Rockmani z Rammstein
Hamulce zostały puszczone
Żaden niemiecki zespół rockowy nie cieszył się taką popularnością jak Rammstein. Grają ostro i nabijają się z Niemców oraz ich stylu życia.
Koncert w Mediolanie, rok 2005
il_baro/Flickr CC by SA

Koncert w Mediolanie, rok 2005

Artykuł pochodzi z 44/45. numeru FORUM.
Forum

Artykuł pochodzi z 44/45. numeru FORUM.

Na rynku pojawiła się właśnie szósta płyta zespołu: „Liebe ist für alle da”. Singel „Pussy” już trafił na pierwsze miejsca list przebojów. W wideoklipie do utworu widać wszystkich członków grupy uprawiających seks.

Na pierwszy rzut oka można by sądzić, że singel „Pussy” został stworzony przez jakąś grupę parodiującą Rammsteina. Te stereotypy o niemieckich seksturystach: „Wsadzę moją kiełbaskę w twoją kapustę”...

Richard Zven Kruspe, gitarzysta: Ten singel ma w sobie całkiem sporą dawkę humoru. „Pussy” na początku była wyłącznie piosenką angielskojęzyczną i wydawała mi się wtedy taka sobie. Kiedy Till Lindemann napisał niemiecką wersję, potrzebowałem dwóch dni, żeby się do niej przyzwyczaić, ale potem stała się dla mnie superimprezowym kawałkiem. Lecz naprawdę ciekawie zrobiło się dopiero od momentu, kiedy zdecydowaliśmy się wydać „Pussy” jako singel i nakręcić do tego wideoklip stylizowany na hard porno.

No to teraz portki w dół. Czy to prawda, że występuje pan osobiście w tym wideoklipie i że można w nim zobaczyć pańskie genitalia?

Bez komentarza. Proszę zrozumieć: każdy słuchacz stwarza sobie własną opowieść, oglądając to wideo. Każdy odkrywa w nim coś innego. I właśnie tak ma być. Jakie były nasze zamierzenia, co chcieliśmy przekazać – to wszystko wydaje mi się drugorzędne.

Proszę odpowiedzieć na najbardziej kołtuńskie ze wszystkich pytań: Czy puściłby pan ten album swojej matce?

Cały album wydaje mi się bardzo udany, ale jestem szczęśliwy, że przynajmniej tego wideoklipu nie muszę pokazywać mamie.

Czy na koncerty najnowszego tournée wstęp będzie wyłącznie dla dorosłych?

Tego nie mogę jeszcze powiedzieć.

Podczas ostatniej trasy nie mogliście grać w Monachium, bo przewidziane efekty pirotechniczne nie spełniały warunków bezpieczeństwa. Tym razem pozwolono wam zagrać w Olympiahalle (hala sportowa w Monachium – przyp. FORUM). Czy to znaczy, że złagodziliście show?

Z całą pewnością  nie. Nie ma już rozbrojenia, jest tylko dozbrajanie się. Cóż, jesteśmy artystami estradowymi, kochamy show. Ale w głębi serca każdy z nas jest po prostu muzykiem i chce być za to szanowany.

Scorpionsi rozwiązali ten problem, grając z orkiestrą albo unplugged.

My też mamy pomysł na wersję unplugged. Ale pierwszeństwo ma teraz nowy album, zagramy 200 koncertów w ciągu najbliższych dwóch, trzech lat.

W komentarzu do wydania na DVD koncertu „Völkerball” przed trzema laty powiedział pan, że to koniec pewnej ery. Co się zmieniło od tamtej pory?

Mówiłem wtedy o odczuciach. W grupie jest całkowicie różna energia podczas pracy nad poszczególnymi albumami. Ostatni miał najcięższy poród. To pierwsza płyta, którą stworzyliśmy naprawdę razem jako zespół, pracując niezwykle intensywnie. Każdy z nas miał zwykle zupełnie inny pogląd na daną kwestię. Z sześcioma kapitanami na pokładzie ciężko jest sterować okrętem.

Przed nagraniami schodziliście sobie z drogi, najwyraźniej sytuacja się nie uspokoiła.

Nie, bo przecież nasze charaktery się nie zmieniają. Wręcz przeciwnie – z wiekiem potrzebujesz więcej czasu na podjęcie decyzji. Starasz się uniknąć awantury, mówiąc: Pogadamy o tym jeszcze raz jutro. Dawniej po prostu szybko przewalczaliśmy swoje racje. Bardzo lubię pracować w grupie, ale uwielbiam też podejmować kluczowe decyzje. Myślę, że wszyscy czują to podobnie.

Jest to tym bardziej zaskakujące, że Rammstein od 15 lat gra w tym samym składzie.

To prawda, trzymamy się razem. Zawsze pojawiały się spięcia, ale nigdy jeszcze nie było to tak wykańczające nerwowo jak w przypadku tego albumu. Każdy mógł się wypowiedzieć w każdej kwestii. Jesteśmy demokracją, mamy w zespole qu asi-system sześciopartyjny.

A pozostaliście przyjaciółmi?

Tak, przyjaźnimy się w każdej sytuacji, która nie dotyczy zespołu. Wewnątrz zespołu nie jesteśmy przyjaciółmi.

Piosenka „Mehr” (Więcej) opowiada o chciwości, a więc o tym, co doprowadziło do kryzysu gospodarczego. A czy pan i pańska wytwórnia płytowa nie żądacie od Rammsteina też coraz „więcej, więcej, więcej”?

Wszyscy sądzą, że kryzys już się skończył. To oczywiście nie jest prawda, wszyscy dalej konsumują ile wlezie. Żyjemy w ciekawych czasach, życzyłbym sobie, żeby więcej rozmawiano na ten temat. Z tego względu ta piosenka tak dokładnie mówi, w jakiej sytuacji się znaleźliśmy. Każdy z nas. Ja od razu zacząłem postrzegać kryzys jako szansę: aby pomyśleć nad tym, gdzie i jak żyjemy. Sporo zajmowałem się ekonomią, bo kiedyś także ja straciłem duże pieniądze. Chciałem zrozumieć te wszystkie mechanizmy, podstawową zasadę kapitalizmu – ciągłe konsumowanie jako motor wszystkiego. Wszyscy sądzą, że konsumpcja może przynieść szczęście.

Co sprawia, że pan jest szczęśliwy?

Są dwa sposoby na przeżycie swojego życia: wieść życie szczęśliwe albo takie, które ma jakiś sens. Ja znajduję się dokładnie pomiędzy: oczywiście chciałbym, żeby moje życie miało sens, dlatego robię muzykę. Z drugiej strony odczuwam olbrzymią tęsknotę za szczęściem, ale nie da się tego pogodzić.

A tworzenie muzyki nie daje szczęścia?

Sposób, w jaki my zajmujemy się muzyką, zawsze okupiony jest jakimś cierpieniem. 80 procent dobrej muzyki stworzono pod wpływem cierpienia, depresji czy narkotyków. Moja moc twórcza także pochodzi z cierpienia. Nawet jeśli coś jest piękne, starasz się wykreować z tego ból. Bo tworzenie oznacza, że żyjesz. I nie da się uciec z tego zaklętego kręgu.

Nowy album jest zdecydowanie bardziej jednoznaczny od poprzednich płyt. Czy obawiał się pan, że zostanie źle zrozumiany?

Doszedłem do punktu, w którym nie chciałem już być źle pojmowany. Nie chcę, by kojarzono mnie z prawą stroną, a często nam to przypisywano. Wszystko inne jest mi obojętne. Po 40 latach wiem, na czym stoję.

A nie obawia się pan, że zrazicie do siebie niektórych fanów zbyt krytycznymi kawałkami?

Kiedy piszesz jakiś utwór, nie zastanawiasz się, jak zostanie przyjęty – i tak nie masz na to żadnego wpływu. Gdybym zaczął się nad tym zastanawiać, oznaczałoby to, że cenzuruję sam siebie.

Przy tworzeniu muzyki nie ma pan zahamowań?

Cechuje nas naiwna spontaniczność.

Odnajdujecie w sobie dusze nastolatków?

Tak! Oczywiście jesteśmy nieco dziecinni. Dzieci robią wiele rzeczy spontanicznie, bez lęku, bez rozważania „za” i „przeciw”. Takie doświadczenia mamy też czasem w Rammsteinie.

W piosence „Wiener Blut” (Wiedeńska krew) zajęliście się potworem z Amstetten i przypadkiem porwania Nataszy Kampusch. Co tak zafascynowało pana w tych historiach?

Te przypadki faktycznie mną wstrząsnęły. A poza tym w nieco chorobliwy sposób jestem zainteresowany przyczynami takich zdarzeń. Jak to się dzieje, że ktoś jest zdolny do zrobienia czegoś takiego? W opowieściach z życia wziętych zawsze najbardziej interesowały mnie mroczne strony wszystkiego.

Czy za granicą wasza popularność wynika z czegoś innego niż w Niemczech?

Nie, nie wydaje mi się. Sądzę, że ludzie – niezależnie od tego, gdzie mieszkają – mają uszy wyczulone na autentyzm. No dobrze, może nieco egzotyczne dla cudzoziemców jest słuchanie muzyki rockowej z niemieckim tekstem. Ale uczucia, jakie wywołuje album zespołu Rammstein, są na całym świecie te same.

A jednak właśnie wasz album mógłby za granicą rozbudzić uśpione lęki przed Niemcami: przed narodem gwałcicieli i potworów seksualnych.

No cóż, mamy też bardziej humorystyczną stronę. A tę częściej dostrzegają słuchacze za granicą niż w Niemczech. Mamy też swoją stronę liryczną. Cudzoziemców niezwykle interesuje język niemiecki. Ileż oni czytają Goethego!

A jak pan sądzi, dlaczego tylu Niemców ma problem z Rammsteinem?

Cudzoziemcy – w przeciwieństwie do Niemców – nie mają problemu z własną tożsamością obciążoną historią.

Zanim zaczął pan grać w Rammsteinie, występował w NRD w zespole Das Auge Gottes (Oko Boga). Czy czuł pan, że sprzeciwia się systemowi?

Już samo granie w zespole stanowiło element oporu. Już styl, w jakim chciało się żyć, był oporem. W NRD tak bardzo na każdym kroku nas cenzurowano – stąd być może w Rammsteinie ten pęd do wolności.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj