. W zeszłym roku fundacja była liderem w pozyskiwaniu wpłat. Ponad 33 mln zł to efekt tego, w jaki sposób zbierane są pieniądze. Rodzice dziecka pod opieką fundacji dostają numer konta. To od ich operatywności zależy, ile osób przekonają, żeby właśnie tam przekazać swój 1 proc. Za prowadzenie kont fundacja nie pobiera żadnych opłat.

W skrajnej postaci mechanizmem tym posługuje się Stowarzyszenie Rodziców na rzecz Pomocy Szkołom Przyjazna Szkoła, które statutowo zajmuje się wspieraniem edukacji, czyli praktycznie kupuje komputery. Organizacja ta proponuje szkołom, których w większości nie stać byłoby na wysiłek stworzenia OPP, do skorzystania z jej kont. Dyrekcja i nauczyciele mimowolnie stają się akwizytorami fundacji, która z każdej przekazanej przez rodziców złotówki pobiera 25 gr. Aleksander Komaniecki, prezes fundacji, uważa, że szkoły na tym nie tylko nie tracą, ale nawet zyskują. – Dajemy wszystkim naszym partnerom dostęp do specjalistycznego portalu edukacyjnego i wsparcie szkoleniowe wielokrotnie przekraczające te kwoty. Swoimi działaniami chcemy budować świadome społeczeństwo obywatelskie, wiedząc, że te działania są mało spektakularne, a na efekty trzeba czekać latami – mówi prezes Komaniecki. W kwestii efektywności pan prezes wykazuje się fałszywą skromnością, bo w zeszłym roku stowarzyszenie zebrało 2 mln 229 tys. zł, co plasuje je na 17 miejscu wśród OPP. Stowarzyszenie przeszło niedawno gruntowną kontrolę z MPiPS. Nie dopatrzono się znamion złamania prawa. – I to jest kolejny argument, że prawo to należy zmienić – dodaje Marcin Dadel.

Pałac dla św. Mikołaja

Wśród obdarowanych w zeszłym roku organizacji aż 68 było w stanie likwidacji. To smutny argument ilustrujący nasze zaangażowanie we wspieranie trzeciego sektora. O tym, że darczyńcy działają automatycznie, najmilej przekonali się krakowscy bracia kapucyni, którzy zarejestrowali OPP Dzieło Pomocy Św. Ojca Pio. Na łamach periodyka „Głos Ojca Pio” ukazał się artykuł o Marcinie Konopce, informatyku i filantropie, który stworzył najpopularniejszy, bo dystrybuowany za darmo, program do rozliczania PIT. – Po tym artykule skontaktował się ze mną jeden z ojców i spytał, czy nie mógłbym promować Dzieła w swoim programie – wspomina Marcin Konopka. Do przekazywania pieniędzy na Dzieło Konopka zachęcał najpierw werbalnie. W 2008 r. rozliczającym się za pomocą jego programu Dzieło automatycznie wskakiwało w rubryczkę do przekazania 1 proc. Co prawda, rozliczający mógł zmienić adresata swego datku, ale wymagało to wysiłku: sprawdzenia numeru KRS, numeru konta, no i nazwy fundacji, którą chciałby wesprzeć. – Pojechałem do zakonników i spytałem ich jeszcze, czy mają świadomość skali wpływów, bo miałem przeczucie, że zbiorą 10 mln zł. Powiedzieli, że mają szczytny cel dla takiej kwoty – mówi Konopka. Okazało się, że twórca programu się pomylił. Dzieło Pomocy Św. Ojca Pio dostało nie 10, a ponad 17 mln zł.

I tak z lokalnej organizacji, która na swojej stronie internetowej chwali się, że rozdaje 100 chlebów i bułek dziennie, Dzieło stało się jedną z najbogatszych OPP w Polsce. Ze sprawozdania finansowego za zeszły rok wynika, że na razie kapucyni nie przyzwyczaili się jeszcze do własnej skali. Na działalność statutową, czyli wydawanie leków, żywności, utrzymanie łaźni dla bezdomnych i dopłaty do czynszu dla najbiedniejszych, wydali niecałe 270 tys. zł. Na odsetkach od zgromadzonego kapitału zarobili 617 tys. zł. – Naszym celem nie jest uzależnianie ludzi od ciągłego korzystania z darmowej pomocy, ale podanie ręki przy wychodzeniu z biedy. Jesteśmy obecnie w trakcie budowy kompleksowego Centrum Pomocy dla ubogich w Krakowie. Po jego powstaniu będzie można skorzystać z pomocy pracownika socjalnego, psychologa, lekarza czy prawnika. Każdy, kto będzie chciał wyjść na prostą, znajdzie u nas wsparcie. Takie centrum trzeba nie tylko wybudować, ale i utrzymać. Idą na to ogromne kwoty. Żadna przekazana nam złotówka nie pójdzie na inny cel niż pomoc ubogim. Zresztą właśnie jesteśmy w trakcie kontroli skarbowej – mówi brat Henryk Cisowski, kierujący Dziełem.

W tym roku prawa do programu Marcina Konopki wykupiło kilka OPP. Efektu Dzieła Pomocy już nie osiągną, ale kilka tysięcy osób zbyt leniwych, żeby poszukać, czym się kto zajmuje, na pewno to właśnie im przekaże swój 1 proc.

Jeszcze w zeszłym roku dochodziło do takich kuriozalnych sytuacji, że jedna z prężniej działających organizacji – Fundacja Świętego Mikołaja, traciła pieniądze na rzecz Fundacji Św. Mikołaja. Poza skrótem obydwie te fundacje różniło dosłownie wszystko. O ile Fundacja Świętego Mikołaja wspiera rodzinne domy dziecka i zdolną ubogą młodzież z małych miejscowości, to jej mniej znany sobowtór jako jeden z celów postawił sobie wybudowanie Pałacu św. Mikołaja. – Już sam fakt, że zapisano fundację o bliźniaczo podobnej nazwie, był dla nas niezrozumiały. Ale kiedy zorientowaliśmy się, że wielu naszych darczyńców pomyłkowo przekazywało pieniądze na ich cel, sięgnęliśmy po pomoc prawników – mówi Michał Rżysko z Fundacji Świętego Mikołaja. Fundacja Św. Mikołaja jest już w trakcie likwidacji.

Kontrolować po ludzku

Jeśli tylko posłowie wykażą się pracowitością, złote czasy braku kontroli nad OPP niebawem będą tylko wspomnieniem. W myśl znowelizowanych przepisów ustawy o działalności pożytku publicznego minister pracy będzie mógł znacznie łatwiej wykreślić z rejestru te OPP, które nadal nie będą składać sprawozdań bądź też ich sprawozdania będą budzić wątpliwość. Dziś oznaczałoby to, że organizacją pożytku publicznego przestałaby być Fundacja Ewy Błaszczyk Akogo, która nie składa sprawozdań. – Trudno mi powiedzieć, dlaczego tak się stało, ale obiecuję, że najszybciej, jak się da, naprawimy ten błąd – mówi Katarzyna Wróblewska z Akogo.

Minister pracy będzie mógł teraz nie tylko sam kontrolować, ale prosić o kontrolę w danej organizacji inny resort. W dotychczasowych przepisach MPiPS mogło podpierać się kontrolami zlecanymi marszałkom województwa. Większość z nich odmawiała ich przeprowadzenia, bo ministerstwo nie miało środków na pokrycie kosztów.

Tytuł OPP nie będzie też już przyznawany z automatu. O taki status można będzie wystąpić dopiero po dwóch latach działalności na rzecz ogółu społeczeństwa. Za wydatki pozastatutowe własnym majątkiem odpowiadać będą władze organizacji. Po takiej nowelizacji liczba OPP na pewno się zmniejszy. – Ale jakość na pewno się poprawi – zapewnia Marcin Dadel.

Czytelnikom, którzy po przeczytaniu poprzednich rozdziałów zapałali świętym oburzeniem na organizacje pożytku publicznego, przypominamy, że Fundacja Warszawskie Hospicjum dla Dzieci płaci swoim podopiecznym za wiele zabiegów, których w ogóle nie ma w cenniku NFZ, a bez których zwykła zmiana pieluszki byłaby koszmarem. Fundacja Dzieciom Zdążyć z Pomocą płaci za operacje, których w ogóle nie wykonuje się w Polsce. Fundacja Akogo zajmuje się dziećmi w tak ciężkim stanie, że w rubryczkach NFZ nie ma nawet takiej jednostki chorobowej. Przykładów, w których OPP wyręczają albo wręcz zastępują państwo w jego działalności, są tysiące. Zamiast oburzenia proponujemy szybki rachunek sumienia, połączony z próbą odpowiedzi na pytanie, kto rok po przekazaniu 1 proc. zadał sobie trud sprawdzenia, na co wydane zostały przekazane z jego odpisu pieniądze?


Kto korzysta?

Znamy tylko kwotę ogólną (prawie 398 mln zł), a nie ma jeszcze danych, ile pieniędzy pozyskały poszczególne organizacje z odpisu podatkowego za 2008 r. Nie wiedzą tego jeszcze same organizacje, które ze względu na zmiany w ustawie dostaną w tym roku pieniądze znacznie później niż w poprzednich latach. - Co prawda na przelanie pieniędzy mamy czas do końca sierpnia, ale urzędy skarbowe zostały zobowiązane, żeby wszystkie przelewy poszły najpóźniej do 20 sierpnia - mówi Magdalena Kobos, rzecznik ministra finansów. Pełną listę z dokładnymi kwotami, jakie dostaną poszczególne organizacje, ministerstwo obiecuje przedstawić w okolicach października. Ze wstępnych danych wynika, że preferencje Polaków specjalnie się nie zmieniły. W zeszłym roku w pierwszej setce największych beneficjentów 1 proc. znalazło się: 36 organizacji zajmujących się pomocą dzieciom, 27 hospicjów i placówek opieki paliatywnej, 18 organizacji związanych z Kościołem (w tym 13 oddziałów Caritas), a także ośrodki zajmujące się ochroną środowiska, ekologią, pomocą dla zwierząt.


10 największych beneficjentów, którzy otrzymali w 2008 r. pieniądze z 1 proc. odpisu podatkowego za 2007 r.


 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj