szukaj
Feminizm w języku polskim
Przechodzieńka nie przejdzie
Nie jestem ministrą, tylko ministrem, zadeklarowała niedawno Elżbieta Radziszewska, rządowy pełnomocnik do spraw równego statusu. To kolejny przejaw sporu o formy żeńskie w języku polskim. Polszczyzna pozwala na wiele, ale nie na wszystko.

W czasie ostatniego mundialu w piłce nożnej miałam okazję usłyszeć w radiu taką oto relację: „Na trybunach kibice brazylijscy ubrani tylko w bikini, którzy okazałe biusty mają odziane w skąpe staniki w barwach narodowych”. Kibice z okazałymi biustami?! Gdyby sprawozdawca nie trzymał się kurczowo zapisów słownikowych i ad hoc stworzył żeńską nazwę kibica, a ta, która się nieodparcie tu nasuwa, to „kibicka”, nie uczyniłby z Bogu ducha winnych Brazylijczyków istot androgenicznych czy wręcz transseksualnych.

 

Zdaje się jednak, że duża część Polaków ciągle woli zagadki w rodzaju „Słyszałem dyskusję minister” czy „Zakochałem się w tym pięknym kibicu” niż poprawnie utworzone i – co tu dużo mówić – potrzebne nazwy żeńskie „ministerka” (jednak nie „ministra”, bo to dziwoląg językowy), „kibicka” itp. Jednych od tworzenia i używania takich określeń odstręcza ich deprecjatywność czy rzekoma śmieszność, inni jak ognia boją się przyrostka „-ka” (który jest najczęstszy przy tworzeniu nazw żeńskich), uważając go za cechę zdrobnień. Ani do jednych, ani do drugich nie przemawiają względy praktyczne – to, że posługiwanie się żeńskimi nazwami zawodów czy funkcji jest wygodne i użyteczne.

Bezrodzajowo w mundurze

Chyba najwyższy czas, by zdjąć odium z żeńskich nazw zawodów i funkcji i uznać, że nie ma nic złego w „ministerkach” czy „prezydentkach”. Tym, którzy w rzeczownikach zakończonych na „-ka” dopatrują się zdrobnień, trzeba wyjaśnić że „-ka”, owszem, tworzy zdrobnienia, ale od rzeczowników żeńskich – „lampka” to mała lampa, ale „ministerka” to nie mały minister, nim byłby co najwyżej „ministerek”. Rzeczywiście zaś trzeba przyznać rację – przynajmniej częściową – tym, którzy uważają, że feminizowanie nazw zawodów czy funkcji mających wysoki prestiż trochę tego prestiżu kobietom zabiera. W oficjalnym piśmie dyrektorkę, naczelniczkę czy kierowniczkę nazwiemy tylko „panią dyrektor”, „panią naczelnik”, „panią kierownik” („kierowniczka” została mocno zdeprecjonowana przez amatorów taniego wina z GS).

Jeszcze 50 lat temu uważano, że posługiwanie się żeńską formą nazwy ministra czy premiera (prawdę mówiąc – wówczas raczej hipotetycznie) sprawiałoby, że koncentrowalibyśmy się na tak drugorzędnej cesze dostojnika państwowego, jaką jest płeć, co odwróciłoby naszą uwagę od kwestii zasadniczych: „[…] sprawa płci ministra jest tak samo pozbawiona związku z jego funkcją społeczno-państwową jak i kolor jego oczu albo to, czy jest blondynem czy brunetem, toteż tak samo jak nie oznaczamy w nazwie żadnym elementem formalnym barwy włosów ministra, możemy nie oznaczać i jego płci. I nie miałoby to nic do czynienia z kwestią należnego kobiecie szacunku” – pisał w połowie lat 50. XX w. prof. Witold Doroszewski.

Kilka dekad wcześniej dało się zauważyć pewne oznaki tendencji do feminizacji nazw prestiżowych zawodów – na uczelniach pracowały „doktorki” i „docentki”, które jednak już po wojnie ustąpiły miejsca „paniom doktor” i „paniom docent”. Jedynymi sferami, w których użycie form żeńskich, choć możliwe z językowego punktu widzenia, mocno razi, są służby mundurowe. Trudno sobie wyobrazić meldunek składny przez „poruczniczkę” Kowalską „kapitance (albo generałce) Malinowskiej”. Stopnie wojskowe chyba rzeczywiście powinny pozostać „bezrodzajowe”.

Istnieją też językowe bariery w zaznaczaniu żeńskości zawodów i funkcji. Kobiety będące: sekretarzem redakcji, pracownikiem naukowym, nauczycielem akademickim czy profesorem uniwersytetu to nie: „sekretarka”, „pracownica (naukowa)”, „nauczycielka (akademicka)” czy „profesorka (uniwersytetu)”, bo w tym wypadku określenia żeńskie oznaczają inne, mniej prestiżowe zajęcia. I – jeśli chcemy być w zgodzie z regułami języka – to nie będziemy mogli w sposób „żeński” nazwać sekretarza towarzystwa naukowego czy nauczyciela uniwersyteckiego. One już na zawsze pozostaną „sekretarzami” i „nauczycielami”.

Nie jest przeszkodą natomiast to, że jakaś żeńska nazwa brzmi identycznie jak rzeczownik oznaczający zupełnie coś innego. Niech więc przed uznaniem kobiety szermierza za szermierkę, kobiety pilota za pilotkę, kobiety marynarza za marynarkę czy kobiety pielgrzyma za pielgrzymkę nie powstrzymuje nas to, że „szermierka”, „pilotka”, „marynarka”, „pielgrzymka” mają już inne znaczenia; wieloznaczność to w języku zjawisko stare jak świat i jak najbardziej naturalne. Trzeba naprawdę włożyć wiele wysiłku, by stworzyć zdanie, z którego nie wynikałoby, o jaką pilotkę czy marynarkę nam chodzi.

Jednak nie poślica

Nie uwierzę, że czytając informację „Za sterami usiadła doświadczona pilotka” ktoś pomyśli o czapce. Na tej zasadzie należałoby uznać, że w zdaniu „Rozmawiał przez komórkę” mowa jest o drewnianej szopie. Dlatego nie wahajmy się i jeśli spotkamy kominiarza czy tokarza płci pięknej, mówmy o nich „kominiarka”, „tokarka”.

Sporo ostrożności należy natomiast wykazać przy używaniu rzeczowników zakończonych na „-owa” i „-ina/-yna”. Te przyrostki bowiem wskazują na żony, a nie na przedstawicielki jakichś profesji. „Doktorowa”, „ministrowa”, „sołtysowa”, „wójtowa”, „sędzina”, „wojewodzina” to zatem – zgodnie z zasadami języka – żona: doktora, ministra, sołtysa, wójta, sędziego, wojewody.

Dawniej kobieta była postrzegana jako nieodłączna część swojego męża, dlatego formy typu „aptekarzowa” były czymś naturalnym. Dziś jej statusu nie wyznacza już zawód czy stanowisko współmałżonka, lecz to, co ona sama wykonuje. W związku z tym przyrostki „-owa”, „-ina /-yna” zaczynają zmieniać funkcję – przestają odnosić się do żon (chyba że dołączamy je do nazwiska), a coraz częściej tworzą nazwy profesji.

Coraz większym powodzeniem cieszą się konstrukcje w rodzaju „Brakuje jeszcze podpisu wójtowej i wojewodziny” czy „Czekam w przychodni na doktorową”, choć „doktorowa”, „wójtowa”, „wojewodzina” jako nazwy przedstawicielek zawodów czy funkcji nie zyskały jeszcze aprobaty społecznej. Za to „sędzina” – jako kobieta sędzia – jest już pełnoprawną nazwą (w tym znaczeniu używa się też rzeczownika „sędzia” w rodzaju żeńskim). Prekursorką zmiany funkcji przyrostków „-owa”, „-ina/-yna” była „krawcowa”, która jeszcze w XIX w. oznaczała żonę krawca (podczas gdy na kobietę, która zarabiała na życie szyciem, mówiono „krawczyni”).

Traktujmy jednak „krawcową” i „sędzinę” jako wyjątki, a „dyrektorową” czy „wojewodzinę” zostawmy w ich tradycyjnych znaczeniach, bo czasami jeszcze mamy potrzebę sygnalizowania tego, że mówimy o czyjejś żonie (np. „Dyrektorowa jest zazdrosna o sekretarkę”). Do tworzenia żeńskich nazw zawodów, stanowisk itp. całkiem dobrze przecież służą nam inne przyrostki: wspomniany już „-ka” (z którego korzystamy najchętniej) oraz „-ini/-yni” („dozorczyni”, „wychowawczyni”) i „-a” („woźna”, „księgowa”; takie zakończenie mają tylko rzeczowniki odmieniane jak przymiotniki, dlatego błędna jest forma „ta ministra”, forsowana przez feministki). Dawniej posługiwaliśmy się też innymi sufiksami, np. „-ica/-yca”, które dodawaliśmy m.in. do nazw męskich zakończonych na „eł”. W ten sposób powstała „diablica”, „karlica” czy „anielica”. W ten sposób mogłaby też powstać „poślica” – kobieta poseł – ale z oczywistych względów nie powstała.

Mimo że dysponujemy całkiem dobrymi narzędziami słowotwórczymi, to nie każdą nazwę męską możemy przekształcić w żeńską. Jak powiedzielibyśmy o kobiecie akowcu, ideowcu, handlowcu, bankowcu czy jaskiniowcu? Jedynymi bodaj formami żeńskimi rzeczowników zakończonych na „-owiec” są: w miarę neutralna stylistycznie „cyrkówka”, wyraźnie potoczne i pogardliwe „hitlerówa”, „gestapówa” oraz nowa, proponowana przez feministki, jeszcze niezakorzeniona w języku, „naukowczyni”.

Ale doprawdy, trudno sobie wyobrazić „bankowczynię” czy „jaskiniowczynię”. Do niedawna niemożliwe było tworzenie żeńskich odpowiedników „psychologa” i innych „-logów” – „psycholożka”, „filolożka”, „socjolożka” przed półwieczem brzmiały – jak to określił prof. Doroszewski – niepoważnie, a jeszcze dekadę temu trąciły potocznością. Dziś chyba oswoiliśmy się już z nimi na tyle, że raczej nie rażą, a dla wielu z nas są całkiem neutralne. A że są bardzo wygodne (porównajmy „Ożenił się z biolożką” – „Ożenił się z biologiem” – „Ożenił się z biolog”) i że odnoszą się do zawodów w dużej mierze sfeminizowanych (pedagożki, psycholożki), to mają szansę zyskać w polszczyźnie pełnię praw.

Kolarka bez przeszkód 

Dla części nazw żeńskich blokadą są względy fonetyczne: trudno nam zaakceptować „chirurżkę” (choć już do „chirurgini” moglibyśmy się przyzwyczaić), „pediatrkę” (dlatego warto propagować „tę pediatrę” – tak jak mamy „tę sędzię”) czy „adiunktkę” (ale z identycznie zakończoną „architektką” dalibyśmy sobie radę, może dlatego, że to nieszczęsne „-ktk-” występuje w innym sąsiedztwie). Nie ma natomiast żadnych przeszkód językowych, które stałyby na drodze formom typu „skoczkini”, „kolarka” czy „kierowczyni” (lub choćby „ta kierowca”).

Aż dziw bierze, że nie udało nam się dotąd nazwać uczestniczek ruchu drogowego! Skoro nie mamy nic przeciwko „dozorczyni” czy „tej sędzi”, to dlaczego „kierowczynię” lub „tę kierowcę” uznajemy za coś gorszego? Nie dalibyśmy sobie rady jedynie z żeńskim „przechodniem” – nie powiemy przecież „Przechodnia zatrzymała się na środku jezdni” czy (jeszcze gorzej) „Przechodzieńka zatrzymała się na środku jezdni”. Tu musimy stosować umowne formy typu „kobieta przechodząca przez ulicę”.

Tworzenie żeńskich nazw zawodów jest wąskim wycinkiem problemu, jaki stanowi asymetria w językowym ujmowaniu kobiet i mężczyzn. Oprócz omówionych tutaj kwestii natury leksykalnej istnieje ogromna sfera gramatyki, na którą mamy o wiele mniejszy wpływ niż na kształtowanie się słownictwa. Nawet jeślibyśmy wszyscy uznali, że przejawem dyskryminacji kobiet jest rozróżnienie form męskoosobowych („Pracownicy stali”) i niemęskoosobowych („Pracownice stały”, tak jak: „Zwierzęta, meble, owoce stały”), to prawdopodobnie niewiele moglibyśmy zdziałać, by zapobiec używaniu form „dyskryminujących”.

Jeżeli natomiast nie podoba nam się to, że np. o kobietach piastujących ważne urzędy mówimy, posługując się formami męskimi, to naprawdę możemy ten stan zmienić, bo reguły językowe tylko w niewielkim stopniu stanowią tu barierę. Im częściej będziemy używać nazw żeńskich (trzeba pamiętać, by były poprawnie utworzone), tym szybciej wejdą one do języka. Bo akurat o zawartości naszego leksykonu decydujemy w największym stopniu my sami.

Autorka, językoznawczyni, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim, jest sekretarzem Rady Języka Polskiego PAN oraz autorką felietonów językowych „Co w mowie piszczy”, emitowanych przez radiową Trójkę.

CZYTAJ, CO DOTYCHCZAS PISALIŚMY NA TEMAT PARYTETU: 

  • Panie proszą panów - W polityce jest mało kobiet i to jest fakt, z którym nikt nie dyskutuje. Ale już kwestia, jak zwiększyć ich liczbę w życiu publicznym, budzi gorące spory i emocje.
  • Parytet - dyskusja trwa - Można debatować, czy kobiety garną się do polityki czy nie. Ale lepiej jest to sprawdzić, po prostu wprowadzając parytet na listach wyborczych.
  • Porozmawiajmy o kobietach - Ile kobiet, mając do dyspozycji parytet, w ogóle pragnęłoby stanąć w wyborcze szranki? - komentarz Krystyny Lubelskiej.
  • Tak tka się ta sieć - Wzięły udział w czerwcowym kongresie kobiet, a teraz biorą sprawy w swoje ręce. Chcą zrobić cokolwiek, żeby dla kobiet w polityce znalazło się więcej miejsca.
  • Jak nie parytet, to co? - Kobiety w polityce: skoro kobiety rzadziej osiągają sukces niż mężczyźni, dodatkowe wsparcie jest im najwyraźniej potrzebne.
  • Za mało za to samo - Debata POLITYKI: fakt, że kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni, wydaje się naturalny. Na tyle, że prawie się go nie zauważa.
  • Męskim okiem - Widoczna na rynku pracy nierówność między płciami szkodzi również mężczyznom - pisze Piotr Stasiak

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj