(Nie)poprawczaki
Na jednego złego
Po zbadaniu poprawczaków NIK ustaliła, że dużo kosztują, ale nie potrafią naprawiać złych młodych. Do przestępstwa wraca 58 proc. wychowanków. Według kontrolerów to porażka, ale według praktyków niezły wynik.

Opublikowany w połowie września raport Najwyższej Izby Kontroli wywołał spore zamieszanie w środowisku osób pracujących z trudną młodzieżą. NIK uznał, że polski system opieki nad nieletnimi przestępcami jest zbyt drogi i mało skuteczny. W odpowiedzi Minister Sprawiedliwości Andrzej Czuma wysłał dwa listy do prezesa NIK, w którym wyjaśnia swoje stanowisko w tej sprawie. Oba pisma są ważnym głosem w dyskusji nad resocjalizacją młodych przestępców. Zdobyliśmy je i publikujemy w całości.

Zamknijmy poprawczaki? Jak wychowywać młodych, którzy zeszli na złą drogę? Zapraszamy do udziału w debacie na naszym forum!

Gwarancja

Poprawczak w Konstantynowie Łódzkim: 70 chłopaków. Strażnik, który pracuje tu od 16 lat, mówi, że naoglądał się nieszczęść. Najgorzej bywa w święta, jak Wigilia, bo niektórzy chłopcy nie mają dokąd pojechać. Jeśli nawet mają domy, to przy pierwszej gwiazdce rodzice już pewnie całkiem pijani. Teraz czekają na hasło rozpoczęcia dnia: pójdą do szkoły albo do warsztatów szkolić się na ślusarzy, mechaników, stolarzy. Inni do pracy przy meblach biurowych zamówionych przez sąd w Zgierzu, bo źli młodzi robią świetne meble z płyt wiórowych, na których zakład zarabia, połowę zarobków oddając państwu.

Są wśród stolarzy i mordercy, niektórzy ubrani w jaskrawoczerwone kombinezony z napisem „zakład poprawczy” na plecach, są alkoholicy, byli narkomani, włamywacze, rozbójnicy, wtórni analfabeci. Ale dla dyrektora (nie chce podać nazwiska) to przede wszystkim ludzie zgubieni gdzieś po drodze przez system wychowania: – Na początku lat 90. widziałem, jak w Łodzi zdejmowano z budynku tablicę z napisem „kuratorium oświaty i wychowania”, by przykręcić inną, bez słowa wychowanie. Pracowałem wtedy w szkole za dnia, a wieczorami w zakładzie poprawczym. Na szkolnych korytarzach dokładnie widziałem, kto niedługo przekroczy linię, nikt mu nie pomoże i w końcu trafi do poprawczaka. Dlaczego psycholog czy pedagog szkolny nie robią tego pierwszego kroku? Dlaczego zakłady poprawcze mają być jedynym miejscem odpowiedzialnym i rozliczanym za wychowanie?

 

W zakładowym warsztacie wisi na podnośniku stary model Daewoo. Chłopaki w nim pogrzebią i na pewno naprawią. Ale człowiek, mówi dyrektor, nie jest samochodem i nie można oczekiwać, że wyjdzie z poprawczaka jak nowy, z dożywotnią gwarancją na naprawę.

Interpretacja

Być młodym bandytą to – biorąc pod uwagę dane NIK – luksus. Każdego dnia 1,9 tys. nieletnich zamkniętych w 35 polskich poprawczakach może korzystać z 16 sal gimnastycznych, 3 basenów, 381 komputerów podłączonych do Internetu, 1,3 tys. kaset audio i wideo, 93 tys. książek i 115 kół zainteresowań. Mają wikt, zakwaterowanie, szkołę, zbyt rzadko są karani izolatkami, kadra traktuje ich pobłażliwie, gdzieniegdzie kupuje im papierosy i jeszcze dostają kieszonkowe.

– Naszym celem było wywołanie dyskusji o polskiej resocjalizacji, skrytykowaliśmy źle działający system kreowany przez ustawę o postępowaniu w sprawach nieletnich z 1982 r. – mówi Grzegorz Buczyński, dyrektor Departamentu Nauki, Oświaty i Dziedzictwa Narodowego NIK, który nadzorował kontrolę. – Mówimy, że koszty są wysokie, nie mówimy, że są nadmierne. Ale w obowiązującym systemie trochę te pieniądze zaprzepaszczamy.

Urzędnicy w Departamencie Wykonania Orzeczeń i Probacji (DWOP) Ministerstwa Sprawiedliwości, które zakłady poprawcze nadzoruje i utrzymuje, mówią, że dane NIK zostały zinterpretowane specjalnie pod efekt medialny, widocznie raport miał być szokiem dla obywatela. Te same dane mogą być łatwo przedstawione w sposób pozytywny przez innych ekspertów. – W mojej ocenie te 58 proc. to bardzo dobry wynik – mówi Katarzyna Naszczyńska, karnistka, naczelnik Wydziału Wykonania Orzeczeń Rodzinnych i Nieletnich w Ministerstwie Sprawiedliwości. – W 2007 r. orzeczono zakład poprawczy wobec 470 na 82 tys. czynów karalnych popełnionych przez nieletnich w całej Polsce. Oznacza to, że w liczącym 40 mln kraju do przestępstwa wraca mniej niż 300 nieletnich.

No a te bulwersujące koszty? – Resocjalizacja to przecież nie tylko jakaś przechowalnia nieletnich, ale szkoła – mówi dyrektor Konstantynowa. – Państwo ma obowiązek zapewnić edukację wychowankowi. To musi kosztować. Najwięcej kosztuje nauka i opieka nad złymi młodymi. NIK wliczyła do kosztów pensje nauczycielskie i strażnicze (a nawet – jak w zakładzie w Nowem, gdzie koszt wyniósł 18,3 tys. zł na osobę – sumy wydane na przebudowę budynku, aby dostosować go do potrzeb dziewczyn).

Poprawczakowi nauczyciele zarabiają tyle co ich budżetowi koledzy w zwykłych szkołach plus 45 proc. za pracę w trudnych warunkach. W zamkniętych zakładach jeden wychowawca przypada na dwóch młodych – przyjęta na świecie norma, pozwalająca jako tako realizować założenia resocjalizacji, mówi o co najmniej jednym opiekunie na trzech wychowanków. Jeden zły w poznańskim poprawczaku kosztuje podatnika 1 tys. zł, ale z obsługą pedagogiczno-wychowawczą już 4,5 tys. zł. W Grodzisku Wlkp. 1,8 tys. i 13,5 tys. zł. W Trzemesznie, zamkniętym zakładzie poprawczym, gdzie jest tylko 20 młodych – 1,3 tys., ale aż 15 tys. z obsługą. Koszt polskiej resocjalizacji w poprawczakach i ośrodkach wychowawczych wzrósł w 2008 r. o 10 mln zł i wynosi teraz 101 mln zł.

Czy na świecie jest jakaś alternatywa dla kosztownych poprawczaków?

Prof. Marek Konopczyński, rektor Wyższej Szkoły Pedagogiki Resocjalizacyjnej Pedagogium, podaje przykład Francji, gdzie istnieją otwarte ośrodki poprawcze współpracujące ze środowiskiem. Pionierzy takiego podejścia zabierali arabskie dzieci z rodzin patologicznych do ekskluzywnych restauracji w Paryżu, żeby je odstygmatyzować, pozwolić im poczuć własną godność. Profesor ma autorski pomysł zmniejszenia kosztów obsługi poprawczaków. Absolwenci jego uczelni wynoszą ze szkoły dodatkowy dyplom: animatora działań teatralnych i sportowych. Jeden animator z charyzmą mógłby zastąpić kilku wychowawców z dyplomem tradycyjnej resocjalizacji. Jeśli dołączyć do tego efektywną profilaktykę środowiskową i opiekę następczą – plan mógłby się powieść. Ale wymagałoby to zmiany całego systemu na poziomie ustawy. Pół roku temu sekcja resocjalizacyjna Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN złożyła projekt w ministerstwie. Jak na razie cisza. Ale już i w ministerstwie mówi się o zmianie całego systemu – próby modyfikacji istniejącego przypominałyby raczej wyjmowanie cegieł ze stojącej już ściany.

– To może kosztować mniej, ale wszędzie na świecie resocjalizacja nieletnich jest droga – zastrzega jednak prof. Konopczyński, a wtórują mu praktycy, teoretycy, a także sami kontrolerzy NIK. – Praca resocjalizacyjna to przecież nie sam dozór, ale przede wszystkim rozwijanie osobowości wychowanków.

Na całym świecie zastanawiają się zresztą, jak mierzyć skuteczność resocjalizacji. Na Zachodzie modne jest ostatnio ekonomiczne podejście do przestępstw – oblicza się, ile kosztuje sam czyn, ile poprawczak i więzienie, ile należy wydać na cały proces resocjalizacyjny i czy to się opłaca. W Australii policzyli nawet, ile kosztuje państwo jeden czyn pedofilski.

W Polsce system poprawczakowy raczej będzie wzmacniany. Niedługo powstaną zakłady o zaostrzonym rygorze, tzw. readaptacyjne, dla wyjątkowo odpornych na systemową resocjalizację. To będzie stadium pośrednie między poprawczakiem a więzieniem. 20 lipca minister sprawiedliwości Andrzej Czuma podpisał stosowne rozporządzenie. Wspomina się w nim np. o podwójnym okratowaniu i odkosach okiennych, jak w więzieniu. Pracownicy poprawczaków widzą w tym pomyśle dobre strony: są tak zdemoralizowani wychowankowie, że im szybciej sięgną dna, tym szybciej odbiją się do resocjalizacji. Burzą się naukowcy: – To będzie tylko zatrzymanie i przechowanie młodego człowieka bez szans na resocjalizację – uważa prof. Konopczyński i ironizuje: – Stwórzmy może od razu dożywotnie poprawczaki, coś jak społeczne hospicja?

Frajerstwo

Ksiądz Marek Kordaszewski, marianin, obchodzi teren poprawczaka w Studzieńcu i każdemu wychowankowi podaje rękę. Księżu – wołają do niego chłopaki; teraz mają go trochę za Bożego szaleńca, co księdzu odpowiada. Kiedyś brali go raczej za frajera, bo jeździł na rowerze, a w ich wyobrażeniu ksiądz to ktoś bogaty. Przez podawanie ręki obniża się poziom grypsery, uważa ksiądz Marek. Wychowankowie, jak każda grupa, mają wewnętrzną hierarchię. Czasem słychać, jak ścigają się na koneksje z wolności – kogo znają, dla kogo złego, a ważnego pracowali. Jeszcze mocniejsza hierarchia buduje się na siłowni, prosta, bo oparta tylko na mięśniach, dlatego dyrektor Studzieńca siłowni u siebie nie ma. Był czas grypserski, kiedy ręki księdzu nie podawali, bo uznali, że donosi na nich dyrekcji, spowiedź wykorzystując jako przesłuchanie. Wyśmiał ich po swojemu: nie jesteś aż tyle wart, żebym się przez ciebie na karę kościelną narażał.

Zakład poprawczy w Studzieńcu ma 132 lata, jest najstarszy w Polsce. Budowany był pod ówczesny pozytywistyczny plan: 90 ha ziemi, sześć pawilonów dla wychowanków, kościół, ziemia uprawna, stajnia, ogrody warzywne. Teraz po ogrodach nie ma śladu, jest kilkanaście koni. Na najmniejszym, przypominającym osła, ksiądz Marek przyjeżdża w Niedzielę Palmową pod kościół. Większość chłopaków przychodzi na msze, chociaż niektórzy nie znają modlitw – nowe pokolenie. My nie chodzimy do kościoła – słyszy czasem ksiądz od rodziców wychowanków. To lepiej chodźcie, chłopakowi będzie potrzebny psycholog, a to drogo – namawia. – W kościele porozmawia o życiu za darmo.

W pokojach schludnie, po dwa albo trzy łóżka – krajowy standard. W Studzieńcu nie ma krat w oknach, ale są kamery. Pokoje wychowankowie odnawiali sami – także standard. Czasem któryś chłopak ucieknie i kamerze, i strażnikowi. Albo nie wróci z przepustki. Chłopie, z takiego miejsca uciekać to jest frajerstwo – powie mu potem ksiądz Marek – stąd trzeba wyjść jak człowiek, przez bramę, z podniesioną głową.

W teczkach osobowych wychowanków każdy z wpisów to przyznanie się do porażki kolejnej instytucji. Większość historii zaczyna się od niewydolnej rodziny. Ostatnio, jak przyznają sędziowie sądów rodzinnych, częste są przypadki, kiedy młody człowiek w okresie dojrzewania traci ojca i sypie mu się hierarchia życiowych wartości. Następnie – niewydolna wychowawczo szkoła (jak to możliwe – pyta dyrektor poprawczaka w Konstantynowie – że uczeń przez cztery lata nie przychodził do szkoły?). Wśród ludzi zajmujących się resocjalizacją nieletnich metaforą współczesnej szkoły jest kosz na śmieci zakładany przez ucznia na głowę nauczycielowi – historia, która przed kilku laty obiegła media. Kolejno przegrywają walkę o młodego człowieka: opieka społeczna (właściwie wcale nie walczy, bo zajmuje się niwelowaniem skutków, a nie zwalczaniem przyczyn patologii); potem kurator (bo zwykle ma tylu podopiecznych, że nie jest w stanie nawet osobiście ich poznać). Dochodzi do – jak mówią resocjalizatorzy – zablokowania rozwoju. – Młody człowiek reaguje na to buntem – mówi prof. Marek Konopczyński. – Dorosły będzie się starał adaptować do sytuacji, nawet wycofa się w depresję. Dlatego mówi się, że łatwiej zapanować nad więźniami. U młodego trzeba odblokować stopniowo percepcję, emocje, motywację, pamięć.

Przed sądem stają często młodzi, którzy nie odzywają się nawet słowem. Zanim sąd orzeknie, zakład poprawczy powinien, przy pomocy biegłych, stwierdzić, że to ktoś „wysoce zdemoralizowany”. – Staje przede mną nastolatek – burza hormonów, uzależnienie, brak wsparcia od kogokolwiek – opowiada Piotr Kula, sędzia sądu rejonowego, specjalista w Ministerstwie Sprawiedliwości. – Czasem odnoszę wrażenie, jakbym mówił do ściany. Wiem, że przez godzinę czy półtorej, bo tyle zwykle trwa sprawa sądowa, nie uda mi się do niego dotrzeć.

Kilka lat temu przed oblicze innego sędziego doprowadzono milczącego nieletniego z wytatuowanym na czole komunikatem „jebać sąd”. Zdarza się też, jak mówi sędzia Kula, że poziom demoralizacji, który uda się określić podczas procesu, nie przesądza o konieczności wysłania kogoś do poprawczaka, ale system nie przewiduje już żadnej innej instytucji na tym etapie.

Pomaganie

Kiedy zapytać Andrzeja Zakrzewskiego, dyrektora zakładu w Studzieńcu, czy wierzy w resocjalizację, odpowie, że wierzy w pomaganie. Ci ludzie urodzili się przecież jak każdy z nas, nie chcieli zostać przestępcami; to nie ze swojej winy się tu znaleźli – powie. Pracuje w Studzieńcu od 30 lat, zaczynał jako strażnik na bramie w ramach praktyk na studiach. Potem objechał poprawczaki w całej Europie, żeby dojść do wniosku, że polskie zakłady są w stanie poradzić sobie nawet z ludźmi, którzy, mimo młodego wieku, w kilku krajach Europy poszliby prosto do więzienia.

– Pytanie tylko, co z nimi dalej, bo u nas nie ma systemu pomocy postpenitencjarnej – mówi. – Oni odbierają w zakładzie wychowanie instytucjonalne: są wszyscy zatrudnieni w warsztatach szkolnych, mają swoje miejsce. A na wolności pójdą do pomocy społecznej, gdzie odbiorą jednorazową zapomogę do 5 tys. zł. Wielu oszołomionych taką sumą natychmiast ją wyda. Czy nie można by stworzyć dla nich preferencyjnych miejsc pracy, wpłacić te pieniądze na konto pracodawcy i niech on wypłaca stopniowo jako wynagrodzenie?

Ostatnio trzeba było z hotelu pracowniczego na wolności cofnąć do Studzieńca Janka, wychowanka domu dziecka, bo okazało się, że jest uzależniony od instytucji. 21 lat, zręczny, w zakładzie pozbierany, na wolności rozpadał się na kawałki. Nie umiał pracować tyle, ile wymagał szef, bo w poprawczaku praca trwa raptem cztery godziny dziennie. A z drugiej strony – dyrektor kartkuje akta zakładu – w czerwcu ksiądz Marek żenił pod Warszawą wychowanka Studzieńca ze studentką resocjalizacji. Poznali się w zakładzie podczas jej praktyk. Teraz przysyłają kartkę z Irlandii, że sobie radzą.

 

W większości polskich zakładów poprawczych tworzy się dla młodych indywidualne programy resocjalizacyjne. W białostockim poprawczaku, oficjalnie jedynym w Polsce prowadzącym alkoholowe i narkotykowe terapie odwykowe, wychowankowie podpisują nawet specjalne indywidualne kontrakty wychowawcze zobowiązujące do „aktywnego uczestnictwa w życiu grupy, konstruktywnego rozwiązywania problemów i uczciwości”. Białystok ma rozpracowane psychologicznie typy swych wychowanków (narcystyczny, psychopatyczny, psychotyczny, wycofany). „Chcemy wypuszczać na wolność osoby ze skorygowanym obrazem siebie (...) posiadające rozeznanie w środowisku, dotyczące miejsc pomocy (punkty, kluby AA, mityngi, placówki) oraz umiejętność korzystania z tych miejsc”. Różnie to wychodzi.

Dyrektor Studzieńca przegląda listy od wychowanków: piszą prośby o dosłanie dokumentów, że w Studzieńcu się uczyli. Mają refleksję, że z nimi chyba coś nie tak. Ale też proszą dyrektora o łaskawe przysłanie dwóch kart telefonicznych na 60 impulsów. Adresy zwrotne: inne poprawczaki albo już dorosłe zakłady karne.

Koszty

Wśród dyrektorów zakładów podczas kontroli NIK panowało przekonanie, że prowadzą ją ludzie niemający pojęcia o resocjalizacji. Dziwiono się, że kontrolerzy, którzy na miejscu nie znaleźli uchybień, a nawet zostawiali dowody tego na piśmie, w raporcie NIK najwyraźniej nie zostali dopuszczeni do głosu.

– My nie jesteśmy od kochania, ale jesteśmy na pewno zawodowcami od systemów kontroli – uśmiecha się dyr. Buczyński. – Wiemy, że w ministerstwie trwają prace nad nową ustawą o postępowaniu w sprawach nieletnich i mam przynajmniej nadzieję, że dołożyliśmy do dyskusji faktografię. Jedno jest pewne: przekonanie o wzroście przestępczości nieletnich, które legło u podstaw kontroli poprawczaków, nie jest całkiem prawdziwe. Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że od 2006 r. liczba popełnianych przez nieletnich przestępstw, takich jak zabójstwo, gwałt, kradzież z włamaniem, maleje. Więcej jest rozbojów, wymuszeń i bójek.

W poprawczaku w Konstantynowie Łódzkim po apelu jest zebranie kadry. Zawsze w poniedziałek oceniają miniony weekend. Raz w miesiącu, na radzie pedagogicznej, biorą pod lupę każdego wychowanka osobno. Teraz na przykład jeden ma wyjątkowo trudną sytuację domową – ojciec umarł, matka zachorowała ciężko, chłopak jeździ na przepustki podawać jej morfinę. Inny jest w zakładzie już po odbyciu kary, uczy się na ślusarza – prosił, żeby pozwolili mu zostać, bo na wolności zaczną się koledzy, kuszenie i nic nie wyjdzie z zawodu. Chłopaki z poprawczaków zdają komisyjne egzaminy zawodowe w ponad 90 proc., są lepsi od wolnościowców, komisje nie mogą się nadziwić. W raporcie NIK tylko zakład poprawczy i ośrodek wychowawczy w Konstantynowie został dobrze oceniony, chociaż ostatnio koszty utrzymania wychowanków wzrosły tu do 7,8 tys. zł na miesiąc.

Nie wiadomo natomiast, ile kosztowała kontrola NIK. Pytani pracownicy biura prasowego Izby przyznają, że nie potrafią tego policzyć. Nie wiedzą na przykład, czy należałoby wliczać w koszty kontroli pensje etatowych kontrolerów, czy też nie.

 


Czuma odpowiada NIK

Opublikowany w połowie września raport Najwyższej Izby Kontroli wywołał spore zamieszanie w środowisku osób pracujących z trudną młodzieżą. NIK uznał, że polski system opieki nad nieletnimi przestępcami jest zbyt drogi i mało skuteczny. W odpowiedzi Minister Sprawiedliwości Andrzej Czuma wysłał dwa listy do prezesa NIK, w którym wyjaśnia swoje stanowisko w tej sprawie. Oba pisma są ważnym głosem w dyskusji nad resocjalizacją młodych przestępców. Zdobyliśmy je i publikujemy w całości.

 


 

Zamknijmy poprawczaki? Jak wychowywać młodych, którzy zeszli na złą drogę? Zapraszamy do udziału w debacie na naszym forum!

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj