Premier Tusk w Indiach
Wizyty i rewizyty
Jeszcze 15 lat temu gospodarka Indii była porównywalna z gospodarką polską. Dziś jest dwukrotnie większa. A przy okazji posiada największą na świecie warstwę „ponadśrednią” - stanowiącą 10 proc. 1,1 miliardowego społeczeństwa. Jest to zatem ponad 100 milionów ludzi, którzy dysponują ogromnymi pieniędzmi.

Dlatego nie ma tygodnia, żeby do Delhi nie przyjeżdżał jakiś szef państwa lub rządu z Zachodu, nie mówiąc już o ministrach. Dopóki nie jest to prezydent Pakistanu, Chin, Rosji lub USA – media indyjskie nic o tym nie piszą. Indie są dziś ważnym parterem gospodarczym, strategicznym i politycznym każdego ważnego państwa w świecie dwubiegunowym, zdominowanym przez dwa supermocarstwa – USA i ChRL. Ale są też ważnym wierzchołkiem figury wielobiegunowej, w której dominującą rolę odgrywa blok BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny). Pośród największych gospodarek świata Indie zajmują miejsce w połowie pierwszej dziesiątki i rozwijają się w tempie chińskim, w granicach 10 proc. rocznie. Podczas gdy Chiny są komunistycznym państwem bez komunistycznej gospodarki, Indie są krajem nominalnie demokratycznym i faktycznie wolnorynkowym.

Tymczasem poza specjalistami mało kto wie w Indiach cokolwiek o Polsce (podobnie jak w Polsce mało kto wie o Gudżaracie czy Harianie, bo proporcje terytorialno-demograficzne są mniej więcej takie, że Polska to odpowiednik Gudżaratu). Tymczasem Indie to subkontynent. Jeśli polskiego premiera witają tam wszyscy święci biznesu i polityki, to wizyta jest pożyteczna. A czy premier zabrał tam biznesmenów z Polski czy nie – nie ma to większego znaczenia. Biznesmeni na ogół sami zabiegają o to, żeby być już tam, gdzie za chwilę będzie szef rządu. Na przykład na Forum Inwestycyjnym w Bangalore, gdzie zresztą mieści się stolica indyjskiej informatyki oferująca usługi wielu światowym firmom. Tyle że nasz biznes boi się wysokich temperatur i ameby. Są to zagrożenia prawdziwe, ale nie śmiertelne. A gdy ty się boisz, nie boi się ktoś inny. Jeśli ty nie sprzedajesz, sprzedaje ktoś inny. Czasami nawet twoje wyroby.

Wymiana wizyt między Polską a Indiami ma charakter asymetryczny. My jeździmy chętnie do Indii, a Indusi jeżdżą - jeśli już - do kilku krajów na raz. Na przykład po jednym dniu na Polskę, Niemcy i Francję. Z pamiętnych wizyt indyjskich w Warszawie odnotować warto te Indiry Gandhi i Morarjiego Desaia jako premierów oraz Shenkara Dayala Sharmy i pani Patil jako prezydentów. Z naszych polityków byli w Indiach prawie wszyscy – Józef Cyrankiewicz, Edward Gierek, Wojciech Jaruzelski, Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Józef Oleksy, Marek Belka, Leszek Miller i Donald Tusk.

Indusi są ostrożniejsi w planowaniu wyjazdów nad Wisłę, bo to ludzie przesądni, kierujący się radami swoich guru. A jak tylko ktoś z Indii przyjeżdżał do Polski, to zaraz po powrocie do domu jego rząd upadał lub sam odchodził (dotyczy to naszych polityków także - wizycie Wojciecha Jaruzelskiego towarzyszyła przykra afera szpiegowska, której nigdy nie wyjaśniono). Warto trzymać kciuki za powodzenie premiera Tuska.

Sprzedawaliśmy Indiom kopalnie, elektrownie, zestawy kołowe do wagonów kolejowych, samoloty szkoleniowe „Iskra”, okręty desantowe, fabrykę Ursusów, montownię motocykli SHL, kineskopy, czołgi. W Indiach kupowaliśmy dotąd makuchy i tekstylia, to jest sukienki. A mimo to obroty były zawsze bilansowane na korzyść Indusów. Większość naszych firm kiedyś potężnych na rynku indyjskim, przestała już istnieć. A nowe nie mogą się przebić, choć Indie kupują dziś dosłownie wszystko, bo mają pieniądze. Dobrze byłoby, gdyby choć trochę rupii trafiło zatem do Polski.

Autor, dziennikarz POLITYKI, w latach 1996–2001 pełnił misję jako ambasador Polski w Indiach, Sri Lance oraz Nepalu.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj