NATO w Kabulu o Afganistanie
Jak ratować twarz?
Konferencja wpływowych polityków NATO i świata oraz władz afgańskich trwająca w Kabulu, świadczy o odwadze uczestników, bo lipiec to czas najcięższych walk.

Ich wrażenia i doznania, jeśli tylko wyszli poza bazę Bagram i hotel Intercontinental, mogą wpłynąć radykalnie na decyzję o terminie zakończenia tej smutnej misji. Wojska sojusznicze weszły tam, żeby schwytać ibn Ladina i zlikwidować matecznik światowego terroryzmu. Ich pobyt trwa tam samo długo, jak pobyt „ograniczonego” kontyngentu Breżniewa w latach 1979-1988. Oby zakończył się lepiej.

Jedyny dowódca, który wiedział, jak radzić sobie z talibami, to zdymisjonowany właśnie generał Stanley McChrystal. Przestudiował on metody i techniki walk miedzy plemionami pusztuńskimi i zaczął je stosować w walkach swoich komandosów z partyzantami. Przestrzega się w tych technikach pewnych zasad: wolno walczyć tylko w czasie wolnym od prac rolniczych, walczy się na niezamieszkanym terenie, nie atakuje się wiosek, nie ściąga się zagrożenia dla kobiet, dzieci i zwierząt. I cały czas, w oparciu o doniesienia z pola walki, starszyzny obu stron negocjują warunki przerwania działań. Jeśli komandosi McChrystala dawali się talibom mocno we znaki, a ich mocodawcy otrzymywali od Amerykanów informację o kwocie w dolarach, która wchodzi w grę za zaprzestanie walk, wtedy talibowie dostawali dyspozycję, żeby przerwać walkę i nigdy już określonych terenów nie atakować. Ale dowódcę NATO zgubiła arogancja. Wypowiedział się kilka razy o swoich cywilnych zwierzchnikach, którzy w dalekim Waszyngtonie wiedzą lepiej, co w Afganistanie robić należy. Następca, gen. Petraeus, choć to generał najwyższej klasy i najświetniejszego umysłu, komandosem nie był. Taktykę wziętą od Pusztunów zastąpi się teraz zmasowanymi atakami, to znaczy mnożeniem talibów. A przecież celem misji było unowocześnienie Afganistanu a nie wzniecanie powstania na terenach pustynnych u stóp Hindukuszu, gdzie regularna armia jest bezsilna.

Hamid Karzaj mówi o wycofaniu wojsk NATO do roku 2014, choć to nie on będzie podejmował decyzje. Bez wojsk NATO nie utrzyma się u władzy. Na konferencji słychać święte słowa sekretarza generalnego NATO, Rasmunssena, że zachód nie wiedział, czym jest Afganistan i jakie trzeba będzie ponieść straty. A Hillary Clinton krytykuje Karzaja za korupcję i nepotyzm, co potwierdza tezę Duńczyka. Żeby można było wycofać się z Afganistanu z twarzą, trzeba taktyką McChrystala przejąć kontrolę nad częścią dowódców talibskich. Trzeba też ogromnej pomocy gospodarczej w postaci inwestycji, a więc trzeba obecności wojsk, aby chroniły powstawanie zrębów gospodarki i cywilizacji, takich jak na przykład gazociąg z Turkmenistanu do Karaczi pod ochroną plemion pusztuńskich. O ile Afgańczycy tego sobie życzą. Jeśli przekonają się, ze to dobry interes, wtedy uciszą mułłów i schowają broń, choć Afgańczyk bez kałasznikowa czuje się, jak mężczyzna bez spodni. Trzeba więc czasu, wojsk i pieniędzy. Alternatywa to wyjście pod pozorem, że armia afgańska jest już silna. Nie będzie silna, zostanie rozbita lub przejdzie na drugą stronę, a Afganistanem, fundamentalistycznym państwem terroru i terroryzmu religijnego będą znowu rządzić ludzie pokroju mułły Omara, tego, który sobie w bitwie z Sowietami pod Kandaharem podobno nożem wydłubał resztkę zranionego przez pocisk oka.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj