Chiny: dwa plus jeden i nie więcej
Wszyscy na jednego
Polityka jednego dziecka może wydawać się barbarzyńska. Ale coraz więcej Chińczyków uważa ją za słuszną.
Micah Sittig/Flickr CC by SA

Pani Jin Yani z prowincji Hebei na wschodzie Chin zaszła w ciążę. Niestety, w tamtym roku skończyły się limity urodzeń w jej prowincji, więc lekarze, na polecenie urzędników z komitetu kontroli urodzeń, spędzili płód w dziewiątym miesiącu ciąży.

Mieszkająca w sąsiedniej prowincji Wang Ying ubiegała się o stanowisko prokuratora. Szczęśliwie przeszła wszystkie procesy rekrutacji, ale posady nie dostała. Skrupulatni urzędnicy prokuratury ustalili, że urodziła dziecko kilka miesięcy przed ślubem, co jest rażącym naruszeniem przepisów o planowaniu rodziny. Wang wytoczyła państwu proces, ale szanse na wygraną ma raczej niewielkie. Niedoszła prokurator, podobnie jak nieszczęsna pani Jin z Hebei, padła ofiarą restrykcyjnej polityki kontroli urodzeń. W Chinach wprowadzono ją 30 lat temu.

Demografowie nie potrafią oszacować, ilu obywateli liczyłoby Państwo Środka, gdyby nie sięgnięto wtedy po plan ograniczania przyrostu naturalnego. Według niektórych trzy dekady żywiołowej prokreacji to 400 mln kolejnych Chińczyków i dziś w sumie byłoby ich przeszło 1,7 mld. Ale i bez owych 400 mln Chiny są najludniejszym krajem świata, widać to na każdym kroku. Po spacerze ulicą Nankińską w Szanghaju czy deptakiem Wangfujing w Pekinie warszawskie Aleje Jerozolimskie w godzinach szczytu wydają się niemal puste, a bloki, czy raczej mrówkowce, w chińskich metropoliach rzadko mają mniej niż 20 pięter.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną