Polska–Rosja. Przełom?
Solidarność bez pojednania
Czy w stosunkach między Polakami a Rosjanami nastąpi reset?
Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, dar Związku Radzieckiego dla Polski z 1955 r.
soylentgreen23/Flickr CC by SA

Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, dar Związku Radzieckiego dla Polski z 1955 r.

To, czego nie powiedział w Katyniu Donald Tusk (który przybył tu z misją edukacyjną i pojednawczą), miał dopowiedzieć Lech Kaczyński. W jego przemówieniu znalazły się wiele mówiące słowa o kłamstwie katyńskim, który stanowił fundament PRL. Teraz o Katyniu dowiedzieli się i Rosjanie. Między innymi dzięki pokazowi filmu Wajdy – i to nie tylko wstydliwej emisji na kanale „Kultura”, ale także w drugim programie ogólnokrajowej telewizji. Bardzo wielu Rosjan – według sondażu Centrum Lewady aż 47 procent – wcześniej nic nie słyszało o zbrodni katyńskiej, a 28 procent było przekonanych, że egzekucji dokonali hitlerowcy. Były jeszcze wypowiedziane słowa, że w sprawie katyńskiej kropka nie została jeszcze postawiona – dopóki ofiary nie zostaną uznane za ofiary represji politycznych, a tomy zamkniętego przez Naczelną Prokuraturę Wojskową śledztwa nie zostaną odtajnione.

Donald Tusk też ezopowym językiem próbował doprowadzić do świadomości Władimirowi Putinowi, jakie Polacy mają jeszcze wątpliwości, pytania i prośby. Wyjaśniał, że każde nazwisko, każda ludzka historia jest ważna. Jak powiedział Tusk, cała Polska to jedna rodzina katyńska, dlatego Polacy tak mocno domagają się ujawnienia wszystkich dokumentów.

W prezydenckim samolocie lecieli ludzie, którzy nader dokładnie i jasno potrafili sformułować wszystkie pretensje strony polskiej, dlatego że swoje życie poświęcili sprawie Katynia. Ale oni zginęli w katastrofie. To m.in. Andrzej Przewoźnik, wieloletni szef Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, instytucji, którą można nazwać „ministerstwem pamięci” (byłoby świetnie, gdyby w Rosji istniało takie „ministerstwo antystalinizmu”) czy Stanisław Mikke, autor przenikliwej książki „Śpij, mężny” o śledztwie w sprawie ekshumacji ciał w latach 90. Z tej książki można dowiedzieć się masy drobnych, acz ważnych rzeczy, np. tego, że w latach 70. podjęto próbę przyspieszenia rozkładu ciał rozstrzelanych Polaków, które nie uległy rozkładowi, poprzez zastosowanie środków chemicznych.

Jednym słowem – jest jeszcze o czym rozmawiać.

Tragedia 10/4 (10 kwietnia 2010) w jakimś stopniu przypomina dramat 11/9 – obie były wstrząsem dla całego świata. Zrozumiała jest ludzka reakcja, która pozwoliła, w tym również wielu polskim komentatorom, wyciągnąć wniosek, że „spór Słowian” na tym się zakończy. Ale właśnie co do tego mam poważne wątpliwości: teraz mamy do czynienia ze zwykłą ludzką solidarnością, ale nie zawsze po okresie żałoby następuje pojednanie.

Po 11 września też wydawało się, że Rosjanie zbratali się na wiek wieków z Amerykanami, a potem bywało różnie. Stosunek rosyjskich władz do władz polskich trochę przypominał podejście Moskwy do władz Ukrainy. Władimir Putin po linii rządowej dogadywał się z Julią Tymoszenko, a z Wiktorem Juszczenką nikt nie rozmawiał. W pewnym sensie ten model znalazł odbicie w polskim wariancie: z Kaczyńskim kontaktów niemal nie było, a „reset” rozpoczął się po linii premierów. Chociaż i wtedy, kiedy „reset” się rozpoczął, Władimir Putin twardo obstawał, że ocena paktu Ribbentrop-Mołotow już została sformułowana. Podobnie rzecz się ma z Katyniem.

Przypływ sympatii między naszymi narodami po tragedii w Smoleńsku może nie trwać długo, a jego miejsce może zająć odpływ: na dnie pozostaną stare krzywdy, niechęć i rozdrażnienie. Przecież „żądania” Polski w sprawie katyńskiej nie zostały spełnione.

I żaden polski polityk – choćby był nie wiem jak pragmatyczny i doskonale nastawiony do Rosji – nie zrezygnuje z tych „żądań”. Dlatego że to oznaczałoby rezygnację z polskiej tożsamości i sprawiedliwości historycznej. A reakcja strony rosyjskiej też jest łatwa do przewidzenia: „Czego ci Polacy jeszcze chcą?”.

Chociaż dzięki katyńskiej tragedii Rosjanie czegoś jednak dowiedzieli się o swojej własnej niezafałszowanej historii. A może – uwierzywszy swemu ukochanemu Putinowi, który osobiście opowiedział o jednej z najstraszniejszych tragedii reżimu, dopuszczą do świadomości to, że Stalin był patologicznym łotrem.

Historia w Katyniu powtórzyła się. Ale nie jako farsa, a znów jako dramat. Zapewne po to, by udzielić nam lekcji. Będzie żal, jeżeli znów tej lekcji nie przyswoimy.

© Gazieta.ru, 13.04.2010

***

Katyń jako punkt zwrotny

Katyń to nie tylko miejsce katastrofy. To punkt zwrotny. Coś się w nas zmieniło
.

Znamy już główną wersję tragedii pod Smoleńskiem – pilot lądował mimo mgły najprawdopodobniej na polecenie prezydenta Kaczyńskiego, który bał się spóźnić na uroczystości katyńskie. Kaczyński tak spieszył się do Katynia, bo to było dla niego szczególnie ważne. Katyń to punkt zwrotny, to linia oddzielająca współczesną europejską Polskę od sowieckiej przeszłości. Linia, która oddzielała ją i od Rosji. Tej linii podziału dziś by nie było, gdyby Rosja, spadkobierczyni ZSRR, przeprosiła za Katyń.

Przecież ani Kaczyński, ani jego naród nie usłyszeli tych przeprosin. Owszem, nasz parlament kiedyś potępił masową zbrodnię – ale skruchy nikt z tego powodu nie wyrażał. A oni w Polsce przez długie lata czekali na nasze przeprosiny. Tak samo jak czekają na te słowa rosyjscy obywatele, których krewni zmarli w łagrach lub zostali rozstrzelani przez NKWD. Jak czekała na nie moja babcia, Łotyszka, która większą część życia nosiła zmienione nazwisko – jej ojciec został rozstrzelany w 1937 roku i nikt do tej pory nie wie, gdzie i w jakim „Katyniu” został pogrzebany.

Tak długo jak nasze władze nie przeproszą, my, Rosjanie, pozostaniemy po tej stronie linii – granicy dzielącej nas od Europy, od europejskich wartości. Po tej stronie, po której życie ludzkie nic nie jest warte, podobnie jak nie było warte i wtedy – w 1940. Gdzie hymnem państwowym pozostaje hymn totalitarnego imperium. Gdzie 9 Maja „wódz narodów” ma dumnie spoglądać z plakatów rozstawionych w sercu Moskwy.

Ugrzęźliśmy tu, po tej stronie.

Po katastrofie pod Smoleńskiem o Katyniu dowiedziała się cała Rosja. Wydaje mi się, że coś do nas wreszcie dotarło. Nie bez kozery tak wielu Rosjan przyszło w tych dniach pod polską ambasadę z kwiatami. A jeśli udało nam się coś zrozumieć, to znaczy, że mamy szansę, aby pokonać tę granicę. To znaczy, że jest szansa, że otworzymy tajne archiwa. I może w końcu i ja dowiem się, gdzie jest pochowany mój pradziadek i będą mogła położyć tam kwiaty. Może teraz w centrum Moskwy nie zawieszą podobizny Stalina, może pojawi się muzeum okupacji sowieckiej. Dlatego że to była okupacja. Okupacja naszej świadomości, z której nie potrafimy wyzwolić się do dziś. I będziemy mogli stanąć pod pomnikiem Wielkiego Głodu – takim samym jak na Ukrainie – tyle że u nas.

Być może te marzenia się nie spełnią. Ale obudziła się we mnie nadzieja. I dlatego uważam, że tragedia pod Smoleńskiem nie wydarzyła się na próżno.

Olga Allenowa (blog) © Kommiersant, 14.04.2010

***

Teksty pochodzą z 16. numeru Tygodnika "Forum", dostępnego w kioskach od poniedziałku 19 kwietnia 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj