Kto nami rządzi i dlaczego oni
Rozmowa z prof. Krystyną Skarżyńską.

Czytaj także

Jacek Żakowski: – Czy nasi politycy są inni?

Prof. Krystyna Skarżyńska: – Od kogo?

Od ogółu.

Są bardziej indywidualistyczni niż przeciętni Polacy. Do polityki idzie człowiek, który ma napęd i chęć bycia w centrum zdarzeń. Albo chce coś ważnego zrobić i wierzy, że mu się to uda.

To jest odwaga? Narcyzm? Pycha? Egotyzm?

Jakiegoś rodzaju egotyzm, dążenie do zaznaczenia swojej obecności. Politycy są bardziej niż inni nastawieni na własne dokonania, na wyróżnienie się i na władzę. A to są potrzeby, których Polacy nie cenią zbyt wysoko. Bardziej – przynajmniej w deklaracjach – cenimy wartości wspólnotowe.

To by tłumaczyło permanentne napięcie między polską polityką – bez względu na to, kto akurat rządzi – konsekwentnie forsującą rozwiązania odwołujące się do indywidualizmu i osobistej zapobiegliwości, a opinią publiczną, która się równie konsekwentnie takim rozwiązaniom sprzeciwia.

To napięcie istnieje w każdej demokracji. Ale w bardziej indywidualistycznych kulturach jest mniejsze. U nas politycy różnią się od ogółu bardziej niż w większości indywidualistycznych społeczeństw.

Na wyróżnianie się i na dokonania ponadprzeciętnie nastawieni są nie tylko politycy. Także artyści, biznesmeni, naukowcy, dziennikarze, sportowcy…

Te grupy wiele ze sobą łączy i wyróżnia na tle społeczeństwa. Inni zwykle wolą schować się w szarym tłumie i realizować swoje prywatne szczęście.

Ryszard Kapuściński przypominał powiedzenie: tisze jedziesz – dalsze budziesz.

Ale tak cicho nie żył. To pokazuje, że są ludzie, dla których samorealizacja jest wartością naczelną, nawet gdy wiedzą, że koliduje ona z bezpieczeństwem.

Samobójczy narcyzm?

U artystów – raczej imperatyw ekspresji. Ale wśród polityków narcyzm też jest postawą nadreprezentowaną. To skłania do niechęci wobec polityków. Czujemy, że są bardziej aktorami niż urzędnikami. Wśród grup dążących do samorealizacji poprzez wyróżnienie się z tłumu politycy są najbardziej nielubiani.

Czujemy, że egocentryczny polityk samorealizuje się naszym kosztem, więc jest niebezpieczny. W polskiej mentalności trwa ideał polityka, który jest społecznikiem. Chyba ciągle myślimy, że dobry polityk jest altruistą. Ma służyć innym, a nie czerpać z tego osobistych korzyści. Takie oczekiwanie jest psychologicznie nierealistyczne. Ludzie zwykle działają tak, by maksymalizować własne satysfakcje.

Myśli pani, że pęknięcie między ogółem a politykami wynika z naszych fałszywych oczekiwań?

W dużym stopniu. Ale z drugiej strony dla wielu polityków społeczeństwo mogłoby nie istnieć. Nie obchodzą ich nasze oczekiwania. Zamiast reprezentować wyborców, koncentrują się na osobistych czy partyjnych interesach. Atrofia idei reprezentacji widoczna była już w Sejmie kontraktowym (1989–1991). Wielu posłów szybko zapomniało, że zostali wybrani, by reprezentować wyborców. Także dziś legitymację do sprawowania władzy wielu polityków widzi raczej w zasługach z przeszłości niż w obowiązkach wobec wyborców. Po wyborach oczekiwania i interesy ludzi przestają ich interesować.

Ależ oni nie odrywają wzroku od sondaży.

Widzi pan – ciągle mówimy: oni.

Bo oni nadali polityce formułę, w którą pani ani ja nigdy nie wejdziemy.

Ale nie odrzucam nikogo tylko dlatego, że jest politykiem. Lubię, kiedy komuś chce się zrobić coś nadzwyczajnego.

A konkretnie nadzwyczajnie się samorealizować.

W polityce można się świetnie samorealizować ku pożytkowi ogółu.

Większość Polaków nie ma chyba wrażenia, że nasza klasa polityczna samorealizuje się ku ogólnemu pożytkowi. Niechęć do polityków stała się jednym z głównych problemów polskiej polityki. Gdy dziecko mówi rodzicom, że chce być politykiem, to pada pytanie: dlaczego nie znajdziesz jakiejś uczciwej pracy?

Czyli znów mamy negatywną selekcję jak w czasach PRL. Za mało jest polityków, którzy odnieśli sukces poza polityką. A tacy są potrzebni, bo mogą swobodniej działać, mając dokąd wrócić, jeśli odrzucą ich wyborcy albo koledzy.

Ta negatywna selekcja odtwarza się w mechanizmie innego ustroju. Obiegowa teza mówi, że politycy stworzyli rodzaj patologicznej rodziny powiązanej bardzo silną i bardzo negatywną więzią. Skąd to się wzięło?

Próbuję to zrozumieć, odwołując się do prawidłowości społecznej percepcji i różnic osobowościowych. Po pierwsze, widzimy polityków jako odrębną kastę. Dla nas to są właśnie oni. A każda ostra kategoryzacja powoduje, że grupie zewnętrznej przypisujemy więcej zła niż dobra. My jesteśmy oczywiście lepsi. My nigdy tak się nie kłócimy jak oni. Nie kłamiemy jak oni, nie walczymy na śmierć i życie jak oni.

Narcyz: oczko we własnej głowie

Chodzi tylko o to, że onych oceniamy surowiej niż naszych?

To jest ważny czynnik. Ale w tym przypadku oni – średnio biorąc – mają jednak pewną specyfikę. Polityka jest szczególnie atrakcyjna dla osób, które chcą sławy, uznania ich nadzwyczajności, wykazania swojej przewagi. Pozwala być w centrum uwagi, pokazywać siłę, władzę, mądrość, więc szczególnie przyciąga osobowości narcystyczne. Badania prowadzone w kilku europejskich demokracjach wykryły wśród polityków (zwłaszcza starszego i średniego pokolenia) nadreprezentację jedynaków i osób pierworodnych. A wiadomo, że są to osoby o silnie rozwiniętej potrzebie ekspresji własnego ja, wyróżniania się i osiągnięć. Jako dzieci są oczkiem w głowie rodziców, którzy pokładają w nich wielkie nadzieje i inwestują więcej niż w inne dzieci. To sprzyja powstawaniu osobowości narcystycznej. Ale narcyzm może też być skutkiem wychowania nazbyt surowego, niedostatecznego okazywania uczuć, niedoceniania czy odrzucenia emocjonalnego dziecka przez rodziców. „Skoro nikt mnie nie kocha – muszę sam siebie docenić i pokazać światu, ile naprawdę jestem wart”. Tak czy inaczej osoby narcystyczne są w polityce nadreprezentowane. A to może być groźne.

 

Dlaczego?

Bo z narcyzmem wiąże się specyficzny sposób poszukiwania uznania i pozycji w świecie. Narcyz aktywnie wyprzedza innych, czyli zamiast kooperować czy zdobywać sympatię, ostro rywalizuje na niemal każdym polu. Musi być lepszy i musi to okazać. Życie społeczne ma dla niego postać gry z jednym tylko zwycięzcą. Ciągle musi walczyć i lubi to. Politykę widzi jako grę o sumie zerowej: jeżeli on ma wygrać, ktoś inny musi stracić. Uzgadnianie stanowisk, kompromis, negocjacje, przyjazne kontakty z politycznymi przeciwnikami mu nie odpowiadają. Jeżeli więc chcemy, by polityka była artykulacją i uzgadnianiem interesów różnych grup społecznych albo płaszczyzną realizacji jakichś wspólnych zamierzeń – a nie areną bezustannej walki – nie powinniśmy głosować na narcyzów. Warto przed wyborami przyjrzeć się kandydatom pod tym kątem.

Proponuje pani lustrację jedynaków i synów pierworodnych.

Córek też. Ale nie tylko jedynacy stają się narcyzami i nie każdy jedynak musi być narcyzem. A poza tym jedynacy mają też zalety. Na przykład lubią przebywać z ludźmi i podobno rzadziej wpadają w alkoholizm.

Istnieje gen alkoholizmu. A gen polityki istnieje?

Tego nie stwierdzono. Ale wiadomo, że pewne właściwości temperamentu, zapotrzebowanie na stymulację czy ekstrawersja – które mogą popychać ludzi ku polityce – w pewnym stopniu są uwarunkowane genetycznie. Z kolei skłonność do przeżywania emocji pozytywnych albo negatywnych, wiązana w teorii skryptów afektywnych z orientacją lewicową i prawicową, może mieć związek z dominacją prawej lub lewej półkuli mózgowej. A to też jest genetycznie uwarunkowane. I ma związek ze stylem wychowania i wpływem otoczenia. O źródłach różnych postaw można dyskutować, ale nadreprezentacja osobowości narcystycznych w polityce jest pewna.

Co kreuje oczywisty paradoks polegający na tym, że ci, którzy urządzają świat innym, więc powinni być na nich szczególnie wrażliwi, z natury są ponadprzeciętnie skupieni na sobie.

To jest realny problem. Bo osoby narcystyczne rzeczywiście koncentrują się głównie na sobie, więc mają mniejszą wrażliwość na innych. Narcyz musi być lepszy i musi to okazać, bo jego narcyzm jest szczególnym sposobem walki o uznanie w świecie.

Musi być prymusem.

Koniecznie. Ale istotne jest też przekonanie, że jest o tyle lepszy, o ile inni są gorsi.

Więc podstawia nogę…

Oczywiście. Bo dopiero, kiedy ktoś się z hukiem i boleśnie przewróci, znaczenia nabiera fakt, że ja się nie przewróciłem.

Efekt metamorfozy: mnie się należy

Skoro narcystyczni politycy są tacy okropni, to może przed kandydatem do polityki powinniśmy stawiać lustro i patrzeć, jak często w nie zerka.

To byłaby niezła metoda. Zwłaszcza gdyby można było obserwować, co oprócz siebie tam widzi.

Czy się na swój widok uśmiecha?

Jeśli się uśmiecha, to nie jest źle. Uśmiechnięty polityk jest lepszy niż ponury pesymista. Gorzej, jeżeli zgrzyta zębami i zaciska pięści, gdy obok siebie zobaczy rywala. W egocentrycznych politykach – zwłaszcza gdy sprawują bardzo wysokie funkcje, gdy mają władzę i sławę, pojawia się przeświadczenie, że są tak wspaniali, iż należy im się więcej niż innym. Szybko dochodzą do wniosku, że nie obowiązują ich ogólne społeczne normy. Uważają, że mogą jeździć z niedozwoloną prędkością i po alkoholu, że nie muszą płacić alimentów ani składać w terminie oświadczeń podatkowych. W psychologii nazywamy to efektem metamorfozy. Pod wpływem władzy nawet inteligentni i krytyczni ludzie często tracą poczucie rzeczywistości. Pamięta pan zachowanie Jana Rokity w samolocie? On przecież nie miał cienia wątpliwości, że należy mu się więcej niż innym pasażerom. Czuł się tak wyjątkowy, że uznał, iż może usiąść, gdzie chce, położyć swój płaszcz, gdzie mu najwygodniej. W jego odczuciu ktoś, kto chciał skłonić go, by postępował według standardów obowiązujących wszystkich – naruszał jego wyjątkowość, drażnił go i poniżał.

Może po prostu sława uderzyła mu do głowy? Gwiazdy showbizu też się tak zachowują.

Bo show-biznes też jest krainą narcyzów. Ale jeżeli coś Rokicie uderzyło do głowy, to raczej władza niż tylko popularność. Ja w tym widzę klasyczny przykład efektu metamorfozy. Wiele badań pokazuje efekt metamorfozy jako poważne źródło zmiany w myśleniu, funkcjonowaniu społecznym i w percepcji osób, które mają władzę. Każda sprawowana władza, niezależnie od tego, jakie ma źródła, prowadzi do zmiany. Im mocniejsza, bardziej długotrwała i sprawowana z bardziej osobistych, egocentrycznych pobudek jest władza, tym zmiany są poważniejsze.

Jakie konkretnie?

Po pierwsze, u egocentrycznych polityków szybko pojawia się utożsamienie własnej osoby z rolą, jaką pełnią. Kiedy się ich krytykuje, uważają, że krytykowany jest urząd, który pełnią. Po drugie, zaczynają nadużywać władzy do załatwiania spraw osobistych (bo mnie więcej wolno, jestem ważny, mądry, akceptowany). A skoro coś należy się mnie, to należy się też moim bliskim. Żona jeździ moim prywatnym samochodem, to czemu ma nie latać moim służbowym samolotem? Mama spędza wakacje na mojej prywatnej działce. Czemu ma nie spędzać wakacji w mojej służbowej rezydencji? Po trzecie, coraz bardziej stereotypowo widzą innych ludzi. Nie doceniają ich indywidualnych zasług. Uważają, że to ich własna zasługa, jeśli podwładni albo współpracownicy zrobią coś dobrego. I oczekują, że wszyscy dostrzegą ich nadzwyczajne zalety.

A jeśli nie dostrzegą, to nie są warci uwagi.

Gorzej. W oczach narcyza brak uznania ze strony innych potwierdza jego wyjątkowość, bo znaczy, że inni nie są dość zdolni, by zauważyć coś, co dla niego samego jest oczywiste.

Jeśli nie uważasz, że jestem od ciebie mądrzejszy, to najlepszy dowód, że jestem od ciebie mądrzejszy, bo dla mnie jest to przecież oczywiste.

To jest mechanizm spychający narcyza w fantazje. W polityce to szczególnie groźne. Bo narcyz z natury przecenia swoje możliwości, ma skłonność do fantazjowania o własnych sukcesach, podejmuje się rzeczy, które go przerastają, robi nierealistyczne założenia. Planując różne przedsięwzięcia, z reguły nie docenia swoich przeciwników i nie doszacowuje oporu materii.

To by znaczyło, że skoro wybieramy narcyzów, nie powinniśmy się dziwić, gdy ich obietnice i plany okazują się patykiem na wodzie pisane.

Zawsze z winy innych. Prawdziwy narcyz nigdy nie dopuści do siebie podejrzenia, że poniósł porażkę. Gdy coś się nie uda, to albo wmówi sobie i innym, że w gruncie rzeczy był to jednak sukces, albo zwali wszystko na innych, którzy go nie słuchali, zdradzili, zawiedli, oszukali.

Kiedy przegrywa narcystyczny polityk, to znaczy, że Polska przegrała. Dość to przerażająco wygląda. Bo zdaje się, że natura polityki ciągnie do niej ludzi, którzy się do niej z natury nie nadają.

Trzeba by zapytać, kto się z natury nadaje… Ale przecież nie tylko osobowość polityków decyduje o sukcesach bądź porażkach ich polityki. Ważna jest interakcja między cechami polityków a sytuacją, w której działają. Czasem potrzebujemy przywódców, którzy pokazują społeczeństwu nowe, atrakcyjne cele czy drogi, czasem upartych reformatorów, odpornych na krytykę i opór materii; a gdy reformatorzy wycisną z nas już prawie wszystkie soki, wolimy tych, którzy dadzą nam święty spokój. Polska polityka nie jest taka zła. Ale prawidłowości percepcji społecznej sprawiają, że koncentrujemy się na negatywach. Zwłaszcza personalizacja, czyli przecenianie roli i możliwości jednostki, zniekształca naszą ocenę polityków.

A czym wyżej zajdą, tym więcej widzimy. Pewien intelektualista zwykł mówić: jak małpa wejdzie na wysoką palmę, to jej d… widać.

Nie wiadomo, co nam by było widać, gdybyśmy się wdrapali na wysokość urzędu premiera czy prezydenta. Co widać na górze i jak ten widok się zmienia, zależnie od tego, jak wysoko człowiek się zajdzie i jak długo tam jest. Efekt metamorfozy staje się tym silniejszy, im większa i dłużej sprawowana jest władza oraz im bardziej osobisty, egocentryczny – a mniej zadaniowy czy społeczny – charakter ma motywacja do zdobycia i utrzymania władzy. Ale metamorfozę powoduje nie tylko trwanie przy władzy, lecz także jej utrata. Rodzice tracący kontrolę nad dorastającym dzieckiem czy zwolniony z funkcji menedżer podobnie jak pozbawiony urzędu politycy często zachowują się prowokująco, jakby sprawdzali, na co jeszcze mogą sobie pozwolić. Ich nastroje falują od radykalnej wrogości wobec tych, którzy odebrali im władzę, aż do daleko posuniętej uległości. Utrata władzy jest po ludzku trudna. Pamiętam, jak Gorbaczow odpowiedział na pytanie dziennikarza, po czym poznaje się wielkość polityka; jego zdaniem – po tym, w jakim stylu i jak szybko podnosi się po upadku.

Władza zmienia każdego. Ale nie wszyscy równie szybko i w jednakowym stopniu ulegają wewnętrznej korupcji.

To zależy od osobowości. Im silniejsze są w walce o władzę pobudki narcystyczne, tym większe jest ryzyko korupcji na skutek zlania się osoby z funkcją. Im ważniejsze są dla polityka pobudki społeczne, zadania do wykonania, zobowiązania wobec wyborców, im ma on więcej kontaktów z różnymi ludźmi i środowiskami, tym mocniej jest kontrolowany przez innych i tym wolniej przebiega proces metamorfozy. Jeżeli polityk umie zachować bliskie więzi ze starymi znajomymi, koledzy i przyjaciele przywołują go do porządku.

Czyli ratunek jest w kapitale społecznym?

Jeżeli się go umie zachować. Polityk, który stroni od ludzi, traci ważne źródło zwrotnych informacji i wsparcia. Niestety, ludzie o narcystycznej osobowości, awansując, łatwo porzucają przyjaciół. Zwłaszcza gdy słyszą od nich słowa krytyki.

A przed przypadkowym kontaktem chronią się za tłumem ochroniarzy. Może więc jakimś ratunkiem byłoby odebranie politykom ochrony i zmuszenie ich, żeby – jak w modelu skandynawskim – jeździli autobusami i chodzili po zakupy. Może unormalnienie życia chroniłoby ich przed metamorfozą.

To byłoby skuteczne, ale dla narcyzów trudne do zniesienia. W modelu skandynawskim zwykli ludzie otwarcie mówią politykom, co myślą. A polityk narcystyczny traktuje siebie jako „samo dobro” i źle znosi wszelkie przejawy krytyki. Im ma wyższą pozycję, tym bardziej uważa siebie za nietykalnego. Przyjaźń braci Kaczyńskich z Ludwikiem Dornem wytrzymała wszystko, dopóki Jarosław nie został premierem. Ale tu problemem był już nie tylko narcyzm, lecz też tak zwana osobowość makiaweliczna.

Makiawelista: krzywdzić, lecz nie być krzywdzonym

Czyli?

Oparta na negatywnej wizji świata i ludzi skłonność do manipulowania innymi dla uzyskiwania korzyści.

Podporządkowywanie zasad utylitarnym celom?

Richard Christie, badacz osobowości makiawelicznej, dowodził, że takie osoby wygrywają tylko wtedy, gdy nie ma jasnych reguł.

Czyli zwłaszcza w warunkach transformacji.

Albo kiedy uda im się skutecznie zakwestionować obowiązujące reguły. Makiaweliści są ludźmi niewrażliwymi ani na normy społeczne, ani na emocje i potrzeby innych. Natomiast wciąż eksponują własne krzywdy. Kwestionują lub bagatelizują krzywdy doświadczane przez innych. Na niesprawiedliwość zwracają uwagę tylko, gdy czują się ofiarami, gdy uważają, że są niedocenieni albo gorzej traktowani. Wtedy oczekują współczucia. Domagają się solidarności, gdy dzieje im się choć najmniejsze zło, ale uważają, że wszystko jest w porządku, gdy sami krzywdzą innych.

Myśli pani, że Jarosław Kaczyński naprawdę uważa inwigilację prawicy za największą zbrodnię przeciw polskiej demokracji, a sprawę Barbary Blidy za nieistotny incydent?

To jest prawdopodobne. Ale nie sprawdzaliśmy, jaki wynik na skali makiawelizmu uzyskałby pan Kaczyński.

A skąd taka osobowość się bierze?

Korzenie są dość podobne jak w przypadku osobowości autorytarnej, czyli twarde wychowanie, oznaczające duże wymagania i mało miłości. Efektem jest negatywna wizja natury ludzkiej, nieufność, nadmierne przywiązanie do siły i twardości w życiu, niechęć do wszelkich oznak słabości (za jakie makiawelista uznaje współczucie czy empatię wobec innych ludzi), wrogość wobec świata zewnętrznego, dążenie do dominacji, przewagi, ale także niechęć do wgłębiania się i prób rozumienia własnych stanów psychicznych.

Dlaczego?

Może makiawelista – podobnie jak narcyz – boi się w sobie samym zobaczyć coś niebezpiecznego. Na przykład, że nie jest taki doskonały, jak sądzi. Albo że jednak nie kocha mamusi tak, jak mu się wydaje. To sprawia, że makiaweliści postrzegają siebie w sposób bardziej zafałszowany niż inni. Co gorsza, mają też bardziej fałszywy obraz innych ludzi. Bo się nimi nie interesują, ale także ponieważ na innych rzutują swoje nieakceptowane cechy. Makiaweliści nie rozumieją ani własnych emocji, ani stanów psychicznych swojego otoczenia. To sprawia, że na ogół słabo komunikują się z ludźmi. To jest istotna słabość w polityce.

A mimo to potrafią wygrywać.

Czasem tak. Bo są w działaniu bezwzględni. Wygrywają tam, gdzie innych powstrzymuje empatia w stosunku do przeciwników. Makiawelistów nie boli cierpienie i krzywda innych. Gdy jest im to na rękę, bardzo łatwo zawierają różne koalicje. Ale porzucają partnerów, gdy tylko jest to dla nich korzystne. W polityce to się może na krótką metę sprawdzać. Ale w życiu prywatnym makiawelizm przeszkadza. Makiaweliści z trudem budują bliskie związki. Są nieufni, manifestują lekceważenie norm współżycia i prywatnie na ogół nie są szczęśliwymi ludźmi.

A co jest ich największą słabością w polityce?

Po pierwsze, ludzie wcześniej czy później jednak zauważają, że są traktowani w sposób instrumentalny. Makiawielista zyskuje więcej wrogów niż przyjaciół. A po drugie, taki człowiek – podobnie jak narcyz – nawet gdy jest bardzo zdolny, uczy się mniej niż inni. Bo nawet przed sobą nie może się przyznać do niewiedzy. To by przecież podważyło jego doskonałość.

To dlatego polscy politycy, których posądzalibyśmy o makiawelizm, zwykle mają kłopoty z obcymi językami?

Żeby się uczyć języka, zwłaszcza gdy się jest dorosłym, trzeba uznać swoją słabość, niedoskonałość albo przynajmniej istotny, wymagający uzupełnienia brak. Narcyz uważa, że jest doskonały. Po co więc ma się wysilać. Makiawelista uważa, że to innym czegoś istotnego brakuje. Nie jemu. On się nie będzie uczył obcego języka. Niech inni uczą się języka, który on zna. Zwłaszcza że makiawelista, jak każda osoba autorytarna, najbardziej boi się śmieszności.

Może szybko by się nauczył angielskiego, ale wstydzi się, że lektor jest w czymś lepszy.

To jest silny hamulec. Ale to dotyczy nie tylko angielskiego. Człowiekowi przekonanemu o słabości innych i własnej doskonałości trudno jest korzystać z pomocy ekspertów. Bo im nie może zaufać, a przekonany jest o swojej nieomylności.

Między diabłem a aniołem

Nie wszyscy politycy czują się nieomylni, niektórzy są empatyczni. Są też w polityce ludzie robiący wrażenie ogólnie mniej więcej zdrowych i szczęśliwych. Zatem poza narcyzmem i makiawelizmem coś jeszcze musi pchać ludzi na szczyt polityki.

Chwała Bogu, jest wiele różnych motywów pchających ku polityce. Są też politycy oferujący innym przywództwo nie po to, by wzmocnić swoje ego czy pokazać przewagę (moralną lub sprawnościową), ale by wspólnie zrobić coś nowego. Można to nazwać przywództwem transformacyjnym.

Czyli są tacy, którzy chcą raczej zmienić świat niż zdominować innych?

Tak. Chcą coś poprawić, zmienić nie po to, by pokazać światu, jacy są wspaniali, tylko dlatego, że dostrzegają cele, ważne ich zdaniem nie tylko dla nich, ale dla wielu ludzi, grup czy społeczeństwa. Władza jest dla nich środkiem, nie celem. Fascynują ich trudne reformy. Takich ludzi do polityki przyciąga chęć zrobienia czegoś ważnego razem z innymi, chęć współdziałania i potrzeba afiliacji, a nie ich wykorzystywanie i dominacja. Chcą tworzyć i współdziałać, a nie tylko wygrywać.

I to im się opłaca? Inni im to odwzajemniają?

Różnie. Jedni odwzajemniają, wspierają w wyborach, a inni wykorzystują lub odsuwają od wpływów. W czasie gwałtownych zmian dominuje logika walki. Wtedy narcystyczne i makiawelistyczne osoby czują się najlepiej. W ustabilizowanych demokracjach rozgrywki na śmierć i życie są raczej incydentalne, więc szanse narcyzów i makiawelistów maleją, a rośnie rola polityków oferujących przywództwo transformacyjne.

To brzmi optymistycznie. Bo z jednej strony wyjaśnia, dlaczego młoda demokracja wynosi na szczyt jednostki patologiczne, a z drugiej niesie jednak obietnicę, że to się niebawem skończy. Jest nadzieja, że będziemy mieli lepszych polityków.

Tak, ale... Jakość demokracji zależy nie tylko od tego, kto ma formalną władzę, ale także od tego, na ile aktywna jest reszta społeczeństwa. Jeżeli będziemy wciąż tylko narzekali, politycy nie staną się bardziej prospołeczni, kooperatywni, zainteresowani naszymi potrzebami. Przeciwnie. Dostosują się do swojego złego wizerunku.

Pani wierzy, że gdybyśmy o nich trochę lepiej myśleli, to oni by się lepiej zachowywali?

Trochę tak. Grupy wykluczane ze społeczeństwa stają się wobec niego wrogie. Politycy nie są ani aniołami, ani wcielonymi diabłami. Im dłużej całą klasę polityczną będziemy traktować wyłącznie jak kiepskich aktorów grających w złej sztuce, oszustów i cwaniaków, tym bardziej będą się od nas oddalali, zamiast z nami kooperować i spełniać nasze oczekiwania. Dlatego warto czasem pomyśleć o politykach nieco cieplej. Tym, którzy zrobili coś dobrego, warto czasem okazać naszą wdzięczność. Społeczna akceptacja lepiej mobilizuje do pracy niż ciągła krytyka.

 

Prof. dr hab. Krystyna Skarżyńska, kierownik Katedry Psychologii Społecznej SWPS w Warszawie, członek Komitetu Nauk Psychologicznych PAN. Autorka, współautorka i redaktor wielu fundamentalnych pozycji naukowych, m.in. „Psychologii politycznej".

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij