szukaj
Wojska USA w Iraku
Amerykanie odchodzą, ale pozostają
Przed końcem sierpnia opuści Irak resztka przeznaczonych do tej operacji wojsk USA, ale wycofane zagranicę zatrzymają się w pobliżu – w Kuwejcie.

W samym Iraku pozostaje do końca 2011 r. 50 tysięcy żołnierzy, to znaczy jedna trzecia całego kontyngentu. Amerykanie stracili w tej siedmioletniej wojnie 4400 osób z personelu militarnego, przy czym statystyka jest niepełna, bo nie obejmuje pracowników firm ochroniarskich, tj. najemników – byłych komandosów i zabijaków, skuteczniejszych i okrutniejszych od regularnych oddziałów. Firmy ochroniarskie pozostawią w Iraku 7000 osób ze swego personelu, które przejmą od wycofującej się armii najtrudniejsze zadania frontowe.

Amerykanie zlikwidowali ponad 400 baz w Iraku. Armia iracka ich nie przejęła, zresztą wymaga ciągłego szkolenia. Jest to proces wykonalny, jednak na poprawę morale armii nikt nie zna sposobu. Jego niski poziom wynika stąd, że armia iracka nie jest przeznaczona do zadań statutowych, to znaczy obrony granic. Armia ma być czymś na kształt superpolicji pilnującej styków między szyitami i sunnitami oraz Arabami i Kurdami. Ma też inwigilować środowiska podatne na tworzenie się w nich komórek al-Kaidy. Żadna armia nie chce być policją używaną przeciw własnemu narodowi i to jest problem wpływający na morale.

Z drugiej strony nie brakuje ochotników do służby wojskowej, ale to skutek ogromnego bezrobocia. Żołd jest całkiem niezły. Tyle tylko, że za pieniądze nie da się kupić lojalności. W Iraku więzi rodowe, klanowe, plemienne i religijne są znacznie silniejsze od więzów formalnych. Ilu jest dywersantów w armii tego nie wie kontrwywiad iracki, jedna z najsłabszych formacji mundurowych. Ma ona podwójnie osłabione morale, bo po pierwsze jest częścią armii i przeżywa takie same stresy, jak inni żołnierze. Po drugie musi szpiclować własnych kolegów, co jest okropne. Normalny kontrwywiad wojskowy dba o to, żeby obcy wywiad nie przeniknął do struktur armii. Ale tu nie chodzi o obcych ale o swoich. Al-Kaida nie wysyła do Iraku Jemeńczyków czy Czeczenów, chyba że w roli terrorystów-kamikadze. Z kolei irańscy pielgrzymi idący do Karbali są bardzo łatwo rozpoznawalni. Więc kontrwywiad to raczej policja polityczna niż wojsko. Jest na tyle niedołężna, że zamachowiec potrafi przed punktem werbunkowym zabić 59 osób w kolejce do naboru.

Amerykanie, którzy pozostali w Iraku nie będą się zajmować tropieniem przestępców, to robota dla miejscowych. Oni mają szkolić, także kontrwywiad, ale szanse powodzenia wydają się znikome. Gdyby sytuacja zaogniła się w sposób skrajny, oddziały z Kuwejtu powrócą. Na razie jednak pilnie przyglądają się temu, co się dzieje w Iranie w związku z eskalacją napięcia na tle programu jądrowego. A jest coraz gorzej. Ostatnio zwymyślany został nawet prezydent Rosji, Dymitr Miedwiediew za to, że pochodzi z matki… Żydówki.

Ostateczny termin zakończenia misji amerykańskiej – grudzień 2011 wydaje się nierealny. Sztab iracki żąda pozostania Amerykanów do 2020 r. Prawa ręka Saddama Husajna, chrześcijanin Tarik Aziz, były wicepremier i minister spraw zagranicznych odbywający karę więzienia za zbrodnie nazwał prezydenta Obamę hipokrytą. „Zniszczył nam kraj, a teraz resztki rzuca wilkom na pożarcie”.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj