Samobójczynie z Czeczenii
Śmierć, siostra moja
Szachida ubrana w chidżab i przepasana ładunkiem wybuchowym wdarła się w rosyjską teraźniejszość gwałtownie. Jej wizerunek, w zależności od tego, kto i dla kogo go tworzy, przypomina albo świętą zdjętą z ikony, albo naćpane zombi. Prawdziwego nikt nie chce kreślić ani też oglądać.
Ingram Vitantonio Cicorella/PantherMedia

Reportaż powstał w 2004 roku.

Nazwano je narzeczonymi Allaha, czarnymi wdowami albo smiertnicami, czyli skazanymi na śmierć. I Kreml, i czeczeńscy radykałowie tracili tytuł do dalszego rozgrywania konfliktu za pomocą karabinów. Od jednych i drugich odwracał się świat i własne społeczeństwa. Spod zużytych masek jęła wyzierać prawda – zajadła, bezsensowna i zapomniana wojna. Możliwość nawiązania dialogu z umiarkowanym skrzydłem separatystów prezydenta Asłana Maschadowa stawała się coraz bardziej realna. I wtedy, 23 października 2002 r., telewizje całego świata pokazały, jak komando kobiet w czarnych muzułmańskich zawojach grozi wysadzeniem się razem z tysiącem zakładników. To była Moskwa – teatr na Dubrowce.

Liderzy wojny zdefiniowali siebie na nowo. Kreml ogłosił się uczestnikiem ogólnoświatowej krucjaty przeciw terroryzmowi spod znaku Al-Kaidy, a radykalni komendanci czeczeńscy – wojownikami dżihadu.

Rajskie bomby

Rijadus-Salihin po arabsku znaczy rajskie namioty. To nazwa oddziału samobójczyń. Jego powstanie ogłosił czeczeński komendant polowy Szamil Basajew w specjalnym oświadczeniu wydanym po ataku na Dubrowce. Grozę budzi w Rosji już sama nazwa – obca, arabska. Ale przede wszystkim to, że Rijadus-Salihin to organizm, który nie ginie wraz z wybuchem kolejnej kobiety, ale może się regenerować, rozrastać, produkować wciąż nowe żywe bomby.

Basajew zapowiedział: „Gdy nasze szachidy przybędą ponownie, ich jedynym celem będzie zadanie wrogowi maksymalnych strat. Zachwycamy się ich męstwem i zdecydowaniem. Oby Allah pozwolił nam równie dostojnie zakończyć swoje życie na Jego szlaku i w imię Jego. Allah Akbar!”.

Oświadczenie podpisał: „Amir batalionu Rijadus-Salihin-Abdullach Szamil Abu-Idrys”. To Szamil Basajew – jego nowe arabskie nazwisko, nowa twarz.

Widok z Łubianki

Na Łubiance, w centrali rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa ruch jak w ulu. Faks, telefon, pukanie do drzwi, popielniczki pełne, krawaty zluzowane, mundurowe kurtki na oparciach krzeseł. Zamiana wojny kolonialnej w międzynarodową operację antyterrorystyczną wpłynęła tu dobrze na morale.

Szef służby informacyjnej FSB pułkownik Siergiej Ignaczenko ma wszystkie sprawy poukładane od A do Z. – Szachidy, które wysadzają się w Rosji, przygotowywane są w międzynarodowych obozach szkoleniowych. Zajmują się tym arabscy specjaliści – najemnicy. W warstwie ideologicznej podstawę stanowi fundamentalistyczny odłam islamu – wahabizm. Takie są efekty przejęcia przez ośrodki ekstremistów z Bliskiego Wschodu kontroli nad uzależnionymi od ich pomocy finansowej czeczeńskimi separatystami i wykorzystania ich jako narzędzia realizacji własnej szeroko zakrojonej strategii terrorystycznej.

To nagranie na Łubiance pokazują chętnie. Mówią: idealny materiał poglądowy o taktyce islamskich fundamentalistów. Ałchan-Jurt, Czeczenia, 7 czerwca 2000 r. Zamach pierwszej smiertnicy na posterunek OMON. Pięciu zabitych i siedemnastu rannych. Pucołowata dziewczyna w chidżabie stoi na tle kabiny wielkiej ciężarówki Kamaz. Mówi prosto w obiektyw: „Siostry, nadszedł czas, kiedy przyjdzie nam sięgnąć po oręż, by bronić swojego domu, swojej ziemi przed tymi, którzy przynieśli tu śmierć. I jeżeli, w imię tego, przyjdzie nam zostać szachidem na szlaku Allaha, nie zatrzymamy się. Allah Akbar”. Potem dziewczyna siada za kierownicą i ciężarówka taranuje wojskowy posterunek. Wybuch, pył, żelastwo i ludzkie mięso.

Imię uwiecznionej na wideo dziewczyny zna dziś każde czeczeńskie dziecko. Chawa Barajewa, pierwsza szachida. Napisano o niej wiersze i pieśni. Wszystkie dalekie od rzeczywistości.

Pierwsza miłość

Chawę wysłał na śmierć brat cioteczny, znany czeczeński komendant polowy Abri Barajew – Tarzan. Walczył nieprzerwanie od 1995 r., brał udział w rajdzie Szamila Basajewa na Budionowsk, sformował i dowodził jedną z najskuteczniejszych czeczeńskich jednostek – Islamskim Pułkiem Specjalnego Przeznaczenia, a podczas drugiej wojny oddziałem dywersyjnym Dżihad-3. Był człowiekiem brutalnym i niezdyscyplinowanym, skłóconym z prezydentem Maschadowem i sporą grupą dowódców polowych; nie słuchał rozkazów, łamał umowy, porywał ludzi.

Chawę, półsierotę, wychowywał ojciec. Człowiek raczej sowiecki, inżynier kombinatu drzewnego. Lubił wypić. Kiedy Chawa skończyła 14 lat, Abri zabrał ją na wychowanie do siebie. W jego domu spędziła ostatnie dwa lata życia.

Okres ten dobrze pamięta jeden z członków oddziału Barajewa. Pokłócił się z nim o pieniądze, Abri wydał na niego wyrok. Człowiek ten od dłuższego czasu przebywa w Polsce. Wspomina Abriego jako bożyszcze kobiet. – Miał w sobie jakiś magnetyzm i umiał stworzyć wokół siebie pociągającą aurę świętości. Abri, samotny wojownik Allaha. Każdy swój krok tłumaczył Allahem. Chawa przyjechała do niego w dżinsach i T-shircie, a po dwóch miesiącach ubierała się już tylko w chidżab i Boga przywoływała co drugie zdanie. W jego rękach była jak wosk. Kochała go ślepą i bezkrytyczną miłością nastolatki.

Ostatni raz widziano Chawę godzinę przed zamachem, kupowała banany na bazarze. Sąsiadom rzuciła na pożegnanie: Wybieram się na gazawat (świętą wojnę). Wkrótce o mnie usłyszycie.

Barajew zginął dokładnie rok później, zastrzelony przez komandosów specnazu w swoim domu rodzinnym w Ałchan-Kale. Do dziś pozostaje tajemnicą, skąd miał dokumenty oficera w służbie rosyjskiego ministerstwa spraw wewnętrznych. Dzięki nim swobodnie poruszał się po całej najeżonej punktami kontrolnymi Czeczenii.

Tajemnica rządowych przepustek Barajewa powróci w listopadzie 2002 r. jako część wielkiej zagadki zamachu w teatrze na Dubrowce, w którym kluczowe role odegrają siostrzeniec Abriego – Mowsar, i wdowa po Abrim, jego czwarta żona Miriam.

Niewygodny portret

Major FSB chce, by go nazywać Jakow. O sobie krótko: piętnaście lat w mundurze, jedenaście w firmie, cztery w Czeczenii. Ta wojna nie ma już jednej prawdy. Nie daje się definiować, katalogować, objaśniać. Tak jak zjawisko smiertnic. Wystarczą dwa przykłady, z którymi Jakow zetknął się w pracy: – Elza i Zareta. Historia Elzy psuje zamówiony na Kremlu, a lansowany na Łubiance portret smiertnicy, bojowniczki Al-Kaidy; prawda o Zarecie podważa mit siostry-mścicielki Szamila Basajewa.

Elzy nie trzeba było ani werbować, ani szkolić, ani też wyposażać. Nie czytała godzinami Koranu, nie modliła się. Nawet głowę rzadko zakrywała. Rozerwała się wiązką ręcznych granatów, dwieście metrów od rodzinnego domu. Miała wtedy 20 lat. Osiem miesięcy po ślubie żołnierze zabrali z domu jej męża, Alichana. Nie był w podziemiu, trzymał się z dala od wojny. Pomyłka, jakich wiele w Czeczenii. Elza koczowała pod komendanturą w Urus-Martan, by choć widzenie wybłagać. Zgodzili się. Tak skatowanego człowieka jeszcze nie widziała. Kiedy osunęła się na kolana, komendant Gajdar Gadżyjew chwycił ją za włosy, bagnetem rozpruł Alichanowi brzuch i wepchnął jej głowę we wnętrzności.

Elza próbowała jeszcze żyć – dopóki żył jej brat. Chłopak wszedł na minę i stracił nogi. Tamtego dnia, kiedy dwie przecznice od domu zobaczyli go pijani żołnierze, dopiero uczył się chodzić o kulach. Żarty sobie zaczęli robić: pokraka, na patykach podskakuje. I zastrzelili. Sześć miesięcy później, 22 listopada 2001 r., pod komendanturą w Urus-Martan Elza rozerwała siebie i Gadżyjewa.

Oficjalny komunikat FSB mówił o zamachu wahabickiej fanatyczki na zasłużonego organizatora pokojowego życia Czeczenii. Generał major Gajdar Gadżyjew pośmiertnie otrzymał tytuł bohatera Rosji.

Bohaterka drugiej historii, Zareta, przeżyła zamach. W 17-kilogramowej bombie, którą wniosła w torbie do budynku milicji w jednej z dzielnic Groznego, wybuchł tylko zapalnik. Jakow nie wie, co dziś dzieje się z Zaretą. – Jedni mówią, że zaszyła się u kuzynki na Syberii, inni, że się stoczyła i jest prostytutką w Dagestanie. Jej sprawę prowadził osobiście pułkownik Sułtan Satujew, dziś wiceminister spraw wewnętrznych Czeczenii, wówczas zastępca naczelnika milicji w Groznym. Uwierzył jej i ją uratował.

Zareta zeznała, że trzy miesiące przed zamachem uprowadził ją Szamil Garibekow, członek zbrojnego podziemia w Groznym. Nic nadzwyczajnego, normalny w Czeczenii sposób zawarcia małżeństwa. Panna po spędzeniu nocy pod dachem mężczyzny jest zhańbiona, więc rodzice przyjmują podarki i wszyscy spotykają się w meczecie. Zareta trafiła do zakonspirowanego mieszkania, gdzie stale mieszkało trzech bojowników, gotowała, prała, sprzątała. Szamil mówił, że tak być musi, bo oni wszyscy są wspólnotą. W końcu w ramach braterstwa podarował ją swojemu dowódcy Asłanowi. Asłan niby nikomu jej nie oddał, ale i tak każdy sobie ją brał, kiedy chciał.

Tamtego dnia obudzili ją o świcie. Zawieźli pod komendę, dali torbę i kazali zanieść do gabinetu naczelnika. Nie mogła nie wejść. Zauważyła, że ją filmowali. Wewnątrz błądziła, pytała o drogę. Kiedy próbowała zostawić torbę w jakimś kącie, eksplodował zapalnik. Uruchomił go zdalnie Szamil z samochodu pod komendą.

Pułkownik Satujew wspomina: – Po tym, jak wydała bandę Szamila, przez pół roku nie mogła wyściubić nosa poza komendę. Dostała pokoik i łóżko polowe. W mieszkaniu Szamila milicja znalazła taśmę z Zaretą. Niezbyt zręcznie zmontowane dwa ujęcia. Pierwsze w domu – Zareta modli się, drugie – Zareta wnosi torbę na milicję.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj