szukaj
Rok Baracka Obamy
To tylko pierwsza klasa
20 stycznia: dokładnie pierwszy rok prezydentury Obamy, a w stanie Massachusetts, mateczniku Demokratów, partia prezydencka straciła fotel senatora po śmierci Edwarda Kennedy’ego. Kennedy, w dodatku mentor polityczny Obamy, zajmował ten fotel nieprzerwanie przez 47 lat.

Nie tylko chodzi o symbol, bo Obama stracił wygodną przewagę 60 miejsc w Senacie, a przez to zapewne ugrzęźnie jedyne prawdziwe osiągnięcie pierwszego roku: reforma systemu ubezpieczeń zdrowotnych w USA. „To będzie jego Waterloo. To go złamie” – zapowiedział pół roku temu republikański senator Jim DeMint, ujawniając nastroje, które za oceanem mogliśmy przeoczyć: w Ameryce jest też wielu, którzy Obamie źle życzą, a już na pewno źle życzą jego sztandarowej reformie. W Europie, gdzie ubezpieczenia zdrowotne są zagadnieniem oczywistym i niespornym – trudno te nastroje zrozumieć. Ale w Ameryce wielu już poległo na tym polu. Reforma, choć rozwodniona, ciągle ma szanse i jeśli przejdzie, to obejmie dodatkowo 31 mln mieszkańców USA (w tym imigrantów bez obywatelstwa), a odsetek ubezpieczonych wzrośnie do 94 proc., czyli mniej więcej średniej europejskiej. To byłby pomnik Obamy.

Pomnik ten jednak miałby raczej kształt kamiennej płyty, niż bohatera na koniu ze sztandarem w ręku. Bo na pomnik na koniu nadawałoby się zwycięstwo w Afganistanie (nie zanosi się na to), ujęcie ibn Ladena (ciągle nie widać), porozumienie pokojowe na Bliskim Wschodzie (nic go nie zapowiada), ugrzecznienie Iranu czy Korei Północnej (jak widać). Reforma systemu ubezpieczeń zdrowotnych – czy to się w ogóle nadaje na żarliwy manifest?

Sam Obama napisał, że większość głównych reformatorów w historii USA - Frederick Douglas, Abraham Lincoln, Dorothy Day, oczywiście też Martin Luther King działała nie tylko z pobudek religijnych, lecz ustawicznie posługiwała się językiem wiary w najważniejszych problemach kraju. W kampanii prezydenckiej 2008 r. Obama zahipnotyzował miliony i dziś wielu tęskni za energią, jaką wzbudzał, za pasją, którą porywał słuchaczy. Obama kandydat był kaznodzieją wiodącym lud przez pustynię. Ale zbyt wielu ludzi myśli, że rządzenie to kaznodziejskie rozstrzyganie między prawdą a błędem. W istocie, rządzenie to mozolny i niewdzięczny wybór między rozmaitymi sprzecznymi racjami.

Jak zauważa znakomity amerykański pisarz i komentator, David Brooks, Biały Dom dzisiaj pławi się w kulturze uniwersyteckiej debaty, a Obama zachowuje się jak sędzia uważnie prowadzący skomplikowaną rozprawę. Chociaż więc jest pierwszym od 40 lat demokratycznym prezydentem, który zwiększa liczbę żołnierzy w rejonie walk, to nie porywa żołnierzy niczym wódz, lecz analizuje wojnę jak „przymuszony ochotnik”. Jeśli coś wnioskować na podstawie pierwszego roku to tyle, że zanosi się więc raczej na prezydenturę ważną, pożyteczną, przemyślaną, ale zwyczajną. Tyle, że prezydenci też się uczą, a Obama, wyjątkowo zdolny, na pewno będzie lepszym czwartoklasistą niż pierwszoklasistą.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj