szukaj
Darwin w banku - rozmowa z Niallem Fergusonem
Wielkie pieniądze – wielkie oszustwa
Nasze mózgi to nie komputery skrojone na miarę XXI wieku – mówi Niall Ferguson. Stworzeni jesteśmy raczej do polowania na dzikie zwierzęta na równinach Serengeti, nasz dar postrzegania ma charakter bardzo selektywny.
Niall Ferguson
Youtube

Niall Ferguson

Forum

Artykuł pochodzi z 51/52. numeru FORUM.
Forum

Artykuł pochodzi z 51/52. numeru FORUM.

Czy moglibyśmy zajrzeć do pana portfela?

Reklama

Niall Ferguson: Ależ oczywiście, nie ma sprawy. Proszę się nie krępować, powinno tam być około stu dolarów.

Jak to się dzieje, że ludzie uważają te świstki papieru pokrytego zieloną farbą drukarską za wartościowe?

Owe świstki funkcjonują jako obietnica zapłaty. Cztery tysiące lat temu w starożytnej Babilonii tę funkcję pełniły gliniane tabliczki, dziś posługujemy się banknotami. Ich wartość wynosi tyle, ile inne osoby są nam gotowe za nie dać. Pieniądz to kwestia zaufania – nieważne, czy wykonany jest z gliny, złota, papieru czy ma postać komputera z wyświetlaczem LCD.

Na przestrzeni ostatnich 50 lat siła nabywcza dolara spadła o 86 procent. Jak to możliwe, że tak potężna utrata wartości nie podkopała zaufania do pieniądza papierowego?

To bardzo proste – pieniądz papierowy jest bardzo wygodny. Stanowi łatwy w użyciu środek wymiany i jednostkę przeliczeniową, standardową i powszechnie akceptowaną. W zamian za tę wygodę ludzie godzą się na niewielką inflację. To cena, jaką płacimy za system pieniądza papierowego.

Ów system nie ma długiej tradycji. Do 1971 r. dolar miał pokrycie w złocie. Czy metal szlachetny nie sprawdziłby się lepiej w roli pieniądza?

Włączenie złota do portfela aktywów może stanowić dla niektórych atrakcyjne rozwiązanie, zwłaszcza w obecnych czasach. Ponadto trzeba przyznać, że złoto roztacza wyjątkową aurę. Kiedy byłem ostatnio w Atenach, oglądałem maskę Agamemnona pochodzącą z XVI wieku przed naszą erą. Przez tysiące lat nie straciła ona nic ze swej okazałości. Mimo to wykluczam możliwość, by złoto ponownie przejęło funkcję pieniądza. Byłoby to nad wyraz niepraktyczne. Proszę sobie wyobrazić, że za bilet lotniczy do Bostonu musiałby pan zapłacić złotem. Ile on by kosztował?

Niecałe 400 euro.

Jeśli przyjąć obecne ceny, odpowiadałoby to połowie uncji złota, czyli około 15 gramom. A teraz proszę sobie wyobrazić, że chce pan zapłacić złotem za jabłko.

Przez wiele setek lat, ba, nawet tysiącleci, pieniądz i metale szlachetne były ściśle ze sobą powiązane. Co spowodowało, że ten związek nie przetrwał?

Taki system okazał się wyjątkowo nieelastyczny. Gdyby ilość pieniądza na świecie była uzależniona od wielkości zasobów danego kruszcu, nie można byłoby jej tak po prostu zwiększyć. Z uwagi na ograniczoną podaż złota lub srebra gospodarka nie byłaby w stanie się rozwijać. Oznaczałoby to groźbę deflacji, czyli utrzymującego się spadku cen, który paraliżuje gospodarkę. System waluty złotej był zresztą jedną z przyczyn deflacji w Niemczech na początku lat 30.

Twierdzi pan, że do upadku republiki weimarskiej przyczyniły się przesłanki natury finansowej?

Kariera Adolfa Hitlera ma wiele wspólnego z historią gospodarczą Niemiec. Na początku XX wieku w Niemczech istniał najlepszy system szkolnictwa na świecie. W kraju tym pielęgnowano tradycję demokratyczną, wprowadzono powszechne prawo wyborcze. Za fakt, że mimo tych osiągnięć tak dużą popularność zyskała ideologia faszystowska, w dużym stopniu są odpowiedzialne dwie traumy natury finansowej, które dotknęły Niemcy w krótkich odstępach czasu: hiperinflacja w latach 1922–1923 oraz deflacja za czasów światowego kryzysu gospodarczego trwającego od 1929 roku.

Jaką rolę pieniądz odgrywa w historii?

Na drodze cywilizacyjnego rozwoju ludzkości pieniądz miał zawsze niebagatelne znaczenie. Handel wymienny – towar za towar – nie był wydajny. Jego słabości ujawniły się zwłaszcza w momencie, gdy doszło do podziału pracy. W sytuacji, kiedy jedni pracują na roli, inni parają się rzemiosłem, a jeszcze inni zajmują się handlem, pieniądz znacznie ułatwia robienie interesów. Uważam, że pieniądz to źródło – lub lepiej ujmując akuszer – niemal całego postępu w historii.

To śmiała teza. Co za nią przemawia?

Florencja na przykład swój okres świetności i związanego z nim rozkwitu architektury i sztuki zawdzięcza faktowi, że Medyceusze byli bankierami, którzy zbili fortunę na wymianie pieniędzy. Bez ich wsparcia Botticelli zapewne nigdy nie miałby okazji dać ujścia swojemu talentowi malarskiemu. Jeśli spojrzeć na rewolucję francuską, okaże się, że jedną z jej przyczyn, przynajmniej pośrednio, były tarapaty finansowe, w jakie wpadła monarchia po serii wojen wszczętych przez „Króla Słońce” Ludwika XIV. Za przykład ilustrujący moją tezę może też posłużyć klęska Napoleona pod Waterloo w 1815 roku. Bitwę tę można postrzegać w kategoriach rywalizacji między dwoma systemami finansowymi. Podczas gdy Francuzi finansowali konflikty militarne z łupów wojennych, Anglicy gromadzili kapitał, zaciągając długi na rynku obligacji. Dzięki temu w niedługim czasie udało się im osiągnąć pozycję światowego mocarstwa.

Z pana wywodów wyłania się obraz, jakby historia pieniądza była tożsama z historią finansowania konfliktów zbrojnych.

Potrzeby wojenne faktycznie odgrywały istotną rolę. W tym kontekście można też mówić o początkach zadłużenia państwowego. W XIII wieku Wenecjanie odkryli, że wojny łatwiej jest sfinansować, jeśli pieniądze pożyczy się od obywateli, zamiast nakładać nowe podatki. To tu ma swe korzenie rynek obligacji państwowych. Za każdym wielkim wydarzeniem historycznym kryją się tajemnice finansowe.

Za postęp w historii odpowiadają jednak również inne czynniki, jak na przykład innowacje techniczne. Nie odnosi pan wrażenia, że pieniądz ma dużą siłę destrukcyjną?

Moim zdaniem porządek monetarny można przyrównać do łańcucha górskiego. Wspinaczka nigdy nie odbywa się w linii prostej, na niektórych odcinkach droga prowadzi ostro w dół. W długiej perspektywie kierunek jest jednak jeden – w górę.

Równie dobrze można by jednak bronić tezy, że na historię pieniądza składają się katastrofy, bankructwa państw i dewaluacja.

Przy takim podejściu dostrzega się tylko jeden, kryzysowy aspekt historii. Jest to zrozumiałe o tyle, że krachy giełdowe i dramatyczne zmiany kursów walutowych to wydarzenia bardzo emocjonujące. Stanowią one jednak wyjątki. Sytuacją normalną jest natomiast nudnawa stabilizacja, lata, kiedy nie dzieje się wiele.

Na życiu zwykłych obywateli najsilniej odbijają się katastrofy, których przyczyny niejednokrotnie mają podłoże finansowe. Czy takich kryzysów nie da się uniknąć?

Nie, a wynika to przede wszystkim z samej natury człowieka. Wszyscy snujemy przypuszczenia dotyczące przyszłości, które często okazują się błędne. Nasze mózgi to nie komputery skrojone na miarę XXI wieku. Stworzeni jesteśmy raczej do polowania na dzikie zwierzęta na równinach Serengeti. Nasz dar postrzegania ma charakter bardzo selektywny, nastroje zmieniają się skokowo – w jednej chwili rządzi nami chciwość, za moment kontrolę przejmuje strach.

I z powodu tak irracjonalnych zachowań nie potrafimy dostrzec symptomów kryzysu z odpowiednim wyprzedzeniem?

Tak się dzieje najczęściej. Niestabilność stanowi nieodłączny element systemu finansowego już od czasów starożytnej Mezopotamii, gdzie cenę zboża obliczano na podstawie prognozy przyszłych zbiorów. Jak wiadomo, w przededniu obecnego kryzysu nawet eksperci błędnie oceniali przyszłość gospodarki.

Pod jakim względem obecny kryzys na rynkach finansowych jest podobny do kryzysów w przeszłości?

Klasyczne są jego źródła. Wziął się on bowiem z nadmiaru taniego pieniądza, zbyt łatwej dostępności kredytów. W konsekwencji zrodziła się bańka spekulacyjna, w tym wypadku na amerykańskim rynku nieruchomości, która w pewnym momencie pękła z hukiem.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj