Życie w zamkniętym klasztorze
Habit jak skóra
W Sandomierzu powstaje dom zakonny klarysek, prowadzących życie kontemplacyjne. Ścisła klauzura (łac. claustra - zamknięcie) oddziela je od reszty świata. Kontaktują się z nim sporadycznie i tylko niektóre. Z odwiedzającymi rozmawiają przez kratę. Budowa klasztoru pozwala na moment zajrzeć do wnętrza.
Siostra Maria Czech miała skończone 50 lat, gdy zapukała do furty klarysek w Krakowie.
Przemysław Krzakiewicz/Visavis.pl

Siostra Maria Czech miała skończone 50 lat, gdy zapukała do furty klarysek w Krakowie.

Na stole przykrytym wykrochmalonym na sztywno obrusem siostra przełożona Maria Czech rozkłada architektoniczne plany i rysunki. Ceglane ściany nowego klasztoru przykryto już dachem. W refektarzu stoi las stempli podpierających świeżo zrobiony sufit. Małe cele klasztorne z wnęką na łazienkę nie mają jeszcze drzwi, są jednak w wykuszach okna podzielone na kwatery. Spomiędzy dachów starego miasta przebija się Brama Opatowska, wieża kościoła św. Michała, czworobok dawnej synagogi przy ulicy Żydowskiej. Klasztor znajduje się na najwyższym wzniesieniu sandomierskiej skarpy z historyczną zabudową miasta.

Opowieść o planach przerywa telefon. Siostry właśnie rozpoczęły różaniec, odbiera przełożona. – Bierzemy Kubusia od razu – usłyszały siostry przytłumiony głos z korytarza. Popatrzyły na przełożoną pytająco. – Kuba ma sześć lat i za godzinę będzie miał operację. Dzwonił jakiś zapłakany mężczyzna, chyba ojciec.

W naszych modlitwach jest miejsce dla wszystkich – zapewnia siostra Maria. – Odsunęłyśmy się od świata, ale nie od jego problemów. Może nawet wiemy o świecie więcej niż ci, którzy tkwią w nim po uszy? Z tak dużej odległości lepiej widać cały ten zgiełk, który większość z ludzi nosi w sobie. Z pułapkami przekonania, że trzeba coraz więcej mieć, by poczuć, że się jest.

Siostry też muszą mieć – budowa nowego klasztoru pochłonie nawet 10 mln zł. Inwestycję rozłożoną na kilka lat rozpoczęto z dobrym słowem. Wszystko, co udało się zrobić, zawdzięczają ofiarności ludzi. Bywa trudno. Może nie aż tak, że trzeba się zastanawiać, co włożyć do garnka, ale pytania, jak zapłacić rachunek z wodociągu czy elektrowni, już się pojawiały. Za każdym razem siostra Maria otwierała koperty, wyciągała rachunek, a potem siadała z wrażenia: pięć tysięcy? Mowy nie ma, skąd tyle wezmę? Stara się jednak nie martwić na zapas. Klaryski są od tego, by się modlić, a nie liczyć. Modlą się siedem–osiem godzin dziennie – to pełna dniówka. Parę dni po otrzymaniu tamtego rachunku zadzwoniła siostra Zofia Tracz, która zbiera pieniądze na rzecz nowej fundacji: Masz pieniądze na prąd.

Siostra Maria bierze do ręki płytki, którymi ma być wyłożony klasztorny korytarz. Kolor powinien być jasny i nieprzytłaczający. W tej przestrzeni większość osób spędzi przecież nawet kilkadziesiąt lat. – Komuś, właśnie w takim momencie, przyszło do głowy, by nas wspomóc. Nagle odkłada kamienne kwadraty: – Mówię przecież, że nie jesteśmy dla siebie.

Dzień klaryski 

Klaryski pojawiły się w Sandomierzu w czerwcu 2007 r., po ponad ośmiu wiekach nieobecności. Zamieszkały obok kościoła św. Józefa, w parterowym budynku. Jeszcze nie ma grubych murów ani kraty.

Pierwszą polską klaryską była Salomea Piastówna, córka księcia krakowskiego Leszka Białego. Śluby złożyła w Sandomierzu w 1245 r., sprowadzając z Pragi zakon założony przez św. Klarę w Asyżu zaledwie 40 lat wcześniej. Obawiając się tatarskich najazdów, siostry przeniosły się najpierw do Zawichostu, potem do Skały, by ostatecznie osiąść w Krakowie, gdzie klasztor istnieje nieprzerwanie od 1325 r. Ponad 700 lat później, w latach 90. XX w. – gdy klarysek było w Krakowie prawie 50, a klasztor przygotowany na przyjęcie zaledwie połowy z nich – licznymi powołaniami należało podzielić się z innymi. W 1990 r. kilka sióstr wyjechało do Saltpond w Ghanie, a siedem lat później zaczęto budować klasztor w Skaryszewie na ziemi radomskiej. Podobny wybuch powołań przeżywał klasztor klarysek w drugim najstarszym w Polsce klasztorze, w Starym Sączu. Tamtejsze siostry założyły więc domy w Miedniewicach niedaleko Skierniewic (te z kolei wspomogły wymierający klasztor klarysek w niemieckim Dingolfing) i w Sitańcu pod Zamościem.

W soboty siostra Faustyna Vasko wychodzi na miasto. Do Instytutu Teologicznego, gdzie rozpoczęła studia i naukę czwartego języka, po angielskim, niemieckim i polskim – łaciny. W klasztorze jest najmłodsza; wygląda zresztą tak, jakby wczoraj skończyła 20 lat. Pochodzi z Węgier. Jako furtianka stoi przy drzwiach łączących klasztor z resztą świata. I zamyka je za sobą z ulgą, gdy w sobotnie popołudnia wraca do klasztoru po zajęciach. Odkłada książki i przegląda intencje, jakie dzisiaj otrzymała od znajomych z roku i jakie zostawili na furcie ludzie.

Dochodzi godz. 16.30. Siostry zostawiają rozpoczęte prace i przychodzą punktualnie do małej kaplicy. Po śpiewie nieszporów przychodzi czas na wielką ciszę: w murach i w sobie. Rozpoczyna się medytacja. Jeszcze brzmią w powietrzu wypowiedziane wcześniej na głos intencje: Mąż odchodzi... Żona odchodzi... Nie radzę sobie z dzieckiem... U ojca wykryto nowotwór... Mam już wszystkiego dosyć... Jak żyć...

Są jeszcze ci, którzy nigdy o nic nie proszą, bo nie wierzą, że to ma sens; nawet nie wiedzą, że gdzieś są jakieś klaryski, które żyją po to, by się modlić, także za nich. Trudno to zrozumieć? Nie szkodzi. To jak z lekturą Biblii – nie trzeba wszystkiego rozumieć od razu i do końca. Ważne, by czytać wciąż na nowo. – A najważniejsze, by kochać, wtedy wszystko staje się prostsze – siostra Faustyna wstaje z klęczek, poprawia węzły na sznurze, którym przepasuje habit. Ubóstwo, posłuszeństwo, czystość – trzy węzły na pamiątkę ślubów złożonych przed rozpoczęciem klasztornego życia.

Modlitwy przerywa pora kolacji. W Skaryszewie, gdzie w ciągu 10 lat grono klarysek powiększyło się z 12 do 25, powiększającą się wspólnotę siostra Barbara Śmigowska poczuła w palcach: każdego dnia czekało na obranie wiadro ziemniaków, podobna ilość jarzyn. W Sandomierzu w lodówce wiatr kurzu nie przegania, ale nie ma też nadmiernych zapasów. Znajomy ksiądz, który hoduje kury, przywozi jajka. Piekarz skręci zawsze do sióstr z paroma bochenkami. Region jest sadowniczy, więc ludzie dzielą się owocami, z których przetwory starczają na całą zimę. Czasami wpadnie ktoś z twarogiem (sera schodzi najwięcej, bo siostry sporo poszczą: w środy, piątki i soboty) albo kawałkiem mięsa. Wtedy menu się wzbogaca.

Bez ekstrawagancji 

To jest bardzo dużo – siostra Barbara ściąga okulary, ociera twarz z potu. – Jesteśmy zakonem żebraczym i ślubowałyśmy ubóstwo; jedzenie ma być pożywne i zdrowe, bez ekstrawagancji. Miarą życia jest życie duchowe. Siostra lepi ostatnie kluski śląskie, by je wrzucić do kipiącej na piecu wody. W Sandomierzu sióstr jest na razie tylko sześć, więc można zrobić coś bardziej wyrafinowanego. Zaczęły już jednak przychodzić listy od kandydatek, że chciałyby przyjechać, zastanowić się.

Siostra Barbara poznała zakon w połowie lat 80., kiedy jej siostra składała śluby wieczyste. Pamięta swoje przerażenie: ciemnymi korytarzami i przeczuciem jakiejś ostateczności, kiedy dotarło do niej, że już nigdy nie uściska swojej siostry. Między nimi będzie przecież krata. Przepłakała całą powrotną drogę do domu w Jurkowie, niedaleko Limanowej. Po czterech latach sama zapukała do furty.

Siostry zapamiętały ten listopadowy dzień, kiedy pojawiły się aż dwie postulantki, w tym rodzona siostra jednej z zakonnic. Postulantek było wówczas w krakowskim klasztorze aż osiem.

Siostry zmywają talerze, chowają przyprawy, gaszą światło w kuchni. Wracają do kaplicy. Odmawiają kompletę i różaniec. Rozejdą się do cel późnym wieczorem, bez słowa – odezwą się do siebie dopiero po pierwszych modlitwach porannych przed piątą, kiedy znowu zbiorą się przed dużym drewnianym krzyżem w kaplicy, by rozpocząć dzień godziną czytań i medytacją. Jan Maria Vianney, proboszcz z francuskiego Ars, streścił najlepiej, czym jest modlitwa: „Nic nie mówię. Ja patrzę na Niego, On patrzy na mnie”.

Po mszy o 7.00 i odmówieniu brewiarza – śniadanie, potem praca. Liczniejsze wspólnoty ręcznie szyją i haftują szaty liturgiczne, których sprzedaż zasila klasztorny budżet. W Sandomierzu siostra Maria bierze torbę na wózku i idzie zrobić zakupy. Siostra Barbara chowa naczynia po śniadaniu, otwiera lodówkę i zastanawia się, z czego zrobić obiad. Siostra Aleksandra Prełowska, organistka, otwiera nuty i rozpisuje akatyst – śpiew ku czci Bogarodzicy. Ciekawe, kiedy siostry zejdą do kaplicy i na stojąco, jak każe prawosławna tradycja, zaśpiewają go w całości? Często jednak siostra odstawia nuty, a bierze do ręki ścierkę albo włącza pranie. Habit każda siostra prasuje sama, na jej głowie jest prasowanie rzeczy wspólnych, krochmalenie obrusów. Korpulentna siostra Aleksandra siada lekko na krześle: – Czuję się, jakby to było moje życie od urodzenia.

Za chwilę 15.00 – siostry zbiorą się w kaplicy, by odmówić koronkę i nowennę do błogosławionej Salomei w intencji darczyńców, którzy pomogą wybudować klasztor.

Siostra Aleksandra pojawiła się u krakowskich klarysek ponad 20 lat temu, gdy miała zaledwie 17 lat: – Nie było we mnie cierpliwości. Wszyscy powtarzali: spokojnie, zdaj maturę. A ja wiedziałam, że to musi być teraz, że nie ma na co czekać, że nie będzie odpowiedniejszego czasu. Opuściła Toruń. Maturę zdawała już jako klaryska-postulantka. Po ostatnim egzaminie stała na Rynku Głównym przekonana, że uregulowała ze światem wszystkie sprawy, a jej miejsce jest w XIV-wiecznych murach klasztoru przy Grodzkiej. Kiedy po złożeniu ślubów wieczystych założyła habit, miała wrażenie, że jest dla niej tak naturalny jak skóra.

I tyle o powołaniu można powiedzieć na pewno. Socjologiczne parametry tej rzeczywistości imają się słabo. Siostra Maria Czech zastanawia się na głos, skąd tyle powołań: – Może to zmęczenie cywilizacją? Terrorem posiadania i zagarniania przestrzeni dla siebie? Na dłuższą metę to faktycznie nie do wytrzymania.

Godzina odpoczynku. Siostry zbierają się na małym dziedzińcu, odwracają twarz do słońca. Podana na obiad zupa szczawiowa obudziła wspomnienia z dzieciństwa. Przyniosły zdjęcia, by pokazać, jak wyglądały, gdy taką zupę jadało się od wczesnej wiosny, gdy tylko pojawiły się soczyste liście. Siostra Maria żałuje, że nie pomyślały o zapisaniu na listę wyborców przed eurowyborami siostry Faustyny. Ta otwiera notatki i książki – może uda się przeczytać choć parę stron ze św. Tomasza z Akwinu? W rodzinnym Eger nie myślała o życiu zakonnym: na Węgrzech wierzących jest garstka, nie miała nawet kontaktu z zakonnicami. Studia, potem podróże po Wielkiej Brytanii i Nowej Zelandii.

Ofiara życia 

W czerwcu 1999 r. Jan Paweł II kanonizował w Starym Sączu jej rodaczkę – Kingę, córkę węgierskiego króla Beli IV, która w 1280 r., idąc w ślady swojej bratowej Salomei, sprowadziła klaryski do Starego Sącza. Po mszy papieskiej usłyszała od znajomego franciszkanina: Chodź, pójdziemy do sióstr. Zobaczyła życie, o którego istnieniu nie miała pojęcia. Nie przeżyła jednak objawienia... Dopiero gdy rok później odwiedziła Asyż i domy dwojga przyjaciół: św. Franciszka i św. Klary, 29-letnia Faustyna dojrzała do wstąpienia do klasztoru w Skaryszewie. Rodzice nie kryli żalu: I tego tak długo szukałaś? Przecież to ofiara z życia! – Tego szukałam – potwierdza Faustyna.

Każdego roku rodzice przywożą do klasztoru winogrona z rodzinnej winnicy, lekko zwarzone pierwszym przymrozkiem. Siostra Faustyna obraca w palcach pomarszczone kuleczki: ona nie złożyła żadnej ofiary, tylko jej rodzice, bo wciąż im jej brakuje. Ona posiada więcej, niż kiedykolwiek miała.

Przełożona sandomierskich klarysek buduje klasztor dla 25 sióstr: – Wierzymy, że się pojawią. A jeśli nie? Nie traci rezonu: – Im większy krzyż, tym większa łaska. Na razie, z braku pieniędzy, przerwała budowę klasztoru. Nie wszystko musi przyjść od razu. Myśl, by zostać klaryską, pojawiła się u niej kilkanaście lat temu, gdy miała 52 lata. Zwijając plany budowy, spokojnym głosem wylicza, co było najpierw: dyplom z geografii na Uniwersytecie Jagiellońskim, lata nauczania w szkole, w wolnych chwilach chodzenie po Tatrach i czytanie Steinbecka, Conrada, Żeromskiego. Przede wszystkim jednak poznała dwie osoby, które zmieniły jej myślenie. Najpierw Hannę Chrzanowską – prekursorkę domowej opieki pielęgniarskiej nad chorymi.

Zobaczyła, jak jeździ do najbiedniejszych krakowskich dzielnic, wyszukuje zapomnianych chorych. Jak korzystając z pomocy kard. Karola Wojtyły organizuje wyjazdy i rekolekcje dla ludzi, którymi nikt się nie zajmuje: przykutych do łóżka, starszych, upośledzonych umysłowo. Zobaczyła praktyczną stronę Ewangelii: nieliczące się z niczym oddanie najmniej znaczącym. Drugą osobą był usłyszany w akademickiej Kolegiacie św. Anny ks. Jan Pietraszko, przyjaciel ks. Józefa Tischnera i równie jak on ceniony kaznodzieja.

Nauczyciele przełożonej sandomierskich klarysek od lat nie żyją. To, czego ją nauczyli, przydaje się, kiedy kolejny raz patrzy na plany, zagląda na konto w banku, ale też i wtedy, gdy z siostrami zbiera się w kaplicy i modli z ufnością o to wszystko, czego ludziom brakuje. Czy warto temu poświęcać życie? W oczach za okularami trudno znaleźć cień zwątpienia: – No pewnie, że warto. Przecież człowiek to nie jest strzępek białka, nawet rozumnego. Kryje w sobie dużo więcej.


fotografie Przemysław Krzakiewicz/Visavis.pl

  • Dom dusz - Po niemal stu latach pozostawania własnością prywatną dom, w którym przez rok mieszkała siostra Faustyna Kowalska, wystawio­no na sprzedaż. Kupić go chce kuria warszawsko-praska. A wraz z nim historię rodziny, która przygarnęła najsłynniejszą polską świętą. 

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij