Nowy układ o broni jądrowej
Świat bez broni jądrowej – szansa czy mrzonka?
Rok temu Obama przedstawił swą wizję świata, wolnego od broni jądrowej i opowiedział się za prawem ludzi na całym świecie do życia bez lęku przed nuklearną zagładą. Podpisanie nowego układu START – to pierwszy krok na drodze do tej wizji. Ale czy nowy układ, podpisany przez prezydentów Obamę i Miediediewa, to istotnie kamień milowy na drodze do świata bez broni jądrowej? Czy też – jak uważają sceptycy – gest bez znaczenia, bo głowic pozostałych po redukcji starczy aż nadto do zniszczenia życia na Ziemi?
x-ray delta one/Flickr CC by SA

Nowy traktat zastępuje poprzedni, z 1991 roku, który wygasł już w grudniu ub.r. Rokowania w tej sprawie trwały od wielu miesięcy; przeszkodą z punktu widzenia Moskwy były amerykańskie plany systemu antyrakietowego (tzw. „tarczy”) w pobliżu rosyjskich granic.

Innym ważnym krokiem nowej administracji USA będzie radykalna zmiana strategii w kwestii stosowania broni jądrowej. Obama zapowiedział, że USA nigdy – nawet w przypadku ataku  - nie zastosują tej broni wobec państwa, które samo nie posiada broni jądrowej i przystąpiło do układu o jej nierozprzestrzenianiu. Jest to zarazem wyraźne ostrzeżenie pod adresem Iranu i Korei Płn., których to ograniczenie nie obejmuje.

Ludzkość stoi dziś przed podwójnym wyzwaniem: jeśli chcemy świata bez broni atomowej, najpierw musimy ocalić istniejący ład nuklearny. I odwrotnie: perspektywa świata bez atomu jest warunkiem koniecznym dla utrzymania obecnego porządku.

Ład nuklearny, który stanowi centralny element systemu bezpieczeństwa międzynarodowego, stoi dziś na krawędzi rozpadu. Jak dotychczas udało się ograniczyć liczbę członków światowego klubu atomowego. W myśl zapisów Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) do posiadania arsenałów atomowych uprawnione są USA, Rosja, Francja, Wielka Brytania i Chiny. Pozostałe kraje – za wyjątkiem trzech (Indii, Pakistanu i Izraela) – zobowiązały się do wyrzeczenia się planów budowy bomby atomowej, aby zapobiec regionalnym wyścigom zbrojeń jądrowych.

Państwa nienuklearne wymogły na potęgach atomowych dwa istotne ustępstwa: obietnicę rozbrojenia jądrowego oraz zapewnienie wolnego dostępu do korzystania z energii atomowej w celach pokojowych. Obecnie jednak fundamentom ładu nuklearnego grozi erozja. Wskazać by tu można wiele powodów, m.in. programy atomowe Korei Północnej i Iranu, jak i różnice zdań wśród państw-sygnatariuszy NPT w kwestiach rozbrojenia atomowego. Z tego względu – aby zapobiec narastającemu zagrożeniu wojną atomową – należy najpierw dopilnować, by państwa przestrzegały postanowień NPT. W perspektywie długoterminowej celem powinno być natomiast przełamanie ładu nuklearnego poprzez całkowitą likwidację broni jądrowej.

Podpisania i ratyfikacji NPT konsekwentnie odmawiają Indie i Pakistan. W 1998 r. przeprowadziły one serię pokazowych prób jądrowych, demonstrując tym samym, że są w stanie wytworzyć broń atomową. Mimo sankcji nałożonych przez Radę Bezpieczeństwa ONZ państwom tym udało się wejść do klubu atomowego tylnymi drzwiami. W wyniku starań USA Indiom przyznano nawet status specjalny – mogą one otrzymywać wsparcie z zagranicy w pracach nad pokojowym wykorzystaniem energii atomowej. Ten przywilej przysługuje zwykle jedynie państwom nienuklearnym, które poddały się pełnej kontroli Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA).

Przypadkiem szczególnym jest także Izrael, który jak dotąd nie podpisał NPT. Od końca lat 60. znajduje się on w posiadaniu broni jądrowej, choć jak dotąd faktu tego oficjalnie nie potwierdzono. Z uwagi na restrykcyjną politykę informacyjną w sprawach nuklearnych nie istnieją żadne sprawdzone informacje na temat rodzaju broni i rozmiarów izraelskiego arsenału atomowego.

Wreszcie Korea Północna. Mimo ratyfikacji NPT przywódcy tamtejszej dyktatury klanowej kontynuowali prace nad wojskowym programem atomowym, a ponadto dwukrotnie przeprowadzili próby z bronią jądrową (ostatnio w maju 2009 r.). Phenian został złapany na gorącym uczynku przez inspektorów MAEA już na początku lat 90. Mimo wysiłków podejmowanych wielokrotnie przez wspólnotę międzynarodową pod przywództwem kolejnych rządów amerykańskich jak dotąd nie udało się odwieść Korei od budowy bomby atomowej. W 2003 r. kraj ten, niemal całkowicie odizolowany od reszty świata, wystąpił z NPT. Dziś wydaje się nad wyraz wątpliwe, by miał on kiedykolwiek wstąpić na ścieżkę rozbrojenia.

Iran – kropla, która przepełni czarę?

Wyjąwszy tych kilku dezerterów, jak dotąd udawało się z grubsza utrzymać ład nuklearny na świecie. Kroplą, która może wkrótce przepełnić czarę, jest irański program zbrojeń nuklearnych. Według wszelkiego prawdopodobieństwa cywilny program atomowy posłużył Teheranowi jako przykrywka dla prac zmierzających do budowy bomby atomowej. Wbrew sankcjom i rezolucjom Rady Bezpieczeństwa ONZ Iran kontynuował proces wzbogacania uranu, a także w dalszym ciągu prowadził intensywne prace konstrukcyjne nad bojowymi głowicami nuklearnymi i odpowiednimi mechanizmami zapłonowymi.

Zapytać należałoby oczywiście, dlaczego to właśnie Iran stanowi tak poważne zagrożenie dla ładu nuklearnego. Otóż kraj ten byłby drugim po Korei Północnej państwem-sygnatariuszem NPT, które utorowało sobie drogę do produkcji bomby atomowej. I tu rodzi się pytanie: czy układ, którego nadrzędnym celem jest zapobieżenie rozprzestrzenianiu broni jądrowej, ma jeszcze rację bytu w sytuacji, kiedy jego strony działają wbrew przyjętym zobowiązaniom i budują bombę? Tę zasadniczą kwestię poruszył między innymi prezydent USA Barack Obama w Pradze w kwietniu 2009 r. W przemówieniu dotyczącym całkowitego wyrzeczenia się broni atomowej podkreślił on z całą mocą, że przepisy są po to, aby ich przestrzegać, wszelkie uchybienia należy karać, zaś zobowiązania słowne muszą mieć moc wiążącą.

W takich warunkach nietrudno wyobrazić sobie najczarniejszy scenariusz wydarzeń. Wieść o bombie atomowej w posiadaniu Iranu mogłaby wywołać niebezpieczny wyścig zbrojeń nuklearnych w regionie Bliskiego i Środkowego Wschodu. Wśród kandydatów potencjalnie zainteresowanych stworzeniem własnego arsenału jądrowego wymienia się Arabię Saudyjską, Egipt i Turcję. Nie należy tu zakładać automatyzmu. Żadnemu z wymienionych krajów nie przyszłoby łatwo własnymi siłami skonstruować bombę lub wejść w jej posiadanie inną drogą. Takiego ryzyka nie można jednak wykluczyć – zwłaszcza gdyby w obliczu zagrożenia nuklearnego ze strony Iranu Izrael zdecydowałby się zmienić swą dotychczasową politykę i oficjalnie przystąpił do rozbudowy arsenału celem odstraszenia wrogów.

Pojawienie się nowych mocarstw atomowych na Bliskim Wschodzie mogłoby się z kolei odbić na rozkładzie sił w Azji Wschodniej. Japonia, Korea Południowa i inne państwa sprzymierzone z USA objęte są gwarancjami bezpieczeństwa Waszyngtonu. Gdyby jednak okazało się, że zapisy NPT zostały naruszone, należy liczyć się z tym, że kraje te – w obliczu potęgi atomowej Chin oraz pęczniejących magazynów broni nuklearnej w Korei Północnej – mogłyby podjąć decyzję o zafundowaniu sobie własnych środków odstraszających. Krótko mówiąc, dążenie do utrzymania ładu nuklearnego na świecie w sytuacji, gdy Iran łamie postanowienia NPT i jednoznacznie obiera kurs na budowę bomby atomowej, może wkrótce okazać się iluzją.

Świadomość niebezpieczeństw, rysujących się na horyzoncie, wciąż jeszcze jest stosunkowo niewielka. Owszem, z ust polityków często padają ostre słowa. W białej księdze polityki obronnej przyjętej przez rząd niemiecki w 2006 r. o rozprzestrzenianiu broni masowego rażenia i jej nośników mówi się jako o potencjalnie najpoważniejszym zagrożeniu dla bezpieczeństwa na świecie, a tym samym największym wyzwaniu politycznym stojącym przed wspólnotą międzynarodową. Jednak dyskusja o tym, jak stawić czoło temu zagrożeniu, toczy się niemrawo. Na pierwszy plan wysuwają się raczej kwestie takie jak zmiany klimatyczne, kryzys gospodarczy czy wojna w Afganistanie. Owszem, sprawy te są niezwykle istotne, jednak – paradoksalnie – prawie zawsze pomija się fakt, że są one ściśle powiązane z problemami nuklearnymi.

Spójrzmy chociażby na zmiany klimatyczne. Przemysł jądrowy coraz częściej powołuje się na konieczność ochrony środowiska naturalnego jako argument przemawiający za „renesansem energii jądrowej”. W ten sposób niczym na srebrnej tacy podsuwa on państwom wygodne uzasadnienie do budowy elektrowni atomowych. Zastanówmy się jednak, co by się stało, gdyby nagle przestały obowiązywać zasady obecnego ładu nuklearnego na świecie. W pierwszej kolejności znikłyby wszelkie środki nadzorcze będące w gestii MAEA, mające zapobiegać sytuacji, kiedy obiekty atomowe o przeznaczeniu pokojowym zostałyby wykorzystane do celów bojowych. W tego typu spekulacjach można posunąć się zresztą znacznie dalej. Dyskusja nad problemem ocieplenia globalnego z pewnością nabrałaby zupełnie nowych wymiarów po wojnie atomowej. Z kolei eskalacja konfliktu wokół irańskiego programu atomowego mogłaby doprowadzić do dramatycznego zaostrzenia kryzysu gospodarczego na świecie. Gdyby Afganistan na powrót wpadł w ręce talibów, w zagroziłoby to stabilności Pakistanu. Biorąc pod uwagę tamtejszy arsenał jądrowy, nam wszystkim nie na rękę byłyby rządy ekstremistów w tym kraju.

To nie przypadek, że tego typu zależności często pomija się milczeniem. W trakcie zimnej wojny żadne z państw nie zdecydowało się użyć broni jądrowej – działała bowiem strategia odstraszania. Po upadku muru berlińskiego uznano natomiast, że atomowy miecz Damoklesa można umieścić w archiwach. Już za czasów konfrontacji między blokiem wschodnim i zachodnim przyzwyczailiśmy się traktować groźbę ataku atomowego jako coś nieprawdopodobnego. Takie podejście do sprawy jest jednak nie tylko naiwne, ale i nierozważne. Jeśli założyć, że użycie broni atomowej znajduje się poza wszelkim prawdopodobieństwem, wtedy faktycznie nie musimy obawiać się konfliktu nuklearnego. Skąd jednak gwarancja, że tak jest rzeczywiście?

Uznanie ataku nuklearnego za niemożliwy niesie pewne ryzyko – uruchamia ono bowiem groźną logikę. Jej punktem wyjścia jest przekonanie, że procesu rozprzestrzeniania broni atomowej nie da się powstrzymać. Nie należy się tym jednak zbytnio martwić, ponieważ z tej broni i tak nikt nigdy nie skorzysta. Przed tego typu fatalistycznym tokiem rozumowania Obama przestrzegał w Pradze. Jeśli pogodzimy się z faktem, że na świecie jest coraz więcej państw dysponujących bronią jądrową - nawoływał Obama - będzie się to równało z przyznaniem, że jej użycie jest w gruncie rzeczy nieuniknione. Prezydent USA najwyraźniej nie jest do końca przekonany co do niemożliwości konfliktu atomowego – i niewykluczone, że ma ku temu dobre powody.

Strategia odstraszania

Strategia wzajemnego odstraszania często bywa traktowana niczym lek na całe zło. Takie podejście jest jednak krótkowzroczne. O wiele bardziej przydatna byłaby natomiast trzeźwa ocena jej prawdziwej przydatności. Dopiero kiedy zrozumiemy, po jak cienkim lodzie stąpaliśmy dotychczas w sprawach atomowych, będziemy w stanie zdobyć się na opór wobec grożącego nam załamania ładu nuklearnego.

Po pierwsze, tak naprawdę nie wiemy, czy mechanizm odstraszania atomowego działa w praktyce. Posługując się zasadami logiki, nie da się bowiem dowieść, dlaczego nie doszło do jakiegoś zdarzenia – w tym wypadku do wojny między blokiem wschodnim i zachodnim. Założenie, że groźba eskalacji konfliktu wymusiła na obydwu stronach daleko posuniętą ostrożność, jest oczywiście bardzo prawdopodobne. Na tej podstawie nie można jednak wnioskować, czy i w jakim stopniu strategia odstraszania sprawdziłaby się w innych warunkach, ani jak zadziała w przyszłości. Ponadto nie jest tajemnicą, że w konfrontacji między Wschodem i Zachodem do katastrofy nuklearnej nie doszło tylko dzięki kilku szczęśliwym zbiegom okoliczności. Sprawa stała na ostrzu noża zwłaszcza w trakcie kryzysu kubańskiego.

Kryzys ten, jak podkreślają historycy, dał początek bardzo ciekawemu procesowi zbliżenia między mocarstwami atomowymi, określanego jako „wzajemne uczenie się nuklearne”. Obydwie strony zrozumiały, że mimo rywalizacji muszą również w pewnym stopniu się komunikować i współpracować – w przeciwnym wypadku grozi im obopólna zagłada. W tej atmosferze narodziła się idea dialogu rozbrojeniowego, który prowadzony był w latach 70. i 80. Do znacznego zmniejszenia arsenałów nuklearnych doszło co prawda dopiero w momencie, kiedy powolnemu rozkładowi ulegał polityczny trzon konfliktu. Wcześniejsze rozmowy i konsultacje przyczyniły się jednak do lepszego zrozumienia strategii i doktryn stosowanych przez przeciwnika. Obydwa bloki przywiązywały również dużą wagę do stworzenia jasnych struktur decyzyjnych i kontrolnych, aby nie dopuścić do użycia broni jądrowej, które byłoby niezamierzone lub oparte na błędnych informacjach. Po aferze Watergate w USA przedsięwzięto nawet ponoć kroki, uniemożliwiające wciśnięcie słynnego guzika przez prezydenta, który stracił poczytalność. Obecnie jednak jest nad wyraz wątpliwe, by mocarstwa atomowe na Bliskim i Środkowym Wschodzie były gotowe pójść drogą „wzajemnego uczenia się nuklearnego”.

Niektórzy eksperci oceniają, że Indie i Pakistan znalazły się już na ścieżce porozumienia. Od czasu prób z bronią nuklearną sytuacja w Azji Południowej uległa chwilowej stabilizacji. W 1999 r. między krajami rozgorzał jednak nowy konflikt – wojna o Kargil. Islamabad uznał wówczas najwyraźniej, że może pozwolić sobie na agresję drogą konwencjonalną, gdyż Indie nie wezmą na siebie ryzyka, by odpowiedzieć atakiem nuklearnym.

Od tamtego czasu obydwa państwa wdały się w atomowy wyścig zbrojeń. Co więcej, Indie ogłosiły, że w razie kolejnych sąsiedzkich prowokacji przygranicznych ich wojska wkroczą na teren Pakistanu, aby dać wreszcie nauczkę nielubianemu sąsiadowi. Czy tak wyglądają stabilne stosunki między mocarstwami atomowymi? W świecie, gdzie coraz więcej państw dysponuje bronią jądrową, na większą stabilność nie ma jednak co liczyć. Wręcz przeciwnie, jeśli do rosnącej ilości aktorów na światowej scenie nuklearnej, poróżnionych w wielu kwestiach, dodamy niestabilną sytuację polityczną i brak umiejętności współpracy, otrzymamy receptę na mieszankę wybuchową.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj