"Grzeczna" wizyta prezydenta USA
Uwertura do opery pekińskiej Obamy
Opera pekińska prezydenta USA, Baracka Obamy rozpoczęła się w nocy z niedzieli na poniedziałek (15/16 listopada) w Szanghaju.

Obama lądował w deszczu i mgle, której nie można w tym mieście odróżnić od smogu. Na „dzień dobry” zobaczył więc skutki dewastacji atmosfery, którą obydwa kraje  traktują jak przestrzeń wyposażoną w zdolności samooczyszczania sie i regeneracji. Nie zobaczył natomiast największego na świecie zbiorowiska 100 piętrowych wieżowców, z których wszystkie zbudowano w tym parterowo-pięciopiętrowym niegdyś mieście w przeciągu ostatnich 19 lat.

Większość szanghajskich drapaczy chmur to nieoświetlone w nocy biurowce, smutny las „drągów” niknących w smogu. Należą do różnych banków, bo Szanghaj to trzecie co do wielkości centrum finansowe świata, o tyle osobliwe, że operuje m.in. chińskim pieniądzem, yuanem, który jest walutą niewymienialną. To, obok emisji dwutlenku węgla do atmosfery, drugi ważny temat rozmów Obamy w Chinach. USA i UE twierdzą, że yuan jest niedoszacowany. Natomiast prezes Komisji Regulacji Bankowej w Chinach, Liu Mingkang oświadczył kilka godzin przed lądowaniem Obamy, że dolar jest za słaby i że stopy procentowe w USA, niemal bliskie zera, są za niskie. Chiny chciałyby, żeby dolar był mocniejszy natomiast USA – żeby yuan był mocniejszy. Rzecz, przynajmniej jeśli idzie o walutę chińską, rozstrzygnęłaby się bez trudu, gdyby Chiny postawiły na wymienialność, do której yuan, wsparty potężną gospodarką chińską, jest od dawna zdolny. Ale wtedy więcej o wartości yuana miałaby do powiedzenia gospodarka światowa, w tym dolar, niż Komunistyczna Partia Chin. A ona ze swoich prerogatyw nie zrezygnuje.

Trzeci temat w uwerturze do opery pekińskiej to swoboda wypowiedzi. W Chinach działa cenzura, także internetowa, nazywana „Ognistym Murem”. Tymczasem Obama zażyczył sobie spotkania ze studentami, którzy mogliby mu zadawać różne pytania, jak to się dzieje podczas wizyt prezydenta na uniwersytetach amerykańskich. Nie mógł jednak nie wiedzieć, że widownia będzie zorganizowana i że nie pojawi się tam żaden przypadkowy krytyk, nie mówiąc już o dysydentach.

 
Obama uczynił wiele, aby nie drażnić chińskich gospodarzy przed wizytą: zrezygnował w lipcu ze spotkania z przebywającym wtedy w USA swoim kolegą-noblistą, Dalajlamą. Nie ulega watpliwości, że Chiny oczekują od niego potwierdzenia porzez USA „suwerenności i integralności terytorialnej”, co oznacza w praktyce poparcie polityki Pekinu w Tybecie i Xinjangu a także w odniesieniu do Taiwanu. Pytanie dotyczące tej ostatniej kwestii pojawiło się od razu na spotkaniu ze studentami w Muzeum Techniki w Szanghaju. (Obama opowiada się za koncepcją jednych Chin, co nie oznacza, że USA miałyby zrezygnować ze sprzedaży broni tej wyspie). W spotkaniu uczestniczyło 300 osób nie licząc dziennikarzy. Obama zapytał swojego ambasadora Jona Huntsmana, jak jest „cześć” w dialekcie szanghajskim, po czym odpowiadał na grzeczne pytania o ciężar obowiązków prezydenta USA i wrażenia związane z pokojową nagrodą Nobla. Sam z kolei podkreślił wagę dostępu do informacji, w tym także internetowej. Dodał, że dostęp bez cenzury z nawiązką kompensuje szkody wynikające z tego, iż z internetu mogą wtedy korzystać także terroryści, którzy porozumiewają się za pomocą sieci. Przed spotkaniem ze studentami Obama rozmawiał z partyjnymi i administracyjnymi władzami miasta. O 14.00 czasu miejscowego zakończył pobyt w Szanghaju i udał się do Pekinu, gdzie przygotowano oficjalne, choć skromniejsze niż w innych krajach, powitanie.


Krzysztof Mroziewicz z Szanghaju

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj