List z Afryki w 1961 r.
List z Afryki przysłany zimą 1961 r.

Kochani!

Piszę na kolanie, chwilę przed opuszczeniem Chartumu. Jutro nocą (to jest 27 stycznia) przekroczę granicę Konga. Od granicy do Stanleyville prowadzi droga przez najgęstsze dżungle Afryki. Owa 900 kilometrów licząca droga prowadzi przez tereny, które zamieszkują plemiona zupełnie pierwotne, rozumiejące tylko tyle, że biały to belgijski kolonista. W Kairze powiedzieli nam ludzie z Konga: Nawet jeśli nie wezmą was za Belgów, to wezmą was za braci Belgów. Licho już wie, co jest lepsze. Polacy spotkani po drodze byli dla mnie bardzo serdeczni i wszystkie nasze placówki pomagały mi, jak mogły.

Ciągle mnie pytają, czy się nie boję, a w Sudanie mam obiecane, że jak wrócę żywy – to na lotnisku powitają mnie nasze dzieciaki w strojach krakowskich. Na razie jakoś się nie boję. Myślę, że strach przyjdzie później. Wiecie, to będzie się jechać jakieś 900 km przez zwartą dżunglę ze świadomością, że w każdej chwili wygarną serię z gęstwiny w ten samochód. Bardzo mnie ta podróż ciekawi.

W Kairze zostawiłem na placówce wykaz dokumentów, pieniędzy i rzeczy na wypadek, gdybym zginął. Przyjaciele w Chartumie zaopatrzyli mnie w żywność, papierosy, bandaże i inne drobiazgi. Najbardziej intrygujące jest to, że jedzie się zupełnie na ślepo. Nic nie wiadomo. Ani jak dojechać, ani gdzie mieszkać, ani czym płacić, ani z kim rozmawiać. NIC. Sytuacja jest taka, że można od razu wpaść w ręce Mobutu, no i wtedy koniec. W Kongu jest za wiele frontów, żeby móc się zorientować. Luźne grupy obu stron poruszają się po całym kraju i tylko od losu szczęścia będzie zależało, pod czyje skrzydła najpierw się dostanę.

Jak już pisałem – niczego nie można się dowiedzieć o Stanleyville. Dlatego nie wiem, jak będzie z łącznością. Poczty nie ma na pewno, więc raczej nie liczcie na prędkie reportaże. Może jest telegraf, wówczas nadsyłałbym depesze dla PAP. Bardzo chciałbym pisać stamtąd, ale nie wiem, jakie są możliwości. Zrobię wszystko co w mojej mocy.

Tu jest bardzo gorąco, a tam będzie jeszcze cieplej. Dosłownie i w przenośni. Ale czuję się dobrze i wierzę w swoje szczęście.

Te 14 dni, jakie dzielą mnie od wyjazdu z Polski, były pełne nerwów, niepokoju i strasznej szarpaniny. Nigdy czegoś podobnego nie przeżyłem. Świat jest jednak twardy. Ale będzie co potem pisać. Notes mi już spęczniał.

Po Kongu jechałbym do Nigerii, Ghany, Gwinei i Maroka, no i wreszcie do Polski. Boże, jak stąd jest do tej Polski daleko. (...) Mnóstwo pozdrowień. Wasz Rysiek

Chartum, 26 stycznia 1961 r.

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj