W Tajlandii wrze
Bunt Czerwonych Koszul
Problemem w Bangkoku są dziś zarówno „Czerwone Koszule” jak i oficerowie Tajskiej Armii Królewskiej. To oni obalili w roku 2006 ówczesnego premiera Thaksina Shinawatrę, którego „Koszule” chcą przywrócić.

Ich czerwień nie ma nic wspólnego z komunizmem, choć są biedakami. Ale średni biedak w Bangkoku to na azjatyckie stosunki człowiek dość zamożny. Thaksin, choć miliarder, okazywał im sympatię podsypywaną groszem z kiesy własnej lub państwowej, co w świecie korupcji oznacza jedno – populizm zinstytucjonalizowany. Oficerowie – ma się rozumieć czyści jak łza – musieli położyć temu kres, spodziewając się, że Król przymknie na zamach niedowidzące oko. Musieli też liczyć na inne półprzymknięte oko – połączonych sztabów sił zbrojnych USA, ponieważ Tajlandia, mocarstwo regionalne, odgrywa ważną rolę jako najważniejszy w Azji Południowej sojusznik militarny Stanów Zjednoczonych.

Demokracja amerykańska nie akceptuje rządów wojskowych, a te po zamachu trwały przez rok, do wyborów 2007. Zwyciężyła partia Thaksina, ale Sąd Najwyższy odsunął od władzy dwu kolejnych jej premierów, ogłaszając werdykt, który w Kongresie USA uznano za kontrowersyjny. Na ulice wyszli demonstranci protestując przeciwko wykorzystywaniu Sądu przez opozycyjną wobec Thaksina Partię Demokratyczną, zainstalowanego na urzędzie premiera Abhisita Vejjajivy. Zablokowano wtedy międzynarodowe lotnisko w Bangkoku. Przerwano spotkanie na szczycie szefów państw Azji Południowo-Wschodniej w tajskim kurorcie Pattaya, a jego uczestników trzeba było ze wstydem ewakuować helikopterami. Przeciwko Thaksinowi demonstrowały „Żółte Koszule” magnata medialnego Sondhiego Limthongkul, głosząc hasła walki z korupcją. Reprezentują one średnie i wyższe warstwy Bangkoku, sympatyzujące z rojalistami i armią. „Czerwone Koszule” z kolei to lojalne wobec Thaksina warstwy uboższe, które domagają się obalenia nielegalnego ich zdaniem rządu.

 Od roku 1932, kiedy ustanowiono w Tajlandii monarchię, doszło w tym kraju do 18 wojskowych zamachów stanu, przy czym ostatni był pierwszym takim wydarzeniem od 15 lat. Tajscy wojskowi nie lubią policji. Thaksin jest jej byłym funkcjonariuszem. Nie wiadomo kto odpowiada za straty w ludziach (3400 zabitych) w separatystycznym powstaniu muzułmanów na południu kraju, które trwa od 2004 r. Armia nie chce zrezygnować z kurateli nad regionem, ale za starcia obwinia policję, która nie potrafi im zapobiec.

 Thaksin, który m.in. sprzedał bez podatku swoją wielką firmę telekomunikacyjną nabywcy z Singapuru, przebywa na wygnaniu od 2008 r. Król w sprawach obecnego konfliktu zachowuje głębokie milczenie. Jest to związane z jego wiekiem (83 lata), słabym zdrowiem i niezdecydowaniem w kwestii sukcesji, której problemem jest nadmiar córek, będących zresztą marszałkami lotnictwa. Król cieszy się niebywałą popularnością, lecz politykiem jest bezradnym.

 Z powodu zamieszek trwających w bieżącej odsłonie od marca br. Tajlandia staje się państwem dużo mniej stabilnym, niż była i słabnie jako nieformalny lider ASEANU. Wziąwszy pod uwagę osobiste powiązania Baracka Obamy z Indonezją i jego nacisk na współpracę dwustronną, Tajlandii rośnie groźny konkurent. Ma ona za to świetne stosunki z Chinami. Ale Chinom, podobnie jak USA potrzebny jest partner stabilny. Turystyka to 6 proc. gospodarki tego kraju. Luksusowe hotele w Bangkoku świecą pustkami, centrum handlowe i bankowe stolicy działa na pół gwizdka, mieszkańcy Bangkoku, ci bogatsi, zmęczeni są już ”Czerwonymi Koszulami”, a armia musi coś zrobić, ale jeszcze nie wie, co, a król jej nie powie.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj